Rozdział
XXIII
- Widzę, że wreszcie wzięliście
się do nauki - mówi matematyk, pan Budzyński. Przechadza się po klasie i
rozdaje nasze poprawy sprawdzianów. - To dobrze, nie uśmiecha mi się
wystawianie zagrożeń dla połowy klasy.
Spoglądam na moją pracę.
Zaliczyłam na trójkę. Muszę poprawić jeszcze dwie kartkówki i odpowiedź ustną,
a pozbędę się zagrożenia.
Dzwoni dzwonek, a wszyscy prawie
w tym samym momencie podnosimy się z krzeseł. Wychodzimy na korytarz i idziemy
do swoich szafek.
- Co się dzieje z Bartkiem? -
pytam, kiedy mijamy jego szafkę.
- Najwidoczniej jeszcze nie
wyzdrowiał - rzuca Kuba.
- To chyba coś poważnego - dodaje
Filip.
- Może go dziś odwiedzimy? -
proponuję. - No wiecie, damy notatki, sprawdzimy jak się trzyma. Mało się do
mnie odzywa.
- Tak samo jak do nas. - Piotrek
rzuca w głąb szafki niepotrzebne podręczniki.
- W sumie masz dobry pomysł -
podsumowuje Kamil. - Możemy pojechać do niego od razu po lekcjach.
♥♥♥
Po ostatniej naszej lekcji od
razu udajemy się na przystanek. Zajmujemy tył autobusu, a ja obserwuję ludzi,
którzy jadą wraz z nami. Jakaś starsza pani zajmuje dwa siedzenia wraz ze
swoimi siatkami z zakupami, jakiś biznesmen rozmawia przez telefon, a jeszcze
dalej przysypia jakiś bezdomny. Po jakiś dziesięciu minutach wysiadamy.
Idziemy całą szerokością
chodnika, dopisuje nam dobry humor. Żartujemy i śmiejemy się, a nasze śmiechy
niosą się echem po osiedlu. Jednak, gdy skręcamy w uliczkę, gdzie znajduje się
dom Bartka, całe szczęście z nas ulatuje.
Jako pierwsze zauważam, że coś
jest nie tak. Przed jego domem stoi duża furgonetka, a wokół niej kręcą się
rodzice Bartka. Nieco zdezorientowana spoglądam na pozostałych chłopaków.
Szybko stajemy w odpowiedniej
odległości do samochodu. Odchrząkuję, żeby zwrócić na nas uwagę.
- Dzień dobry - mówię z uśmiechem.
Państwo Kawalec momentalnie
odwracają się w naszą stronę. Na nasz widok od razu się uśmiechają.
- Cześć wam. Wy pewnie do Bartka,
zaraz powinien się tu pojawić. Zostało nam jeszcze kilka pudełek z rzeczami.
-Robicie państwo wiosenne
porządki? - pyta Filip.
Oboje wybuchają śmiechem.
- Zabawny jesteś - odpowiada mama
Bartka. - Oho, oto i nasz gwiazdor.
Wszyscy spoglądamy w prawo, a
tam, jak gdyby nigdy nic, stoi Bartek. Nie wygląda na obłożnie chorego, nie
widać po nim też żadnego śladu choroby. Wręcz przeciwnie: wygląda nadzwyczaj
dobrze.
Ewidentnie jest zdziwiony.
Wygląda, jakby nagle stracił grunt pod nogami. Przygryza dolną wargę- to jego
nerwowy odruch.
- Możecie zostawić nas samych? -
mówi wreszcie.
- Pewnie, tylko nie ciągnijcie
tego w nieskończoność - odpowiada tata Bartka. Obejmuje żonę ramieniem i
znikają we wnętrzu domu, zamykając za sobą drzwi.
- Nie byłeś chory - stwierdzam
oczywistość.
- No nie - mówi niepewnie Bartek.
Wkłada do bagażnika kolejne pudełko i odwraca się w naszą stronę.
- Co to za rzeczy? - pyta Kuba.
- Są moje - odpowiada chłopak,
nerwowo poprawiając włosy.
- Nic nie rozumiem - rzuca Kamil.
- Wcale nie byłem chory. Rodzice
zaciągnęli mnie na jakąś konferencję dla młodych piłkarzy - zaczyna wyjaśniać.
- Trenerzy z jedno z klubu zainteresowali się mną. Zaproponowali mi kilka
treningów z ich drużyną. Nie chciałem wam o tym mówić, bo to po prostu nie było
nic wielkiego. Oprócz mnie zaproszono tam dziewięciu innych chłopaków. Po
prostu nie chciałem zapeszać.
Spogląda po kolei na każde z nas
i obserwuje naszą reakcję. Jesteśmy wciąż zdezorientowani, nic się nie
zmieniło.
- Treningi były naprawdę
wyczerpujące, ale udało się. Wraz z czwórką innych chłopaków zaproponowali nam
testy sprawnościowe. Zaliczyliśmy je i zaproponowali nam kontrakt z ich klubem.
- Wow, gratuluję - mówię
neutralnym głosem. - To naprawdę wielka sprawa.
- Wiem. Poziom jest tam naprawdę
wysoki, a na mecze przychodzi około 11tysięcy ludzi. To spełnienie moich
marzeń, to dla mnie życiowa szansa. Jest tylko jeden problem... - zawiesza głos
i patrzy na czubki swoich butów. - To 150 kilometrów stąd.
Co proszę? Nie wierzę własnym
uszom, nie jestem w stanie nawet wypowiedzieć jednej sylaby.
- A co ze szkołą? Gdzie będziesz
mieszkał? - pyta Filip, który chyba jako jedyny utrzymuje trzeźwość rozumu.
- Zapewniają mi mieszkanie wraz z
opłaceniem wszystkich kosztów. Szkołę zmienię dopiero w nowym roku szkolnym.
Ten dobiega już końca, nauczyciele wystawią mi oceny końcowe z tych stopni,
które teraz mam.
- Rozumiem. A kiedy wyjeżdżasz?
- Za jakąś godzinę? Półtorej? Sam
nie wiem.
Dopiero ta informacja pobudza mój
mózg do myślenia. On nas okłamywał. I prawdopodobnie nie miał zamiaru o niczym
nam powiedzieć.
- Zamierzałeś nas o tym
poinformować? - pytam, żeby potwierdzić swoje podejrzenia.
Obrzucam go oskarżycielskim
spojrzeniem, a on najnormalniej w świecie jest zakłopotany. Jakby związano mu
język albo odebrano mowę.
- Chciałeś tak po prostu
wyjechać? Bez pożegnania, bez nawet zwykłego "cześć" ? Chciałeś
postawić nas przed faktem dokonanym.
- Ada, ja...
- Nic nie mów - przerywam mu. -
Jesteś zwykłym egoistą, myślisz tylko o swoich potrzebach. Okłamałeś nas, tak
nie postępują przyjaciele. Pewnie, wyjedź sobie i zacznij nowe, lepsze życie.
Bez nas. Nie przejmuj się, nie będziemy stać na drodze do spełnienia twoich
marzeń.
Odwracam się na pięcie i idę
przed siebie. " Ostatnio spektakularne wyjścia wychodzą mi dość
dobrze", myślę i znikam za zakrętem.
Jednak tuż za mną słyszę tupot
czterech par butów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz