25 października 2014

Rozdział XXIII

- Widzę, że wreszcie wzięliście się do nauki - mówi matematyk, pan Budzyński. Przechadza się po klasie i rozdaje nasze poprawy sprawdzianów. - To dobrze, nie uśmiecha mi się wystawianie zagrożeń dla połowy klasy.
Spoglądam na moją pracę. Zaliczyłam na trójkę. Muszę poprawić jeszcze dwie kartkówki i odpowiedź ustną, a pozbędę się zagrożenia.
Dzwoni dzwonek, a wszyscy prawie w tym samym momencie podnosimy się z krzeseł. Wychodzimy na korytarz i idziemy do swoich szafek.
- Co się dzieje z Bartkiem? - pytam, kiedy mijamy jego szafkę.
- Najwidoczniej jeszcze nie wyzdrowiał - rzuca Kuba.
- To chyba coś poważnego - dodaje Filip.
- Może go dziś odwiedzimy? - proponuję. - No wiecie, damy notatki, sprawdzimy jak się trzyma. Mało się do mnie odzywa.
- Tak samo jak do nas. - Piotrek rzuca w głąb szafki niepotrzebne podręczniki.
- W sumie masz dobry pomysł - podsumowuje Kamil. - Możemy pojechać do niego od razu po lekcjach.
♥♥♥
Po ostatniej naszej lekcji od razu udajemy się na przystanek. Zajmujemy tył autobusu, a ja obserwuję ludzi, którzy jadą wraz z nami. Jakaś starsza pani zajmuje dwa siedzenia wraz ze swoimi siatkami z zakupami, jakiś biznesmen rozmawia przez telefon, a jeszcze dalej przysypia jakiś bezdomny. Po jakiś dziesięciu minutach wysiadamy.
Idziemy całą szerokością chodnika, dopisuje nam dobry humor. Żartujemy i śmiejemy się, a nasze śmiechy niosą się echem po osiedlu. Jednak, gdy skręcamy w uliczkę, gdzie znajduje się dom Bartka, całe szczęście z nas ulatuje.
Jako pierwsze zauważam, że coś jest nie tak. Przed jego domem stoi duża furgonetka, a wokół niej kręcą się rodzice Bartka. Nieco zdezorientowana spoglądam na pozostałych chłopaków.
Szybko stajemy w odpowiedniej odległości do samochodu. Odchrząkuję, żeby zwrócić na nas uwagę.
- Dzień dobry - mówię z uśmiechem.
Państwo Kawalec momentalnie odwracają się w naszą stronę. Na nasz widok od razu się uśmiechają.
- Cześć wam. Wy pewnie do Bartka, zaraz powinien się tu pojawić. Zostało nam jeszcze kilka pudełek z rzeczami.
-Robicie państwo wiosenne porządki? - pyta Filip.
Oboje wybuchają śmiechem.
- Zabawny jesteś - odpowiada mama Bartka. - Oho, oto i nasz gwiazdor.
Wszyscy spoglądamy w prawo, a tam, jak gdyby nigdy nic, stoi Bartek. Nie wygląda na obłożnie chorego, nie widać po nim też żadnego śladu choroby. Wręcz przeciwnie: wygląda nadzwyczaj dobrze.
Ewidentnie jest zdziwiony. Wygląda, jakby nagle stracił grunt pod nogami. Przygryza dolną wargę- to jego nerwowy odruch.
- Możecie zostawić nas samych? - mówi wreszcie.
- Pewnie, tylko nie ciągnijcie tego w nieskończoność - odpowiada tata Bartka. Obejmuje żonę ramieniem i znikają we wnętrzu domu, zamykając za sobą drzwi.
- Nie byłeś chory - stwierdzam oczywistość.
- No nie - mówi niepewnie Bartek. Wkłada do bagażnika kolejne pudełko i odwraca się w naszą stronę.
- Co to za rzeczy? - pyta Kuba.
- Są moje - odpowiada chłopak, nerwowo poprawiając włosy.
- Nic nie rozumiem - rzuca Kamil.
- Wcale nie byłem chory. Rodzice zaciągnęli mnie na jakąś konferencję dla młodych piłkarzy - zaczyna wyjaśniać. - Trenerzy z jedno z klubu zainteresowali się mną. Zaproponowali mi kilka treningów z ich drużyną. Nie chciałem wam o tym mówić, bo to po prostu nie było nic wielkiego. Oprócz mnie zaproszono tam dziewięciu innych chłopaków. Po prostu nie chciałem zapeszać.
Spogląda po kolei na każde z nas i obserwuje naszą reakcję. Jesteśmy wciąż zdezorientowani, nic się nie zmieniło.
- Treningi były naprawdę wyczerpujące, ale udało się. Wraz z czwórką innych chłopaków zaproponowali nam testy sprawnościowe. Zaliczyliśmy je i zaproponowali nam kontrakt z ich klubem.
- Wow, gratuluję - mówię neutralnym głosem. - To naprawdę wielka sprawa.
- Wiem. Poziom jest tam naprawdę wysoki, a na mecze przychodzi około 11tysięcy ludzi. To spełnienie moich marzeń, to dla mnie życiowa szansa. Jest tylko jeden problem... - zawiesza głos i patrzy na czubki swoich butów. - To 150 kilometrów stąd.
Co proszę? Nie wierzę własnym uszom, nie jestem w stanie nawet wypowiedzieć jednej sylaby.
- A co ze szkołą? Gdzie będziesz mieszkał? - pyta Filip, który chyba jako jedyny utrzymuje trzeźwość rozumu.
- Zapewniają mi mieszkanie wraz z opłaceniem wszystkich kosztów. Szkołę zmienię dopiero w nowym roku szkolnym. Ten dobiega już końca, nauczyciele wystawią mi oceny końcowe z tych stopni, które teraz mam.
- Rozumiem. A kiedy wyjeżdżasz?
- Za jakąś godzinę? Półtorej? Sam nie wiem.
Dopiero ta informacja pobudza mój mózg do myślenia. On nas okłamywał. I prawdopodobnie nie miał zamiaru o niczym nam powiedzieć.
- Zamierzałeś nas o tym poinformować? - pytam, żeby potwierdzić swoje podejrzenia.
Obrzucam go oskarżycielskim spojrzeniem, a on najnormalniej w świecie jest zakłopotany. Jakby związano mu język albo odebrano mowę.
- Chciałeś tak po prostu wyjechać? Bez pożegnania, bez nawet zwykłego "cześć" ? Chciałeś postawić nas przed faktem dokonanym.
- Ada, ja...
- Nic nie mów - przerywam mu. - Jesteś zwykłym egoistą, myślisz tylko o swoich potrzebach. Okłamałeś nas, tak nie postępują przyjaciele. Pewnie, wyjedź sobie i zacznij nowe, lepsze życie. Bez nas. Nie przejmuj się, nie będziemy stać na drodze do spełnienia twoich marzeń.
Odwracam się na pięcie i idę przed siebie. " Ostatnio spektakularne wyjścia wychodzą mi dość dobrze", myślę i znikam za zakrętem.
Jednak tuż za mną słyszę tupot czterech par butów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

by Heather - Land of Grafic