Rozdział XXII
Tłum roześmianych uczniów
wychodzi przed budynek szkoły. Jakby tylko mi jedynej nie było do śmiechu,
jakbym tylko ja nie cieszyła się z końca lekcji.
Żegnam się z chłopakami i idę na
przystanek. Siadam na ławce i wkładam ręce do kieszeni. Butem wystukuję rytm
piosenki, która właśnie leci w moich słuchawkach.
Nagle przy przystanku zatrzymuje
się czarny, sportowy samochód. Przyciemniana szyba opuszcza się i widzę Alka,
który pochyla się w moją stronę.
- Wsiadaj - mówi i zachęca mnie
ruchem dłoni.
Rozglądam się dookoła, po czym po
chwili ląduję na miejscu obok kierowcy.
- Dobrze, że akurat tędy przejeżdżałem.
Tak to dalej siedziałabyś tam taka samotna.
- Zwykle do domu wracam z Bartkiem,
ale nie ma go już od jakiś dwóch tygodni. Chyba złapał jakąś poważniejszą
chorobę – tłumaczę.
Chłopak pogłaśnia radio i palcami
stuka o kierownicę.
- Bardzo się śpieszysz? – pyta po
chwili.
- Nie, a czemu pytasz?
- Bo chciałbym zabrać cię w jedno
miejsce.
I już mam otworzyć usta, żeby
zaprotestować, ale czuję, że przecież i tak mnie nie posłucha. Chłopcy często
lubią stawiać na swoim.
Dalszą drogę pokonujemy w
milczeniu. Wyglądam przez okno i obserwuje szybko zmieniające się widoki. Po
chwili orientuję się, że jesteśmy gdzieś na obrzeżach miasta.
- A gdzie tak właściwie jedziemy?
- Zaraz się dowiesz - rzuca
tylko. – Już niedaleko.
Ponownie wyglądam przez okno i
widzę, że niedaleko przed nami widnieje tabliczka z nazwą miasta. Jednak
kilkadziesiąt metrów przed nią skręcamy. Jedziemy jeszcze przez chwilę, aż w
końcu wjeżdżamy na podjazd dużego, szarego, nowoczesnego domu.
- No to witam w moich skromnych
progach – mówi Alek nieco ironicznie. Jako pierwszy wysiada z samochodu i
otwiera mi drzwi.
- Wow – wyrywa mi się, gdy stoję na podjeździe. – Nie wiedziałam, że mieszkasz w takim domu.
- Tak, jestem kolejnym bachorem,
któremu poprzewracało się w głowie od pieniędzy rodziców – kwituje ze smutnym
uśmiechem. – Wszyscy tak o mnie myślą.
- Ale ja nie.
- Wiem. Dlatego właśnie jesteś tu
teraz ty, a nie ktoś inny – łapie mnie za nadgarstek i ciągnie za sobą – Chodź!
Biegniemy przez jego ogródek,
deptając idealnie skoszony trawnik. Po chwili dobiegamy do ogrodzenia. Jednak
tylko pozornie stanowi ono przeszkodę.
- Dasz radę przejść? – pyta,
chyba bardziej retorycznie, bo już przeskakuje na drugą część murku.
- Chyba tak – mówię bez
przekonania i wspinam się na kamienny słup.
Niepewnie spoglądam w dół i zastanawiam się, jak najlepiej stąd zejść.
- Skacz, złapię cię – zapewnia i
wyciąga ręce w moją stronę. Już po chwili ląduję w jego mocnym uścisku. –
Dobra, no to idziemy – mówi i wskakuje prosto w krzaki.
Zdezorientowana idę za nami.
Przedzieramy się przez jakieś chaszcze, które co jakiś czas wplątują mi się we
włosy. Już mam tego serdecznie dość, kiedy nagle opuszczamy gąszcz. Moim oczom
ukazuje się nasze podmiejskie jezioro. Nie wiedziałam, że Alek mieszka tak
blisko niego.
Schodzimy na mały drewniany
pomost i siadamy na jego końcu. Nasze stopy zwisają nad taflą wody. Akurat
założyłam dziś glany, dlatego z chęcią dotykam nimi powierzchni jeziora.
- Chciałabym mieszkać w takiej
ładnej okolicy - mówię po chwili.
- Tak, lubię to miejsce. Zawsze przychodziłem
tu po każdej kłótni z rodzicami czy z kimś o wiele od nich ważniejszym.
Spoglądam przed siebie i
obserwuje słońce, które słabo odbija się tutaj jak w lustrze.
- Też nie przepadasz za swoimi
rodzicami, prawda?
- Oni nie kochają mnie, kochają
tylko swoje pieniądze. Jestem im potrzebny jedynie do robienia dobrego wrażenia
przed ich znajomymi. Nie oszukujmy się, syn-ćpun nie spełnia chyba tych
oczekiwań. – zaczyna się śmiać, a ja spoglądam na niego kątem oka. Widać, że
nabrał do swoich problemów dość dużego dystansu, więc wreszcie mogę dowiedzieć
się czegoś więcej na ten temat.
- Nie było innego sposobu?
Musiałeś od razu uciekać się do narkotyków?
Wzdycha i rozprostowuje nogi.
- Prawdziwa miłość to dziwka. Nie
oszczędza nas, tylko ciśnie po całości. Ja nie byłem w stanie tego znieść.
Spoglądam na niego i widzę, jak
jego twarz się zmienia.
- Po prostu powiedziała, że już
mnie nie kocha. A skoro kochać przestała, to chyba nigdy nie zaczęła. A ja
byłem gotów zrobić dla niej wszystko.
Zastanawiam się, co powinnam mu
odpowiedzieć, ale on kontynuuje swoją wypowiedź.
- Zachowałem się wtedy jak
szczyl. Jej brat zaćpał się, a ja doskonale wiedziałem, że przez to nienawidzi
narkotyków. Chciałem zrobić jej na złość, ale jej już nie zależało. Skończyło
się tak, że ona nie chciała już mnie znać, a ja wpadłem w to po uszy. Rok zajęło
mi, żebym odzyskał rozum i udał się na leczenie.
- Rok to nie długo. Mój ojciec w
ogóle nie ocknął się z nałogu.
- Doszłaś już do ładu po jego
śmierci? – pyta, poprawiając włosy.
- Chyba tak. Ale… jak dłużej się
nad tym zastanowię to dla mnie, jako ojciec, umarł już dawno temu.
- A jak z mamą? – patrzy się prosto
na mnie, a w jego oczach widać szczerą troskę i współczucie.
- Chyba lepiej. Już nie spędza
całego wolnego czasu na cmentarzu, chodzi tam teraz co dwa, trzy dni. Ale chyba
dalej się nienawidzimy – teraz to ja się śmieję.
Wstaje i pomaga mi się podnieść.
Odwracamy się, a on obejmuje mnie ramieniem i idziemy wzdłuż pomostu.
- Nie zakochuj się młoda, to
niszczy - mówi, przyciskając mnie mocniej do siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz