Rozdział XXI
Przewracam kolejną stronę książki
i spoglądam na zegarek. Czytam już od przeszło dwóch godzin.
Ponownie zatapiam się w tekście,
ale nie mija nawet chwila, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Nie ruszam się z
krzesła, pewnie Maciek pójdzie je otworzyć. Gdy po chwili słyszę szczęk
przekręcanego zamka wiem, że miałam rację.
- Hej młody – słyszę doskonale
znany mi głos. – Jest Ada?
- No jasne, że jest. Przecież
ostatnio ciągle siedzi w swoim pokoju i czyta te bzdurne książki – czasami
naprawdę mam ochotę go ukatrupić.
Zamykam książkę i idę do
przedpokoju, nim Maciek zdąża mnie zawołać.
- Hej - rzucam na widok Filipa.
Maciek instynktownie wycofuje się z powrotem do swojego pokoju.
- Ubieraj się, wychodzimy –
odpowiada po prostu.
- Ale….
- Bez dyskusji! – mówi z
uśmiechem i podaje mi skórzaną kurtkę. W jego niebieskich tęczówkach znów widać
ten jego charakterystyczny błysk.
Jednak ja nawet nie drgnę i nie
biorę od niego wierzchniego okrycia.
- Naprawdę nie mam ochoty iść
gdziekolwiek – oponuję.
- Przecież wiem – rzuca ze
śmiechem. – Ostatnio ciągle siedzisz w tej swojej jaskini. Z resztą Kamil też. Dlatego
dzisiaj was oboje wyciągamy z domu.
Otwieram usta, w głowie jeszcze
szukając dobrego argumentu, ale Filip mnie ubiega.
- No nie daj się prosić. Kamila
namawiałem piętnaście minut, miałem nadzieję, że chociaż ty zaoszczędzisz mi
trochę czasu.
Wzdycham i bez słowa biorę od
niego kurtkę. Zakładam ją, a na nogi wsuwam białe air force’y. Jest dopiero
początek marca, a pogoda jest jak późną wiosną.
- Maciek, wychodzę! – krzyczę
jeszcze przez próg.
- Baw się dobrze! – odpowiada,
przekrzykując odgłosy gry komputerowej, w którą właśnie gra.
Schodzimy na dół po schodach, a
przed klatką czekają już na nas pozostali chłopcy, z wyjątkiem Bartka. Od kilku
dni nie ma go też w szkole, pewnie się rozchorował.
- Cześć – rzucają, prawie że
równocześnie i siadają na rowerach, które dopiero teraz zauważam.
- Jest pewien problem: mój rower
jest w piwnicy, a powietrze z opon jest całkowicie spuszczone.
- To nie jest problem – mówi
tajemniczo Filip, sadowiąc się na swoim rowerze. – Zaufaj nam.
I nim zdążę spytać o szczegóły,
Piotrek podnosi mnie i chwilę później siedzę na kierownicy roweru Filipa.
- To na pewno bezpieczne? – pytam
nieco niepewnie.
- Jasne - mówi Kuba. Spoglądam w
jego stronę i orientuję się, że Kamil siedzi na jego kierownicy. – I tak
jedziemy za miasto.
- Dobra, no to ruszamy! –
komenderuje Filip i gwałtownie zrywamy się do przodu.
Jedziemy dość szybko, dzwoniąc na
przechodniów, których mijamy od czasu do czasu. Wszyscy obserwują nas z tak
samo zdziwioną miną.
Rzeczywiście, po jakiś dziesięciu
minutach jazdy wyjeżdżamy na drogę prowadząca na obrzeża miasta. Panuje tutaj
zdecydowanie mniejszy ruch.
- Daleko jeszcze? – pytam, wciąż
kurczowo trzymając się kierownicy.
- Nie mam pojęcia – odpowiada
Filip. – To Kuba prowadzi.
Jednak nasza podróż nie trwa
długo. Wjeżdżamy w obszar, gdzie znajdują się działki. Wyglądają w większości
tak samo: mały domek i ogródki z warzywami, drzewami owocowymi i rabatkami z
kwiatami. Wszystko jednak jest jeszcze uśpione zimowym snem.
Zatrzymujemy się przed jedną z
działek i zeskakujemy z rowerów. Kuba podchodzi do bramy, wyciąga z kieszeni
klucz i wkłada go do lekko zardzewiałej kłódki.
- A więc to jest ta twoja działka
– mówi z udawanym podziwem Piotrek.
- Śmiej się, śmiej – odgryza się
chłopak. – Zaraz wam wszystkim opadną szczęki ze zdziwienia.
Wchodzimy na posiadłość, a
chłopaki stawiają rowery na stopkach. Kiedy Kuba zamyka za nami bramę rozglądam
się po działce.
Jest naprawdę spora, o wiele
większa od pozostałych działek. Z miejsca, gdzie stoimy nie widać jej końca.
Pewnie zasłania go duża szklarnia.
Kuba zdecydowanym krokiem rusza
przed siebie. Nie pozostaje nam nic innego, jak pójść za nim.
Po chwili spoglądam na niego i
widzę, że uśmiecha się pod nosem. Mijamy róg szklarni i już wiem, o co mu
chodzi. Dwa wielkie drzewa ukazują nam całą swoją okazałość.
Wybudowane są na nich dwa domki
na drzewie, połączone mostkiem. Konstrukcja jest naprawdę solidnie wykonana i
prezentuje się zadziwiająco. Wyglądają na dopracowane pod każdym kątem.
- Wow – wyrywa mi się po prostu.
- A nie mówiłem? – mówi z
satysfakcją Kuba i podchodzi do pierwszego z drzew. Wspina się po szczeblach
przymocowanych do pnia. – No, chodźcie.
Do domku wchodzę jako druga. Na
ścianach są porozwieszane dziecięce rysunki: mapy, portrety i różne rodzaje
ręcznie robionej broni. W kącie leżą wepchnięte zabawki, zupełnie jakby ktoś
zostawił je tam dwie minuty temu. Na jednym z blatów leżą cztery korony wycięte
z żółtego papieru.
- Tata i dziadek wybudowali te
domki dla mnie i mojego brata – zaczyna Kuba, obracając jedną z koron w rękach.
– Uwielbialiśmy się tutaj bawić. Ja byłem królem tamtego domku, ten należał do
mojego brata. – Przenosi wzrok na mnie. – Ale zawsze brakowało nam królowej.
Jesteś pierwszą dziewczyną, która tutaj weszła, więc… - wskazuje na koronę
trzymaną w rękach. – Mógłbym?
- To byłby zaszczyt, wasza
wysokość – odpowiadam, starając się zachować powagę. Schylam głowę, a na jej
czubku ląduje korona.
- Od teraz oficjalnie jesteś
królową tych zamków. Masz ochotę zobaczyć pozostałą część swojego królestwa?
Kiwam głową i wszyscy kierujemy
się do wyjścia. Idziemy po lekko chwiejącym się mostku i przechodzimy do
drugiej części „zamku”.
Ten domek jest podobny do
pierwszego, może panuje w nim mniejszy nieporządek. Kuba odsuwa zasłonki z
otworu służącego za okno, a do środka wdziera się słońce.
Siadamy po turecku na podłodze, a
Piotrek ze swojego plecaka wyjmuje po puszce pepsi dla każdego i dużą paczkę
lay’s-ów. Otwiera je i rzuca każdemu po puszce.
- Jest tu dość przyjemnie – mówię,
otwierając swój napój. – Można tutaj tak po prostu się odciąć od świata i
trochę odpocząć.
- Lubię tu czasem przyjechać,
żeby przemyśleć jakieś ważne kwestie. To dobre miejsce do refleksji - dodaje Kuba.
Przez kolejną chwilę siedzimy w
ciszy. Słychać jedynie chrupanie chipsów. Ale nie musimy nic mówić, samo nasze
towarzystwo nam wystarcza.
Opieram się o ścianę za mną i
wyciągam nogi przed siebie. Wzrokiem błądzę gdzieś za okno. Niebo ma dziś
idealnie błękitny kolor.
- Cholernie za nią tęsknie -
rzuca po chwili Kamil. Przenoszę na niego wzrok. On jednak bezwiednie wpatruje
się w swoją puszkę. – To jest nie do wytrzymania, już sam nie wiem co powinienem
z tym wszystkim zrobić. Nie potrafię na nią nie patrzeć w szkole, nie potrafię
normalnie z nią porozmawiać. Nie potrafię o niej nie myśleć. Nie mam ani siły
ani ochoty wychodzić z domu, bo czuję, że bez niej to wszystko nie ma sensu.
- Nie powinieneś oczekiwać, że po
miesiącu przestaniesz ją kochać, czy za nią tęsknić – odpowiada Piotrek,
upijając łyk coli. – Ale w końcu będziesz musiał o niej zapomnieć.
- Wiem…. I to mnie chyba
najbardziej przeraża. Ja… Ja nie wyobrażam sobie życia bez niej.
- Posłuchaj, teraz może ci się wydawać
to niewykonalne, ale da się z tym pogodzić. Za jakiś czas ból złagodnieje. Może
nie minie całkowicie, ale będziesz musiał nauczyć się z nim żyć – mówi Filip, wpatrując
się w obrazki na ścianach. – Bo nie możesz jej odzyskać, nieważne jak bardzo
będziesz się o to starał. Ona cię nie kochała i po prostu wykorzystała.
- I z tego co widzę ma się z tym
całkowicie dobrze – przerywam mu.
- To jest dla niej najlepsze,
wiesz? – kontynuuje Filip. - Ona chce, żeby było właśnie tak jak jest. Tak jest
szczęśliwsza. Więc musisz odpuścić, zapomnieć. To jedyny sposób, żebyś dał jej teraz szczęście.
- Chyba masz racje – kwituje po
prostu Kamil.
- A jak z twoją mamą? – pyta mnie
Kuba. – Nadal się do niej nie odzywasz?
- Nie – odpowiadam bez ogródek.
- Długo zamierzasz się tak na nią
boczyć?
- Ja wcale tego nie robię – prycham
z lekkim oburzeniem. – Nie wiem po prostu, po co miałabym z nią rozmawiać,
skoro to ja zesłałam na nią te wszystkie plagi egipskie. Daje jej spokój, żeby
nie musiała przeze mnie cierpieć.
- Przecież dobrze wiesz, że to
nie twoja wina – mówi Filip. – Nawet jeżeli twoja mama twierdzi inaczej,
powinnaś jej pomóc i wykonać pierwszy w tę stronę krok. Zastanów się nad tym,
bo… -na chwile przerywa, jakby szukał odpowiednich, mało bolesnych słów. – Bo przez
nieuwagę stracisz ją tak, jak ojca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz