13 października 2014

Rozdział XXI

Przewracam kolejną stronę książki i spoglądam na zegarek. Czytam już od przeszło dwóch godzin.
Ponownie zatapiam się w tekście, ale nie mija nawet chwila, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Nie ruszam się z krzesła, pewnie Maciek pójdzie je otworzyć. Gdy po chwili słyszę szczęk przekręcanego zamka wiem, że miałam rację.
- Hej młody – słyszę doskonale znany mi głos. – Jest Ada?
- No jasne, że jest. Przecież ostatnio ciągle siedzi w swoim pokoju i czyta te bzdurne książki – czasami naprawdę mam ochotę go ukatrupić.
Zamykam książkę i idę do przedpokoju, nim Maciek zdąża mnie zawołać.
- Hej - rzucam na widok Filipa. Maciek instynktownie wycofuje się z powrotem do swojego pokoju.
- Ubieraj się, wychodzimy – odpowiada po prostu.
- Ale….
- Bez dyskusji! – mówi z uśmiechem i podaje mi skórzaną kurtkę. W jego niebieskich tęczówkach znów widać ten jego charakterystyczny błysk.
Jednak ja nawet nie drgnę i nie biorę od niego wierzchniego okrycia.
- Naprawdę nie mam ochoty iść gdziekolwiek – oponuję.
- Przecież wiem – rzuca ze śmiechem. – Ostatnio ciągle siedzisz w tej swojej jaskini. Z resztą Kamil też. Dlatego dzisiaj was oboje wyciągamy z domu.
Otwieram usta, w głowie jeszcze szukając dobrego argumentu, ale Filip mnie ubiega.
- No nie daj się prosić. Kamila namawiałem piętnaście minut, miałem nadzieję, że chociaż ty zaoszczędzisz mi trochę czasu.
Wzdycham i bez słowa biorę od niego kurtkę. Zakładam ją, a na nogi wsuwam białe air force’y. Jest dopiero początek marca, a pogoda jest jak późną wiosną.
- Maciek, wychodzę! – krzyczę jeszcze przez próg.
- Baw się dobrze! – odpowiada, przekrzykując odgłosy gry komputerowej, w którą właśnie gra.
Schodzimy na dół po schodach, a przed klatką czekają już na nas pozostali chłopcy, z wyjątkiem Bartka. Od kilku dni nie ma go też w szkole, pewnie się rozchorował.
- Cześć – rzucają, prawie że równocześnie i siadają na rowerach, które dopiero teraz zauważam.
- Jest pewien problem: mój rower jest w piwnicy, a powietrze z opon jest całkowicie spuszczone.
- To nie jest problem – mówi tajemniczo Filip, sadowiąc się na swoim rowerze. – Zaufaj nam.
I nim zdążę spytać o szczegóły, Piotrek podnosi mnie i chwilę później siedzę na kierownicy roweru Filipa.
- To na pewno bezpieczne? – pytam nieco niepewnie.
- Jasne - mówi Kuba. Spoglądam w jego stronę i orientuję się, że Kamil siedzi na jego kierownicy. – I tak jedziemy za miasto.
- Dobra, no to ruszamy! – komenderuje Filip i gwałtownie zrywamy się do przodu.
Jedziemy dość szybko, dzwoniąc na przechodniów, których mijamy od czasu do czasu. Wszyscy obserwują nas z tak samo zdziwioną miną.
Rzeczywiście, po jakiś dziesięciu minutach jazdy wyjeżdżamy na drogę prowadząca na obrzeża miasta. Panuje tutaj zdecydowanie mniejszy ruch.
- Daleko jeszcze? – pytam, wciąż kurczowo trzymając się kierownicy.
- Nie mam pojęcia – odpowiada Filip. – To Kuba prowadzi.
Jednak nasza podróż nie trwa długo. Wjeżdżamy w obszar, gdzie znajdują się działki. Wyglądają w większości tak samo: mały domek i ogródki z warzywami, drzewami owocowymi i rabatkami z kwiatami. Wszystko jednak jest jeszcze uśpione zimowym snem.
Zatrzymujemy się przed jedną z działek i zeskakujemy z rowerów. Kuba podchodzi do bramy, wyciąga z kieszeni klucz i wkłada go do lekko zardzewiałej kłódki.
- A więc to jest ta twoja działka – mówi z udawanym podziwem Piotrek.
- Śmiej się, śmiej – odgryza się chłopak. – Zaraz wam wszystkim opadną szczęki ze zdziwienia.
Wchodzimy na posiadłość, a chłopaki stawiają rowery na stopkach. Kiedy Kuba zamyka za nami bramę rozglądam się po działce.
Jest naprawdę spora, o wiele większa od pozostałych działek. Z miejsca, gdzie stoimy nie widać jej końca. Pewnie zasłania go duża szklarnia.
Kuba zdecydowanym krokiem rusza przed siebie. Nie pozostaje nam nic innego, jak pójść za nim.
Po chwili spoglądam na niego i widzę, że uśmiecha się pod nosem. Mijamy róg szklarni i już wiem, o co mu chodzi. Dwa wielkie drzewa ukazują nam całą swoją okazałość.
Wybudowane są na nich dwa domki na drzewie, połączone mostkiem. Konstrukcja jest naprawdę solidnie wykonana i prezentuje się zadziwiająco. Wyglądają na dopracowane pod każdym kątem.
- Wow – wyrywa mi się po prostu.
- A nie mówiłem? – mówi z satysfakcją Kuba i podchodzi do pierwszego z drzew. Wspina się po szczeblach przymocowanych do pnia. – No, chodźcie.
Do domku wchodzę jako druga. Na ścianach są porozwieszane dziecięce rysunki: mapy, portrety i różne rodzaje ręcznie robionej broni. W kącie leżą wepchnięte zabawki, zupełnie jakby ktoś zostawił je tam dwie minuty temu. Na jednym z blatów leżą cztery korony wycięte z żółtego papieru.
- Tata i dziadek wybudowali te domki dla mnie i mojego brata – zaczyna Kuba, obracając jedną z koron w rękach. – Uwielbialiśmy się tutaj bawić. Ja byłem królem tamtego domku, ten należał do mojego brata. – Przenosi wzrok na mnie. – Ale zawsze brakowało nam królowej. Jesteś pierwszą dziewczyną, która tutaj weszła, więc… - wskazuje na koronę trzymaną w rękach. – Mógłbym?
- To byłby zaszczyt, wasza wysokość – odpowiadam, starając się zachować powagę. Schylam głowę, a na jej czubku ląduje korona.
- Od teraz oficjalnie jesteś królową tych zamków. Masz ochotę zobaczyć pozostałą część swojego królestwa?
Kiwam głową i wszyscy kierujemy się do wyjścia. Idziemy po lekko chwiejącym się mostku i przechodzimy do drugiej części „zamku”.
Ten domek jest podobny do pierwszego, może panuje w nim mniejszy nieporządek. Kuba odsuwa zasłonki z otworu służącego za okno, a do środka wdziera się słońce.
Siadamy po turecku na podłodze, a Piotrek ze swojego plecaka wyjmuje po puszce pepsi dla każdego i dużą paczkę lay’s-ów. Otwiera je i rzuca każdemu po puszce.
- Jest tu dość przyjemnie – mówię, otwierając swój napój. – Można tutaj tak po prostu się odciąć od świata i trochę odpocząć.
- Lubię tu czasem przyjechać, żeby przemyśleć jakieś ważne kwestie. To dobre miejsce do refleksji - dodaje Kuba.
Przez kolejną chwilę siedzimy w ciszy. Słychać jedynie chrupanie chipsów. Ale nie musimy nic mówić, samo nasze towarzystwo nam wystarcza.
Opieram się o ścianę za mną i wyciągam nogi przed siebie. Wzrokiem błądzę gdzieś za okno. Niebo ma dziś idealnie błękitny kolor.
- Cholernie za nią tęsknie - rzuca po chwili Kamil. Przenoszę na niego wzrok. On jednak bezwiednie wpatruje się w swoją puszkę. – To jest nie do wytrzymania, już sam nie wiem co powinienem z tym wszystkim zrobić. Nie potrafię na nią nie patrzeć w szkole, nie potrafię normalnie z nią porozmawiać. Nie potrafię o niej nie myśleć. Nie mam ani siły ani ochoty wychodzić z domu, bo czuję, że bez niej to wszystko nie ma sensu.
- Nie powinieneś oczekiwać, że po miesiącu przestaniesz ją kochać, czy za nią tęsknić – odpowiada Piotrek, upijając łyk coli. – Ale w końcu będziesz musiał o niej zapomnieć.
- Wiem…. I to mnie chyba najbardziej przeraża. Ja… Ja nie wyobrażam sobie życia bez niej.
- Posłuchaj, teraz może ci się wydawać to niewykonalne, ale da się z tym pogodzić. Za jakiś czas ból złagodnieje. Może nie minie całkowicie, ale będziesz musiał nauczyć się z nim żyć – mówi Filip, wpatrując się w obrazki na ścianach. – Bo nie możesz jej odzyskać, nieważne jak bardzo będziesz się o to starał. Ona cię nie kochała i po prostu wykorzystała.
- I z tego co widzę ma się z tym całkowicie dobrze – przerywam mu.
- To jest dla niej najlepsze, wiesz? – kontynuuje Filip. - Ona chce, żeby było właśnie tak jak jest. Tak jest szczęśliwsza. Więc musisz odpuścić, zapomnieć. To jedyny sposób, żebyś dał jej teraz szczęście.
- Chyba masz racje – kwituje po prostu Kamil.
- A jak z twoją mamą? – pyta mnie Kuba. – Nadal się do niej nie odzywasz?
- Nie – odpowiadam bez ogródek.
- Długo zamierzasz się tak na nią boczyć?
- Ja wcale tego nie robię – prycham z lekkim oburzeniem. – Nie wiem po prostu, po co miałabym z nią rozmawiać, skoro to ja zesłałam na nią te wszystkie plagi egipskie. Daje jej spokój, żeby nie musiała przeze mnie cierpieć.
- Przecież dobrze wiesz, że to nie twoja wina – mówi Filip. – Nawet jeżeli twoja mama twierdzi inaczej, powinnaś jej pomóc i wykonać pierwszy w tę stronę krok. Zastanów się nad tym, bo… -na chwile przerywa, jakby szukał odpowiednich, mało bolesnych słów. – Bo przez nieuwagę stracisz ją tak, jak ojca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

by Heather - Land of Grafic