25 października 2014

Rozdział XXIII

- Widzę, że wreszcie wzięliście się do nauki - mówi matematyk, pan Budzyński. Przechadza się po klasie i rozdaje nasze poprawy sprawdzianów. - To dobrze, nie uśmiecha mi się wystawianie zagrożeń dla połowy klasy.
Spoglądam na moją pracę. Zaliczyłam na trójkę. Muszę poprawić jeszcze dwie kartkówki i odpowiedź ustną, a pozbędę się zagrożenia.
Dzwoni dzwonek, a wszyscy prawie w tym samym momencie podnosimy się z krzeseł. Wychodzimy na korytarz i idziemy do swoich szafek.
- Co się dzieje z Bartkiem? - pytam, kiedy mijamy jego szafkę.
- Najwidoczniej jeszcze nie wyzdrowiał - rzuca Kuba.
- To chyba coś poważnego - dodaje Filip.
- Może go dziś odwiedzimy? - proponuję. - No wiecie, damy notatki, sprawdzimy jak się trzyma. Mało się do mnie odzywa.
- Tak samo jak do nas. - Piotrek rzuca w głąb szafki niepotrzebne podręczniki.
- W sumie masz dobry pomysł - podsumowuje Kamil. - Możemy pojechać do niego od razu po lekcjach.
♥♥♥
Po ostatniej naszej lekcji od razu udajemy się na przystanek. Zajmujemy tył autobusu, a ja obserwuję ludzi, którzy jadą wraz z nami. Jakaś starsza pani zajmuje dwa siedzenia wraz ze swoimi siatkami z zakupami, jakiś biznesmen rozmawia przez telefon, a jeszcze dalej przysypia jakiś bezdomny. Po jakiś dziesięciu minutach wysiadamy.
Idziemy całą szerokością chodnika, dopisuje nam dobry humor. Żartujemy i śmiejemy się, a nasze śmiechy niosą się echem po osiedlu. Jednak, gdy skręcamy w uliczkę, gdzie znajduje się dom Bartka, całe szczęście z nas ulatuje.
Jako pierwsze zauważam, że coś jest nie tak. Przed jego domem stoi duża furgonetka, a wokół niej kręcą się rodzice Bartka. Nieco zdezorientowana spoglądam na pozostałych chłopaków.
Szybko stajemy w odpowiedniej odległości do samochodu. Odchrząkuję, żeby zwrócić na nas uwagę.
- Dzień dobry - mówię z uśmiechem.
Państwo Kawalec momentalnie odwracają się w naszą stronę. Na nasz widok od razu się uśmiechają.
- Cześć wam. Wy pewnie do Bartka, zaraz powinien się tu pojawić. Zostało nam jeszcze kilka pudełek z rzeczami.
-Robicie państwo wiosenne porządki? - pyta Filip.
Oboje wybuchają śmiechem.
- Zabawny jesteś - odpowiada mama Bartka. - Oho, oto i nasz gwiazdor.
Wszyscy spoglądamy w prawo, a tam, jak gdyby nigdy nic, stoi Bartek. Nie wygląda na obłożnie chorego, nie widać po nim też żadnego śladu choroby. Wręcz przeciwnie: wygląda nadzwyczaj dobrze.
Ewidentnie jest zdziwiony. Wygląda, jakby nagle stracił grunt pod nogami. Przygryza dolną wargę- to jego nerwowy odruch.
- Możecie zostawić nas samych? - mówi wreszcie.
- Pewnie, tylko nie ciągnijcie tego w nieskończoność - odpowiada tata Bartka. Obejmuje żonę ramieniem i znikają we wnętrzu domu, zamykając za sobą drzwi.
- Nie byłeś chory - stwierdzam oczywistość.
- No nie - mówi niepewnie Bartek. Wkłada do bagażnika kolejne pudełko i odwraca się w naszą stronę.
- Co to za rzeczy? - pyta Kuba.
- Są moje - odpowiada chłopak, nerwowo poprawiając włosy.
- Nic nie rozumiem - rzuca Kamil.
- Wcale nie byłem chory. Rodzice zaciągnęli mnie na jakąś konferencję dla młodych piłkarzy - zaczyna wyjaśniać. - Trenerzy z jedno z klubu zainteresowali się mną. Zaproponowali mi kilka treningów z ich drużyną. Nie chciałem wam o tym mówić, bo to po prostu nie było nic wielkiego. Oprócz mnie zaproszono tam dziewięciu innych chłopaków. Po prostu nie chciałem zapeszać.
Spogląda po kolei na każde z nas i obserwuje naszą reakcję. Jesteśmy wciąż zdezorientowani, nic się nie zmieniło.
- Treningi były naprawdę wyczerpujące, ale udało się. Wraz z czwórką innych chłopaków zaproponowali nam testy sprawnościowe. Zaliczyliśmy je i zaproponowali nam kontrakt z ich klubem.
- Wow, gratuluję - mówię neutralnym głosem. - To naprawdę wielka sprawa.
- Wiem. Poziom jest tam naprawdę wysoki, a na mecze przychodzi około 11tysięcy ludzi. To spełnienie moich marzeń, to dla mnie życiowa szansa. Jest tylko jeden problem... - zawiesza głos i patrzy na czubki swoich butów. - To 150 kilometrów stąd.
Co proszę? Nie wierzę własnym uszom, nie jestem w stanie nawet wypowiedzieć jednej sylaby.
- A co ze szkołą? Gdzie będziesz mieszkał? - pyta Filip, który chyba jako jedyny utrzymuje trzeźwość rozumu.
- Zapewniają mi mieszkanie wraz z opłaceniem wszystkich kosztów. Szkołę zmienię dopiero w nowym roku szkolnym. Ten dobiega już końca, nauczyciele wystawią mi oceny końcowe z tych stopni, które teraz mam.
- Rozumiem. A kiedy wyjeżdżasz?
- Za jakąś godzinę? Półtorej? Sam nie wiem.
Dopiero ta informacja pobudza mój mózg do myślenia. On nas okłamywał. I prawdopodobnie nie miał zamiaru o niczym nam powiedzieć.
- Zamierzałeś nas o tym poinformować? - pytam, żeby potwierdzić swoje podejrzenia.
Obrzucam go oskarżycielskim spojrzeniem, a on najnormalniej w świecie jest zakłopotany. Jakby związano mu język albo odebrano mowę.
- Chciałeś tak po prostu wyjechać? Bez pożegnania, bez nawet zwykłego "cześć" ? Chciałeś postawić nas przed faktem dokonanym.
- Ada, ja...
- Nic nie mów - przerywam mu. - Jesteś zwykłym egoistą, myślisz tylko o swoich potrzebach. Okłamałeś nas, tak nie postępują przyjaciele. Pewnie, wyjedź sobie i zacznij nowe, lepsze życie. Bez nas. Nie przejmuj się, nie będziemy stać na drodze do spełnienia twoich marzeń.
Odwracam się na pięcie i idę przed siebie. " Ostatnio spektakularne wyjścia wychodzą mi dość dobrze", myślę i znikam za zakrętem.
Jednak tuż za mną słyszę tupot czterech par butów.

Rozdział XXII

Tłum roześmianych uczniów wychodzi przed budynek szkoły. Jakby tylko mi jedynej nie było do śmiechu, jakbym tylko ja nie cieszyła się z końca lekcji.
Żegnam się z chłopakami i idę na przystanek. Siadam na ławce i wkładam ręce do kieszeni. Butem wystukuję rytm piosenki, która właśnie leci w moich słuchawkach.
Nagle przy przystanku zatrzymuje się czarny, sportowy samochód. Przyciemniana szyba opuszcza się i widzę Alka, który pochyla się w moją stronę.
- Wsiadaj - mówi i zachęca mnie ruchem dłoni.
Rozglądam się dookoła, po czym po chwili ląduję na miejscu obok kierowcy.
- Dobrze, że akurat tędy przejeżdżałem. Tak to dalej siedziałabyś tam taka samotna.
- Zwykle do domu wracam z Bartkiem, ale nie ma go już od jakiś dwóch tygodni. Chyba złapał jakąś poważniejszą chorobę – tłumaczę.
Chłopak pogłaśnia radio i palcami stuka o kierownicę.
- Bardzo się śpieszysz? – pyta po chwili.
- Nie, a czemu pytasz?
- Bo chciałbym zabrać cię w jedno miejsce.
I już mam otworzyć usta, żeby zaprotestować, ale czuję, że przecież i tak mnie nie posłucha. Chłopcy często lubią stawiać na swoim.
Dalszą drogę pokonujemy w milczeniu. Wyglądam przez okno i obserwuje szybko zmieniające się widoki. Po chwili orientuję się, że jesteśmy gdzieś na obrzeżach miasta.
- A gdzie tak właściwie jedziemy?
- Zaraz się dowiesz - rzuca tylko. – Już niedaleko.
Ponownie wyglądam przez okno i widzę, że niedaleko przed nami widnieje tabliczka z nazwą miasta. Jednak kilkadziesiąt metrów przed nią skręcamy. Jedziemy jeszcze przez chwilę, aż w końcu wjeżdżamy na podjazd dużego, szarego, nowoczesnego domu.
- No to witam w moich skromnych progach – mówi Alek nieco ironicznie. Jako pierwszy wysiada z samochodu i otwiera mi drzwi.
- Wow – wyrywa mi się, gdy stoję na podjeździe. – Nie wiedziałam, że mieszkasz w takim domu.
- Tak, jestem kolejnym bachorem, któremu poprzewracało się w głowie od pieniędzy rodziców – kwituje ze smutnym uśmiechem. – Wszyscy tak o mnie myślą.
- Ale ja nie.
- Wiem. Dlatego właśnie jesteś tu teraz ty, a nie ktoś inny – łapie mnie za nadgarstek i ciągnie za sobą – Chodź!
Biegniemy przez jego ogródek, deptając idealnie skoszony trawnik. Po chwili dobiegamy do ogrodzenia. Jednak tylko pozornie stanowi ono przeszkodę.
- Dasz radę przejść? – pyta, chyba bardziej retorycznie, bo już przeskakuje na drugą część murku.
- Chyba tak – mówię bez przekonania i wspinam się na kamienny słup.  Niepewnie spoglądam w dół i zastanawiam się, jak najlepiej stąd zejść.
- Skacz, złapię cię – zapewnia i wyciąga ręce w moją stronę. Już po chwili ląduję w jego mocnym uścisku. – Dobra, no to idziemy – mówi i wskakuje prosto w krzaki.
Zdezorientowana idę za nami. Przedzieramy się przez jakieś chaszcze, które co jakiś czas wplątują mi się we włosy. Już mam tego serdecznie dość, kiedy nagle opuszczamy gąszcz. Moim oczom ukazuje się nasze podmiejskie jezioro. Nie wiedziałam, że Alek mieszka tak blisko niego.
Schodzimy na mały drewniany pomost i siadamy na jego końcu. Nasze stopy zwisają nad taflą wody. Akurat założyłam dziś glany, dlatego z chęcią dotykam nimi powierzchni jeziora.
- Chciałabym mieszkać w takiej ładnej okolicy - mówię po chwili.
- Tak, lubię to miejsce. Zawsze przychodziłem tu po każdej kłótni z rodzicami czy z kimś o wiele od nich ważniejszym.
Spoglądam przed siebie i obserwuje słońce, które słabo odbija się tutaj jak w lustrze.
- Też nie przepadasz za swoimi rodzicami, prawda?
- Oni nie kochają mnie, kochają tylko swoje pieniądze. Jestem im potrzebny jedynie do robienia dobrego wrażenia przed ich znajomymi. Nie oszukujmy się, syn-ćpun nie spełnia chyba tych oczekiwań. – zaczyna się śmiać, a ja spoglądam na niego kątem oka. Widać, że nabrał do swoich problemów dość dużego dystansu, więc wreszcie mogę dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat.
- Nie było innego sposobu? Musiałeś od razu uciekać się do narkotyków?
Wzdycha i rozprostowuje nogi.
- Prawdziwa miłość to dziwka. Nie oszczędza nas, tylko ciśnie po całości. Ja nie byłem w stanie tego znieść.
Spoglądam na niego i widzę, jak jego twarz się zmienia.
- Po prostu powiedziała, że już mnie nie kocha. A skoro kochać przestała, to chyba nigdy nie zaczęła. A ja byłem gotów zrobić dla niej wszystko.
Zastanawiam się, co powinnam mu odpowiedzieć, ale on kontynuuje swoją wypowiedź.
- Zachowałem się wtedy jak szczyl. Jej brat zaćpał się, a ja doskonale wiedziałem, że przez to nienawidzi narkotyków. Chciałem zrobić jej na złość, ale jej już nie zależało. Skończyło się tak, że ona nie chciała już mnie znać, a ja wpadłem w to po uszy. Rok zajęło mi, żebym odzyskał rozum i udał się na leczenie.
- Rok to nie długo. Mój ojciec w ogóle nie ocknął się z nałogu.
- Doszłaś już do ładu po jego śmierci? – pyta, poprawiając włosy.
- Chyba tak. Ale… jak dłużej się nad tym zastanowię to dla mnie, jako ojciec, umarł już dawno temu.
- A jak z mamą? – patrzy się prosto na mnie, a w jego oczach widać szczerą troskę i współczucie.
- Chyba lepiej. Już nie spędza całego wolnego czasu na cmentarzu, chodzi tam teraz co dwa, trzy dni. Ale chyba dalej się nienawidzimy – teraz to ja się śmieję.
Wstaje i pomaga mi się podnieść. Odwracamy się, a on obejmuje mnie ramieniem i idziemy wzdłuż pomostu.
- Nie zakochuj się młoda, to niszczy - mówi, przyciskając mnie mocniej do siebie.

13 października 2014

Rozdział XXI

Przewracam kolejną stronę książki i spoglądam na zegarek. Czytam już od przeszło dwóch godzin.
Ponownie zatapiam się w tekście, ale nie mija nawet chwila, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Nie ruszam się z krzesła, pewnie Maciek pójdzie je otworzyć. Gdy po chwili słyszę szczęk przekręcanego zamka wiem, że miałam rację.
- Hej młody – słyszę doskonale znany mi głos. – Jest Ada?
- No jasne, że jest. Przecież ostatnio ciągle siedzi w swoim pokoju i czyta te bzdurne książki – czasami naprawdę mam ochotę go ukatrupić.
Zamykam książkę i idę do przedpokoju, nim Maciek zdąża mnie zawołać.
- Hej - rzucam na widok Filipa. Maciek instynktownie wycofuje się z powrotem do swojego pokoju.
- Ubieraj się, wychodzimy – odpowiada po prostu.
- Ale….
- Bez dyskusji! – mówi z uśmiechem i podaje mi skórzaną kurtkę. W jego niebieskich tęczówkach znów widać ten jego charakterystyczny błysk.
Jednak ja nawet nie drgnę i nie biorę od niego wierzchniego okrycia.
- Naprawdę nie mam ochoty iść gdziekolwiek – oponuję.
- Przecież wiem – rzuca ze śmiechem. – Ostatnio ciągle siedzisz w tej swojej jaskini. Z resztą Kamil też. Dlatego dzisiaj was oboje wyciągamy z domu.
Otwieram usta, w głowie jeszcze szukając dobrego argumentu, ale Filip mnie ubiega.
- No nie daj się prosić. Kamila namawiałem piętnaście minut, miałem nadzieję, że chociaż ty zaoszczędzisz mi trochę czasu.
Wzdycham i bez słowa biorę od niego kurtkę. Zakładam ją, a na nogi wsuwam białe air force’y. Jest dopiero początek marca, a pogoda jest jak późną wiosną.
- Maciek, wychodzę! – krzyczę jeszcze przez próg.
- Baw się dobrze! – odpowiada, przekrzykując odgłosy gry komputerowej, w którą właśnie gra.
Schodzimy na dół po schodach, a przed klatką czekają już na nas pozostali chłopcy, z wyjątkiem Bartka. Od kilku dni nie ma go też w szkole, pewnie się rozchorował.
- Cześć – rzucają, prawie że równocześnie i siadają na rowerach, które dopiero teraz zauważam.
- Jest pewien problem: mój rower jest w piwnicy, a powietrze z opon jest całkowicie spuszczone.
- To nie jest problem – mówi tajemniczo Filip, sadowiąc się na swoim rowerze. – Zaufaj nam.
I nim zdążę spytać o szczegóły, Piotrek podnosi mnie i chwilę później siedzę na kierownicy roweru Filipa.
- To na pewno bezpieczne? – pytam nieco niepewnie.
- Jasne - mówi Kuba. Spoglądam w jego stronę i orientuję się, że Kamil siedzi na jego kierownicy. – I tak jedziemy za miasto.
- Dobra, no to ruszamy! – komenderuje Filip i gwałtownie zrywamy się do przodu.
Jedziemy dość szybko, dzwoniąc na przechodniów, których mijamy od czasu do czasu. Wszyscy obserwują nas z tak samo zdziwioną miną.
Rzeczywiście, po jakiś dziesięciu minutach jazdy wyjeżdżamy na drogę prowadząca na obrzeża miasta. Panuje tutaj zdecydowanie mniejszy ruch.
- Daleko jeszcze? – pytam, wciąż kurczowo trzymając się kierownicy.
- Nie mam pojęcia – odpowiada Filip. – To Kuba prowadzi.
Jednak nasza podróż nie trwa długo. Wjeżdżamy w obszar, gdzie znajdują się działki. Wyglądają w większości tak samo: mały domek i ogródki z warzywami, drzewami owocowymi i rabatkami z kwiatami. Wszystko jednak jest jeszcze uśpione zimowym snem.
Zatrzymujemy się przed jedną z działek i zeskakujemy z rowerów. Kuba podchodzi do bramy, wyciąga z kieszeni klucz i wkłada go do lekko zardzewiałej kłódki.
- A więc to jest ta twoja działka – mówi z udawanym podziwem Piotrek.
- Śmiej się, śmiej – odgryza się chłopak. – Zaraz wam wszystkim opadną szczęki ze zdziwienia.
Wchodzimy na posiadłość, a chłopaki stawiają rowery na stopkach. Kiedy Kuba zamyka za nami bramę rozglądam się po działce.
Jest naprawdę spora, o wiele większa od pozostałych działek. Z miejsca, gdzie stoimy nie widać jej końca. Pewnie zasłania go duża szklarnia.
Kuba zdecydowanym krokiem rusza przed siebie. Nie pozostaje nam nic innego, jak pójść za nim.
Po chwili spoglądam na niego i widzę, że uśmiecha się pod nosem. Mijamy róg szklarni i już wiem, o co mu chodzi. Dwa wielkie drzewa ukazują nam całą swoją okazałość.
Wybudowane są na nich dwa domki na drzewie, połączone mostkiem. Konstrukcja jest naprawdę solidnie wykonana i prezentuje się zadziwiająco. Wyglądają na dopracowane pod każdym kątem.
- Wow – wyrywa mi się po prostu.
- A nie mówiłem? – mówi z satysfakcją Kuba i podchodzi do pierwszego z drzew. Wspina się po szczeblach przymocowanych do pnia. – No, chodźcie.
Do domku wchodzę jako druga. Na ścianach są porozwieszane dziecięce rysunki: mapy, portrety i różne rodzaje ręcznie robionej broni. W kącie leżą wepchnięte zabawki, zupełnie jakby ktoś zostawił je tam dwie minuty temu. Na jednym z blatów leżą cztery korony wycięte z żółtego papieru.
- Tata i dziadek wybudowali te domki dla mnie i mojego brata – zaczyna Kuba, obracając jedną z koron w rękach. – Uwielbialiśmy się tutaj bawić. Ja byłem królem tamtego domku, ten należał do mojego brata. – Przenosi wzrok na mnie. – Ale zawsze brakowało nam królowej. Jesteś pierwszą dziewczyną, która tutaj weszła, więc… - wskazuje na koronę trzymaną w rękach. – Mógłbym?
- To byłby zaszczyt, wasza wysokość – odpowiadam, starając się zachować powagę. Schylam głowę, a na jej czubku ląduje korona.
- Od teraz oficjalnie jesteś królową tych zamków. Masz ochotę zobaczyć pozostałą część swojego królestwa?
Kiwam głową i wszyscy kierujemy się do wyjścia. Idziemy po lekko chwiejącym się mostku i przechodzimy do drugiej części „zamku”.
Ten domek jest podobny do pierwszego, może panuje w nim mniejszy nieporządek. Kuba odsuwa zasłonki z otworu służącego za okno, a do środka wdziera się słońce.
Siadamy po turecku na podłodze, a Piotrek ze swojego plecaka wyjmuje po puszce pepsi dla każdego i dużą paczkę lay’s-ów. Otwiera je i rzuca każdemu po puszce.
- Jest tu dość przyjemnie – mówię, otwierając swój napój. – Można tutaj tak po prostu się odciąć od świata i trochę odpocząć.
- Lubię tu czasem przyjechać, żeby przemyśleć jakieś ważne kwestie. To dobre miejsce do refleksji - dodaje Kuba.
Przez kolejną chwilę siedzimy w ciszy. Słychać jedynie chrupanie chipsów. Ale nie musimy nic mówić, samo nasze towarzystwo nam wystarcza.
Opieram się o ścianę za mną i wyciągam nogi przed siebie. Wzrokiem błądzę gdzieś za okno. Niebo ma dziś idealnie błękitny kolor.
- Cholernie za nią tęsknie - rzuca po chwili Kamil. Przenoszę na niego wzrok. On jednak bezwiednie wpatruje się w swoją puszkę. – To jest nie do wytrzymania, już sam nie wiem co powinienem z tym wszystkim zrobić. Nie potrafię na nią nie patrzeć w szkole, nie potrafię normalnie z nią porozmawiać. Nie potrafię o niej nie myśleć. Nie mam ani siły ani ochoty wychodzić z domu, bo czuję, że bez niej to wszystko nie ma sensu.
- Nie powinieneś oczekiwać, że po miesiącu przestaniesz ją kochać, czy za nią tęsknić – odpowiada Piotrek, upijając łyk coli. – Ale w końcu będziesz musiał o niej zapomnieć.
- Wiem…. I to mnie chyba najbardziej przeraża. Ja… Ja nie wyobrażam sobie życia bez niej.
- Posłuchaj, teraz może ci się wydawać to niewykonalne, ale da się z tym pogodzić. Za jakiś czas ból złagodnieje. Może nie minie całkowicie, ale będziesz musiał nauczyć się z nim żyć – mówi Filip, wpatrując się w obrazki na ścianach. – Bo nie możesz jej odzyskać, nieważne jak bardzo będziesz się o to starał. Ona cię nie kochała i po prostu wykorzystała.
- I z tego co widzę ma się z tym całkowicie dobrze – przerywam mu.
- To jest dla niej najlepsze, wiesz? – kontynuuje Filip. - Ona chce, żeby było właśnie tak jak jest. Tak jest szczęśliwsza. Więc musisz odpuścić, zapomnieć. To jedyny sposób, żebyś dał jej teraz szczęście.
- Chyba masz racje – kwituje po prostu Kamil.
- A jak z twoją mamą? – pyta mnie Kuba. – Nadal się do niej nie odzywasz?
- Nie – odpowiadam bez ogródek.
- Długo zamierzasz się tak na nią boczyć?
- Ja wcale tego nie robię – prycham z lekkim oburzeniem. – Nie wiem po prostu, po co miałabym z nią rozmawiać, skoro to ja zesłałam na nią te wszystkie plagi egipskie. Daje jej spokój, żeby nie musiała przeze mnie cierpieć.
- Przecież dobrze wiesz, że to nie twoja wina – mówi Filip. – Nawet jeżeli twoja mama twierdzi inaczej, powinnaś jej pomóc i wykonać pierwszy w tę stronę krok. Zastanów się nad tym, bo… -na chwile przerywa, jakby szukał odpowiednich, mało bolesnych słów. – Bo przez nieuwagę stracisz ją tak, jak ojca.

04 października 2014

Rozdział XX

Szybko przejeżdżam główką zapałki po drasce. Jedną dłonią osłaniam płomień i powoli przesuwam go w stronę knota. Zapalam go i zdmuchuję ogień.
Maciek przykrywa znicz i cofa się kilka kroków od niedawno wybudowanego pomnika, który przykryty jest jeszcze wiązankami z białymi kwiatami.
Zmawiamy modlitwę, tylko tak teraz możemy mu pomóc. Oddalamy się od grobu i kierujemy w stronę wyjścia z cmentarza.
Gdy przechodzimy prze potężną bramę, czuję, że mój telefon wibruje. Wyciągam go i spoglądam na ekran. Jakiś nieznany numer. Naciskam zieloną słuchawkę na dotykowym ekranie i przykładam telefon do ucha.
- Słucham?
- Ada? – pyta jakiś dziwnie znajomy, męski głos. Przez chwilę milczę, ale wreszcie dociera do mnie, kto jest jego właścicielem.
- Cześć Tomek - odpowiadam po prostu.
- Czyli jednak nie pomyliłem numerów - jestem pewna, że w tym momencie się uśmiechnął. – Mogłabyś wpaść do mnie niedługo z Maćkiem?
- Ale dzisiaj mama ma wizytę… - mówię lekko zdezorientowana.
- Wiem, ale chciałbym, żebyście też przyszli na to spotkanie. Chciałbym porozmawiać z waszą trójką.
- No dobrze. Kiedy dokładnie mama ma wizytę?
- Za pół godziny.
- Sądzę, że powinniśmy zdążyć.
- Świetnie. Do zobaczenia.
Rozłącza się, a ja chowam telefon z powrotem do kieszeni.
- O co chodzi? – pyta  jak zwykle ciekawski Maciek.
- Dzwonił Tomek. Chce, żebyśmy przyszli dziś na wizytę wraz z mamą.
- Wspólna wizyta? Trochę to dziwne – rzuca. Siadamy na przystanku, do którego właśnie doszliśmy. Do autobusu mamy jeszcze kilka minut. – Nie wiesz, o co może chodzić?
Przecząco kiwam głową.
- Ale znając Tomka, na pewno nie robi tego spotkania bez powodu.
Do wejścia do gabinetu jak zwykle zachęca nas „Proszę!” wypowiedziane łagodnym, męskim głosem.
Otwieram drzwi i wchodzimy do pokoju. Mama obrzuca nas, a potem Tomka pytającym spojrzeniem.
- Zadzwoniłem po nich. Chciałbym dzisiaj porozmawiać z wami wszystkimi.
Zdejmujemy kurtki i siadamy na dwóch wolnych krzesłach ustawionych na planie kwadratu.
Nikt nie odzywa się słowem, siedzimy w ciszy przez następną chwilę.
- W ostatnim czasie spotykałem się z wami i rozmawiałem o waszych problemach i burzliwych emocjach. Chcieliście mojej pomocy, ale nie wpadliście na najbardziej oczywisty pomysł.
Spogląda na nas po kolei, ale zaraz znów kontynuuje swoją wypowiedź.
- Potrzebowaliście czyjegoś zrozumienia, a przecież jesteście rodziną. Powinniście być dla siebie oparciem właśnie w tych trudnych chwilach, a zauważyłem, że nie mieliście okazji ze sobą o tym porozmawiać.
Faktycznie. Nawet nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak szczerze rozmawiałam z mamą. Była zawsze taka zapracowana i przejęta tylko problemem taty.
- Powiedzcie to sobie teraz - dodaje i rozkłada się wygodnie w fotelu.
Mimo to wciąż milczymy.
Spoglądam na mamę, potem na Maćka, Tomka i gdzieś za okno. Powtarzam sekwencję jeszcze dwa razy. Chyba nikt nie zamierza się odezwać. W końcu odchrząkuję i to ja zabieram głos.
- Maćkowi nie mam nic do powiedzenia. On wie wszystko. Był ze mną w każdej złej chwili i przeżywał dokładnie to samo, co ja. Pomógł mi. – przenoszę wzrok na mamę. - Nie to co ty.
Zaczynam ciągnąc swój wywód, a słowa wyrzucam z siebie tak szybko, jak z karabinu maszynowego.
- Przecież wiedziałaś, jaki był i co nam robił. Nawet nie próbowałaś stanąć w naszej obronie. Ciągle brałaś coraz to więcej dyżurów w pracy, a całe twoje pieniądze i tak ojciec przepijał. O to właśnie ci chodziło?
- Ada, może trochę się uspokoisz…
- Nie, Maciek. Przecież kiedyś i tak musielibyśmy jej to powiedzieć- przerywam bratu, po czym znowu zwracam się do mamy. – Ja wiem, że go kochałaś. Ja wiem, że chciałaś mu pomóc ze wszystkich sił. Ale dlaczego robiłaś to naszym kosztem? Dlaczego nie chciałaś nam pomóc? Dlaczego nas nie kochasz, mamo?
Na reakcję z jej strony nie muszę długo czekać.
- A dlaczego wy nie mogliście mi pomóc!? Zostawiliście mnie z nim sami, on was w ogóle nie interesował. Byliście zbyt zajęci czubkami swoich nosów.
- Jak mogliśmy pomóc komuś, kto nas bił? – do dyskusji włącza się również Maciek. - My się go po prostu baliśmy. Bałem się wrócić do domu po szkole, bo bałem się, że będzie na mnie czekał. Bałem się, że znów będzie we mnie wmuszał alkohol, że znów mnie uderzy. A ty przecież doskonale wiedziałaś, widziałaś siniaki na naszym ciele. Ciebie również bił, myślisz, że o tym nie wiem!?
- Ale on nie chciał nas bić! To był dobry człowiek. To tylko twoja wina!– mama zrywa się z krzesła i podchodzi w moją stronę. Tomek instynktownie przytrzymuje ją, gdy nagle zaczyna chaotycznie rzucać się na wszystkie strony. – To ty nagadałaś jakiś głupot Maćkowi, to ty nie potrafiłaś docenić tego, co ojciec dla ciebie robił. To przez ciebie stracił pracę, to przez ciebie zaczął pić. To ty go zabiłaś.
Również wstaję z krzesła.
- Mówisz dokładnie tak jak ojciec! I co, teraz też mnie uderzysz jak on?! No dalej, proszę! Nie krępuj się!
I nagle wszystko dzieje się zbyt szybko. Mama wyszarpuje się z uścisku Tomka i wymierza mi siarczysty policzek. Do oczu napływają mi łzy złości.
- Nienawidzę cię! – wykrzykuję i wybiegam z gabinetu, trzaskając za sobą drzwiami.
Idę przed siebie i dopiero po chwili trochę się uspokajam. Zaczynam drżeć z zimna, zapomniałam wziąć kurtki z gabinetu. Trudno, najwyżej będzie musiała tam zostać.
Przed siebie niosą mnie tylko nogi, a ja sama nie wiem gdzie jestem. Wokół mnie panuje spory ruch, wszyscy żyją swoim życiem. Nikt nie zwraca uwagi na mój płacz.
- Ada, zaczekaj! – słyszę po chwili, ale nie mam zamiaru się zatrzymywać. Jednak Maciek szybko mnie dogania.
- Załóż na siebie, bo się zaziębisz – mówi, lekko dysząc.
Odbieram od niego płaszcz, ale wciąż idę przed siebie.
- Ada… - chwyta mnie za nadgarstek, ale od razu się wyszarpuję.
- Daj mi spokój, chcę być sama- prawie krzyczę i przyśpieszam kroku.
Nie jest to konieczne, bo zrezygnowany Maciek właśnie się zatrzymuje.
by Heather - Land of Grafic