26 września 2014

Rozdział XVIII

Para bucha z czajnika. Wyłączam palnik i wlewam wodę do kubka. Zapach świeżej kawy łaskocze mnie w nozdrzach. Pociągam łyk i opieram czoło na dłoni.
Ostatnie dni były męczące. Ograniczona ilość snu i załatwianie spraw pogrzebowych. Na szczęście przyjechała ciocia, pomogła nam jakoś to wszystko ogarnąć.
Do kuchni wchodzi Maciek i siada na stołku obok mnie. Jego młoda twarz jest strapiona problemami, których przysporzyło mu życie. Wygląda na więcej, niż trzynaście lat.
Widocznie musieliśmy dorosnąć szybciej, niż nasi rówieśnicy.
- Spałeś spokojnie? – pytam, pociągając kolejnego łyka.
- Kiedy już wreszcie usnąłem, o dziwo tak. Ale… -  w jego głosie słychać moment zawahania. – Ale dziś też płakała, prawda?
Smutno kiwam głowom. Każdej nocy od śmierci taty ciszę przerywał spazmatyczny płacz mamy.
Podnoszę się i idę do pokoju. Rozsuwam zasłony i od razu natrętne słońce wdziera się na moje terytorium. Zapowiada się słoneczny dzień.
Jest 20 lutego, ale wcale tego nie widać. Temperatury już od kilku dni nie spadają poniżej 0, a śnieg już dawno stopniał. Moje wspomnienia nie znikną tak łatwo jak on, zwłaszcza, że ostatnio atakują mnie tak natarczywie.
Rozczesuję jeszcze wilgotne włosy. Wyjmuję z szafy sukienkę, którą uprasowałam już poprzedniego wieczora. Zakładam ją i wciągam na nogi rajstopy. Nakładam mój codzienny, delikatny makijaż, a włosy związuję w kok.
Przysiadam na łóżku, a sprężyny trzeszczą jak zwykle. Jeszcze raz krytycznym wzrokiem przyglądam się czarnym botkom na obcasie, które pożyczyła mi ciocia. Delikatnie wsuwam je na stopy i dopinam zamek. Faktycznie, leżą idealnie.
Zarzucam torebkę na ramię i z cichym stukotem podążam do przedpokoju. Maciek już tam stoi i podaje mi z wieszaka płaszcz. Pewnie wyrośnie z niego dżentelmen.
Zaglądam do salonu i widzę, jak ciocia poprawia mamie makijaż. Pewnie chce jakoś zatuszować jej podkrążone i zaczerwienione od płaczu oczy. Kiedy kończą i pokazują nam się w całej swojej okazałości, przyglądam się im z uśmiechem.
Ciocia Ania, choć jest starsza od mamy, wygląda jak jej rówieśniczka. Ten sam odcień włosów, podobny wzrost. I tak samo smutne, szarawe tęczówki.
- Gotowi? – pyta ciocia i zakłada swój płaszczyk.
Kiwamy głowami i opuszczamy mieszkanie.
Wsiadamy do samochodu i nikt nie odzywa się ani słowem. Drogę na cmentarz pokonujemy bez problemu, o tej godzinie większość mieszkańców jest w pracy.
Przed kaplicą pogrzebową jesteśmy jakieś dwadzieścia minut przed nabożeństwem. Czekamy przed głównym wejściem, a pozostali żałobnicy też nadchodzą.
Podchodzą do nas sąsiedzi, którzy nigdy nie utrzymywali z nami kontaktu, kasjerki z osiedlowego sklepu, pod którym codziennie stał mój ojciec i koleżanki z pracy mamy. Składają nam kondolencje i patrzą na nas z politowaniem. Ale oni nie wiedzą. Nie mogą sobie nawet wyobrazić, jakie to wszystko jest ciężkie do uniesienia.
I nagle przychodzą oni. Dziś wyglądają nadzwyczaj dobrze- schludnie ubrani i , o dziwo, trzeźwi. Kątem oka spoglądam na mamę. Nie widzi ich, właśnie rozmawia z kolejną osobą. Wychodzę im naprzeciw.
- Składamy pani wyrazy współczucia- rzuca jeden z nich. Kiwam po prostu głową.
- Niech panowie nie podchodzą do mojej mamy. Jest w złym stanie, obawiam się, że na wasz widok mogłoby jej się jeszcze pogorszyć.
- Rozumiem… - mówi inny z nich. Wzdrygam się na sam dźwięk jego głosu, który tak doskonale rozpoznaję mimo upływu lat. Przyglądam mu się bliżej. Był u nas kilka razy. Tamtego wieczoru, gdy ojciec złamał mi rękę także.
- To nasza wina, dlatego musieliśmy tutaj przyjść- kontynuuje mężczyzna. – Wtedy tez z nim byliśmy. Musieliśmy po prostu wtedy przegiąć. Jest nam bardzo przykro.
Znów potakuję głową i odwracam się na pięcie, żeby odejść, kiedy zatrzymują mnie.
- Dopiero teraz zrozumieliśmy, jak bardzo to, co robiliśmy przez ostatnie lata było głupie. Ja też zaniedbałem ojcowskie obowiązki. Zapisaliśmy się na leczenie.
- To dobrze. Mam nadzieję, że panowie z tego wyjdą. Szkoda tylko, że ktoś musiał umrzeć, żebyście się opanowali- rzucam przez ramię i wracam na moje poprzednie stanowisko. Maciek spogląda na mnie pytająco, jednak nic mu nie odpowiadam.
Wnet przez bramę cmentarza przechodzą państwo Ceglińscy. Pani Beata od razu łapie w objęcia mamę, a jej mąż wita się ze mną i z Maćkiem. Jednak nie widać ich jedynego syna.
Nie mówiłam chłopakom o tym, co ostatnio mnie spotkało. Nie chcę, żeby ktokolwiek o tym wiedział, żeby dowiedziała się klasa i wychowawczyni, żeby przyszli na pogrzeb. Nie chcę otrzymywać od nich politowania i pomocy, których nigdy nie dostałam, kiedy były mi naprawdę potrzebne.
Ale jednak musieli się dowiedzieć. Idą całą piątką, równym, zdecydowanym  krokiem, a Piotrek trzyma w ręce obszerną wiązankę z białych róż.
- Hej młody- rzuca Filip i targa Maćka po głowie. Z uśmiechem spogląda na mnie, on też już wie jak bardzo go to denerwuje.
Nie odpowiada nic, jak gdyby trochę obrażony. Postanawia dać nam chwilkę na osobności i oddala się, ponownie układając fryzurę.
- Czemu nam nie powiedziałaś? – rzuca bez ogródek Bartek.
- Nie chciałam, żebyście wiedzieli… -  rzucam tylko, choć taka przecież jest prawda. Jednak w mojej głowie brzmiało to o wiele lepiej. – Nie chciałam wysłuchiwać od was tych wyrazów współczucia. To nic teraz nie da.
- Ale może moglibyśmy jakoś pomóc…  - zaczyna Filip.
- Filip, w takiej sytuacji nie da się komuś pomóc. Wy nawet nie możecie sobie wyobrazić , w jak bardzo beznadziejnej sytuacji się znajduję, bo nikt z was nie czuł się przynajmniej w połowie tak źle, jak ja.
- Czyli nic nie możemy zrobić?
- Nie sądzę. Sama muszę się z tym uporać- spoglądam na zegarek. Za pięć minut ma rozpocząć się nabożeństwo. – A teraz muszę wykonać pierwszy krok w tę stronę.
Wraz z mamą, ciocią i Maćkiem wchodzę do kaplicy, gdzie kilka miejsc jest już zajętych. Mama podchodzi do otwartej trumny i znów zaczyna szlochać. Przymykam oczy i czekam, aż ciocia zdoła ją odciągnąć na miejsce w pierwszym rzędzie. Przełykam ślinę, bo wiem, że teraz ja powinnam ostatni raz stawić czoło ojcu.
Nawet teraz na jego widok wzdrygam się. W czarnym garniturze wygląda na takiego niewinnego. Jego zawsze silne ręce są posłusznie złożone wzdłuż ciała. Są teraz takie kruche, niezdolne do wyrządzenia żadnej krzywdy. W butonierce ma włożony różaniec, choć przecież nigdy się nie modlił, ani nawet nie chodził z nami do kościoła.
Pierwszy raz w życiu jestem silniejsza od niego, a nie mogę wykorzystać tej przewagi. Nie mogę ukarać go za to, jak traktował mamę i , że tak często nas bił.
On został już ukarany. Teraz to Bóg musi wyciągnąć wobec niego konsekwencje.
Organista zaczyna grać na przyniesionym przez siebie keyboardzie, a ludzie cichną. Później słychać jedynie mocny głos kapłana i ciche łkanie mojej mamy.
I właśnie w tym momencie wreszcie rozumiem, że mama jest idealnym przykładem prawdziwej miłości. Ona ciągle chciała mu pomóc, ślepo wierzyła w to, że dla niego jest jeszcze jakiś ratunek. Ale to nie było możliwe, on sam przekreślił swoje życie.
A ona i tak wciąż kocha tatę. Kocha go, mimo że pił, mimo że nas bił i kocha, mimo że już nie żyje.
Nabożeństwo dobiega końca, a reszta pogrzebu to tylko formalność. Nim się spostrzegam, tata ląduje trzy metry pod ziemią.
Wszyscy rozchodzą się i znów zostajemy tylko we czwórkę. Wstęgi pogrzebowych wiązanek lekko poruszają się na wietrze.
- Chodźcie, lepiej zostawić ją samą- mówi ciocia i odciąga nas od grobu.
Nie oponujemy, sami nie jesteśmy w najlepszym nastroju. Idziemy w milczeniu aż do parkingu.
- Musimy porozmawiać- zaczyna wreszcie ciocia. – Zostanę z wami jeszcze przez dwa tygodnie, a w tym czasie czeka nas sporo roboty. Po pierwsze, musimy pozbyć się wszystkich rzeczy waszego ojca. Najlepiej wziąć się za to, kiedy wasza mama będzie w pracy.
Racja. Już nie chodzi o to, że te rzeczy będą nam zajmować miejsce w domu. Rzecz w tym, że przywoływałyby tylko wspomnienia. To nie jest najlepsza opcja dla nas i dla mamy.
- Po drugie, musimy zrobić remont w waszym domu. Zamówiłam już wszystkie potrzebne rzeczy, będziemy tylko potrzebować jakiejś pomocy.
- Przyjaciele Ady z pewnością pomogą- rzuca Maciek, a jego głos jest lekko zachrypnięty.
- Tak, sądzę, że się zgodzą… - odpowiadam wymijająco, choć nie jestem w pełni zadowolona z takiego obrotu spraw. Nie chciałabym zapraszać ich do mojego domu, a co dopiero po to, żeby pomóc mi w remoncie.
- A no i jeszcze jedno. Zapisałam was na sesję u pani psycholog. Liczę, że kiedy już wyjadę udacie się tam z mamą.
Maciek jest wyraźnie zaskoczony. Spogląda na mnie, z nadzieją, że usłyszy to, co chciałby usłyszeć.
Niestety muszę go zmartwić.
- Dobrze. Stawimy się u psychologa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

by Heather - Land of Grafic