Rozdział
XVIII
Para bucha z czajnika. Wyłączam
palnik i wlewam wodę do kubka. Zapach świeżej kawy łaskocze mnie w nozdrzach. Pociągam
łyk i opieram czoło na dłoni.
Ostatnie dni były męczące.
Ograniczona ilość snu i załatwianie spraw pogrzebowych. Na szczęście
przyjechała ciocia, pomogła nam jakoś to wszystko ogarnąć.
Do kuchni wchodzi Maciek i siada
na stołku obok mnie. Jego młoda twarz jest strapiona problemami, których
przysporzyło mu życie. Wygląda na więcej, niż trzynaście lat.
Widocznie musieliśmy dorosnąć
szybciej, niż nasi rówieśnicy.
- Spałeś spokojnie? – pytam,
pociągając kolejnego łyka.
- Kiedy już wreszcie usnąłem, o
dziwo tak. Ale… - w jego głosie słychać
moment zawahania. – Ale dziś też płakała, prawda?
Smutno kiwam głowom. Każdej nocy
od śmierci taty ciszę przerywał spazmatyczny płacz mamy.
Podnoszę się i idę do pokoju.
Rozsuwam zasłony i od razu natrętne słońce wdziera się na moje terytorium.
Zapowiada się słoneczny dzień.
Jest 20 lutego, ale wcale tego
nie widać. Temperatury już od kilku dni nie spadają poniżej 0, a śnieg już
dawno stopniał. Moje wspomnienia nie znikną tak łatwo jak on, zwłaszcza, że ostatnio
atakują mnie tak natarczywie.
Rozczesuję jeszcze wilgotne
włosy. Wyjmuję z szafy sukienkę, którą uprasowałam już poprzedniego wieczora.
Zakładam ją i wciągam na nogi rajstopy. Nakładam mój codzienny, delikatny
makijaż, a włosy związuję w kok.
Przysiadam na łóżku, a sprężyny
trzeszczą jak zwykle. Jeszcze raz krytycznym wzrokiem przyglądam się czarnym
botkom na obcasie, które pożyczyła mi ciocia. Delikatnie wsuwam je na stopy i
dopinam zamek. Faktycznie, leżą idealnie.
Zarzucam torebkę na ramię i z
cichym stukotem podążam do przedpokoju. Maciek już tam stoi i podaje mi z
wieszaka płaszcz. Pewnie wyrośnie z niego dżentelmen.
Zaglądam do salonu i widzę, jak
ciocia poprawia mamie makijaż. Pewnie chce jakoś zatuszować jej podkrążone i
zaczerwienione od płaczu oczy. Kiedy kończą i pokazują nam się w całej swojej
okazałości, przyglądam się im z uśmiechem.
Ciocia Ania, choć jest starsza od
mamy, wygląda jak jej rówieśniczka. Ten sam odcień włosów, podobny wzrost. I
tak samo smutne, szarawe tęczówki.
- Gotowi? – pyta ciocia i zakłada
swój płaszczyk.
Kiwamy głowami i opuszczamy
mieszkanie.
Wsiadamy do samochodu i nikt nie
odzywa się ani słowem. Drogę na cmentarz pokonujemy bez problemu, o tej
godzinie większość mieszkańców jest w pracy.
Przed kaplicą pogrzebową jesteśmy
jakieś dwadzieścia minut przed nabożeństwem. Czekamy przed głównym wejściem, a
pozostali żałobnicy też nadchodzą.
Podchodzą do nas sąsiedzi, którzy
nigdy nie utrzymywali z nami kontaktu, kasjerki z osiedlowego sklepu, pod
którym codziennie stał mój ojciec i koleżanki z pracy mamy. Składają nam
kondolencje i patrzą na nas z politowaniem. Ale oni nie wiedzą. Nie mogą sobie
nawet wyobrazić, jakie to wszystko jest ciężkie do uniesienia.
I nagle przychodzą oni. Dziś
wyglądają nadzwyczaj dobrze- schludnie ubrani i , o dziwo, trzeźwi. Kątem oka
spoglądam na mamę. Nie widzi ich, właśnie rozmawia z kolejną osobą. Wychodzę im
naprzeciw.
- Składamy pani wyrazy
współczucia- rzuca jeden z nich. Kiwam po prostu głową.
- Niech panowie nie podchodzą do
mojej mamy. Jest w złym stanie, obawiam się, że na wasz widok mogłoby jej się
jeszcze pogorszyć.
- Rozumiem… - mówi inny z nich.
Wzdrygam się na sam dźwięk jego głosu, który tak doskonale rozpoznaję mimo
upływu lat. Przyglądam mu się bliżej. Był u nas kilka razy. Tamtego wieczoru,
gdy ojciec złamał mi rękę także.
- To nasza wina, dlatego
musieliśmy tutaj przyjść- kontynuuje mężczyzna. – Wtedy tez z nim byliśmy. Musieliśmy
po prostu wtedy przegiąć. Jest nam bardzo przykro.
Znów potakuję głową i odwracam
się na pięcie, żeby odejść, kiedy zatrzymują mnie.
- Dopiero teraz zrozumieliśmy,
jak bardzo to, co robiliśmy przez ostatnie lata było głupie. Ja też zaniedbałem
ojcowskie obowiązki. Zapisaliśmy się na leczenie.
- To dobrze. Mam nadzieję, że
panowie z tego wyjdą. Szkoda tylko, że ktoś musiał umrzeć, żebyście się
opanowali- rzucam przez ramię i wracam na moje poprzednie stanowisko. Maciek
spogląda na mnie pytająco, jednak nic mu nie odpowiadam.
Wnet przez bramę cmentarza
przechodzą państwo Ceglińscy. Pani Beata od razu łapie w objęcia mamę, a jej
mąż wita się ze mną i z Maćkiem. Jednak nie widać ich jedynego syna.
Nie mówiłam chłopakom o tym, co
ostatnio mnie spotkało. Nie chcę, żeby ktokolwiek o tym wiedział, żeby
dowiedziała się klasa i wychowawczyni, żeby przyszli na pogrzeb. Nie chcę
otrzymywać od nich politowania i pomocy, których nigdy nie dostałam, kiedy były
mi naprawdę potrzebne.
Ale jednak musieli się dowiedzieć.
Idą całą piątką, równym, zdecydowanym krokiem, a Piotrek trzyma w ręce obszerną
wiązankę z białych róż.
- Hej młody- rzuca Filip i targa
Maćka po głowie. Z uśmiechem spogląda na mnie, on też już wie jak bardzo go to
denerwuje.
Nie odpowiada nic, jak gdyby
trochę obrażony. Postanawia dać nam chwilkę na osobności i oddala się, ponownie
układając fryzurę.
- Czemu nam nie powiedziałaś? –
rzuca bez ogródek Bartek.
- Nie chciałam, żebyście
wiedzieli… - rzucam tylko, choć taka
przecież jest prawda. Jednak w mojej głowie brzmiało to o wiele lepiej. – Nie
chciałam wysłuchiwać od was tych wyrazów współczucia. To nic teraz nie da.
- Ale może moglibyśmy jakoś
pomóc… - zaczyna Filip.
- Filip, w takiej sytuacji nie da
się komuś pomóc. Wy nawet nie możecie sobie wyobrazić , w jak bardzo
beznadziejnej sytuacji się znajduję, bo nikt z was nie czuł się przynajmniej w
połowie tak źle, jak ja.
- Czyli nic nie możemy zrobić?
- Nie sądzę. Sama muszę się z tym
uporać- spoglądam na zegarek. Za pięć minut ma rozpocząć się nabożeństwo. – A
teraz muszę wykonać pierwszy krok w tę stronę.
Wraz z mamą, ciocią i Maćkiem
wchodzę do kaplicy, gdzie kilka miejsc jest już zajętych. Mama podchodzi do
otwartej trumny i znów zaczyna szlochać. Przymykam oczy i czekam, aż ciocia
zdoła ją odciągnąć na miejsce w pierwszym rzędzie. Przełykam ślinę, bo wiem, że
teraz ja powinnam ostatni raz stawić czoło ojcu.
Nawet teraz na jego widok
wzdrygam się. W czarnym garniturze wygląda na takiego niewinnego. Jego zawsze
silne ręce są posłusznie złożone wzdłuż ciała. Są teraz takie kruche, niezdolne
do wyrządzenia żadnej krzywdy. W butonierce ma włożony różaniec, choć przecież nigdy
się nie modlił, ani nawet nie chodził z nami do kościoła.
Pierwszy raz w życiu jestem
silniejsza od niego, a nie mogę wykorzystać tej przewagi. Nie mogę ukarać go za
to, jak traktował mamę i , że tak często nas bił.
On został już ukarany. Teraz to
Bóg musi wyciągnąć wobec niego konsekwencje.
Organista zaczyna grać na
przyniesionym przez siebie keyboardzie, a ludzie cichną. Później słychać jedynie
mocny głos kapłana i ciche łkanie mojej mamy.
I właśnie w tym momencie wreszcie
rozumiem, że mama jest idealnym przykładem prawdziwej miłości. Ona ciągle
chciała mu pomóc, ślepo wierzyła w to, że dla niego jest jeszcze jakiś ratunek.
Ale to nie było możliwe, on sam przekreślił swoje życie.
A ona i tak wciąż kocha tatę.
Kocha go, mimo że pił, mimo że nas bił i kocha, mimo że już nie żyje.
Nabożeństwo dobiega końca, a
reszta pogrzebu to tylko formalność. Nim się spostrzegam, tata ląduje trzy
metry pod ziemią.
Wszyscy rozchodzą się i znów
zostajemy tylko we czwórkę. Wstęgi pogrzebowych wiązanek lekko poruszają się na
wietrze.
- Chodźcie, lepiej zostawić ją
samą- mówi ciocia i odciąga nas od grobu.
Nie oponujemy, sami nie jesteśmy
w najlepszym nastroju. Idziemy w milczeniu aż do parkingu.
- Musimy porozmawiać- zaczyna wreszcie
ciocia. – Zostanę z wami jeszcze przez dwa tygodnie, a w tym czasie czeka nas
sporo roboty. Po pierwsze, musimy pozbyć się wszystkich rzeczy waszego ojca.
Najlepiej wziąć się za to, kiedy wasza mama będzie w pracy.
Racja. Już nie chodzi o to, że te
rzeczy będą nam zajmować miejsce w domu. Rzecz w tym, że przywoływałyby tylko
wspomnienia. To nie jest najlepsza opcja dla nas i dla mamy.
- Po drugie, musimy zrobić remont
w waszym domu. Zamówiłam już wszystkie potrzebne rzeczy, będziemy tylko
potrzebować jakiejś pomocy.
- Przyjaciele Ady z pewnością
pomogą- rzuca Maciek, a jego głos jest lekko zachrypnięty.
- Tak, sądzę, że się zgodzą… - odpowiadam
wymijająco, choć nie jestem w pełni zadowolona z takiego obrotu spraw. Nie
chciałabym zapraszać ich do mojego domu, a co dopiero po to, żeby pomóc mi w
remoncie.
- A no i jeszcze jedno. Zapisałam
was na sesję u pani psycholog. Liczę, że kiedy już wyjadę udacie się tam z
mamą.
Maciek jest wyraźnie zaskoczony.
Spogląda na mnie, z nadzieją, że usłyszy to, co chciałby usłyszeć.
Niestety muszę go zmartwić.
- Dobrze. Stawimy się u
psychologa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz