26 sierpnia 2014

Rozdział XVII

Otwieram zeszyt i zapisuję na marginesie dzisiejszą datę. Czternasty lutego dwa tysiące czternastego roku.
Zapisuję temat lekcji i bezwiednie przepisuję z tablicy rzędy cyfr i równań, których kompletnie nie rozumiem. Wywód matematyka przerywa pukanie do drzwi.
Automatycznie dwadzieścia sześć par oczu kieruje się w tamtą stronę.
- Poczta walentynkowa- oznajmia rudowłosa dziewczyna o kręconych włosach.
- Dobrze, dajcie mi to- mówi z lekką nutą irytacji w głosie pan Budzyński. Odbiera nasze przesyłki i kładzie je na biurku. Jak gdyby nigdy nic kontynuuje tłumaczenie zadania.
Zawsze trudno nam jest skupić się na matematyce, jednak teraz wszystkie dziewczyny są bardziej rozkojarzone, niż zwykle. Co chwila spoglądają na biurko nauczyciela i na kartki w kolorowych kopertach. Cały czasz szepczą i chichoczą. Podejrzewam, że rozmawiają o tym kto ile dostał walentynek. A, no i oczywiście zastanawiają się od kogo.
Dostajemy je dopiero parę minut przed dzwonkiem. Każdy z klasy dostał mniej więcej po trzy- cztery kartki.
- Domyślacie się, od kogo mogą być? – zagaduje Kamil, gdy jesteśmy na korytarzu.
- Nie- odpowiadam. Dochodzimy już do naszych szafek. – I jakoś specjalnie mnie to nie interesuje. Nie obchodzę Walentynek.
Otwieram szafkę i wnet przed moimi nogami wysypuje się stosik jakiś piętnastu kartek.
- Trzeba było powiedzieć o tym swoim adoratorom- mówi ze śmiechem Kuba. Jednak jego kąciki ust szybko opadają, w jego szafce czeka na niego taka sama niespodzianka.
- Co to tutaj robi? – pyta Bartek, zbierając swoje kartki z podłogi.
- Wydaje mi się, że to walentynki od tych, którzy nie znają naszego imienia i nazwiska, a przyuważyli, gdzie mamy szafki- odpowiada Filip, licząc swoje kartki.
- Hmn… Chyba wszystkie są od dziewczyn- zauważa Piotrek. – Szkoda, że nie wiedzą, że jestem gejem.
Wrzucamy pocztę pomiędzy książki i ze śmiechem idziemy w kierunku hali sportowej.
- Jakie macie plany na resztę dnia? – rzucam.
- Trening. Idealne Walentynki, co? – mówi Bartek.
- Ja musze zabrać psa do weterynarza, więc mogę liczyć jedynie na to, że poderwie mnie jakiś pies. – śmieje się Filip.
- Ja zabieram Darię na romantyczną kolację. Stolik zarezerwowałem już dwa tygodnie temu. – Kamil jest wyraźnie z siebie dumny. – No i mam tez dla niej biżuterię.
- Wow, naprawdę masz gest- żartuję.
- My chyba wyskoczymy do kina- mówi Piotrek.
- Okej, tylko ja wybieram film. Ty masz słaby gust. - Na twarzy Kuby pojawia się ironiczny uśmieszek.
Ostatnią naszą lekcją następnego dnia jest godzina wychowawcza, możemy więc w spokoju porozmawiać. Nie biorę znaczącego udziału w konwersacji. Przyglądam się za to Kamilowi, który ewidentnie przez cały dzień jest jakiś przygnębiony.
- Wszystko okej, stary? – Bartek przerywa rozmowę. Najwidoczniej nie ja jedyna zauważyłam, że z chłopakiem jest coś nie tak.
Inni też przenoszą na niego wzrok. Milczenie trwa przez dłuższą chwilę. Przerywa ją szelest dobiegający z plecaka Kamila.
- Jeśli chcesz, możesz sobie to wziąć- mówi do mnie i przesuwa po ławce małe, podłużne, złote pudełeczko przewiązane czerwoną wstążeczką. Spoglądam na niego pytająco, ale po chwili otwieram prezent.
W środku znajduje się srebrny łańcuszek z małą srebrną przywieszką w kształcie serduszka z małymi diamencikami.
Urodziny mam dopiero w maju. Czym w takim razie zasłużyłam sobie na ten podarek?
I nagle wszystko zaczynam rozumieć.
- Nie miałeś tego dać Darii?
- Miałem- potakuje. – Ale… Wczorajsza kolacja chyba się nie udała.
- Jedzenie jej nie smakowało? – żartuje Kuba. Natychmiast piorunuję go wzrokiem. Ten jedynie podnosi dłonie do góry w obronnym geście.
- Rozstaliśmy się.
Nikt nie wie, co powinien odpowiedzieć. Niezręczną sytuację przerywa dzwonek. Kamil gwałtownie wstaje z krzesła i jako pierwszy wychodzi z sali.
My natomiast ociągamy się i powoli schodzimy do szatni. Dostrzegamy, że nie ma już jego kurtki.
- Powinniśmy go dogonić? – pyta Filip.
- Nie, chyba dzisiaj chciałby pobyć sam- mówię i czym prędzej zarzucam na siebie płaszcz. – Przepraszam, dzisiaj nie wracam z wami tramwajem, muszę coś załatwić- dodaję i wychodzę z szatni.
Wybiegam przed gmach szkoły i dalej biegnę na przystanek. Tak jak myślałam, tramwaj, którego teraz potrzebuję właśnie podjeżdża. Wbiegam do środka, a drzwi momentalnie zatrzaskują się za mną.
Odjeżdżamy w kierunku całkowicie przeciwnym niż mój dom.
Nie jestem pewna, na którym przystanku powinnam wysiąść. Po jakiś piętnastu minutach drogi opuszczam tramwaj i idę przed siebie uliczkami, gdzie wszystkie domki szeregowe są niemalże takie same.
Po chwili, przed jedną z szeregówek rozsuwa się brama automatyczna. Dostrzegam znane mi lamborghini, które codziennie przyjeżdża po Darię pod szkołę. Wyjeżdża z posesji, a brama sama się zamyka.
Zatrzymuję się przy posiadłości i dzwonię domofonem przy furtce.
- Tak słucham? – odzywa się nagle kobiecy głos.
- Dzień dobry, jest Daria?
- Tak, wejdź dziecko.
Furtka teraz ustępuje pod moim ciężarem. Powoli idę po jasnej kostce prowadzącej pod drzwi, które natychmiast się przede mną otwierają.
Kobieta jest lekko po pięćdziesiątce. Ma na sobie jasny fartuszek. Zdecydowanie nie jest mamą Darii. A więc kim? Zdejmuję wierzchnie okrycie i rozglądam się po kunsztownie urządzonym mieszkaniu. Racja, to pewnie gosposia. Zapomniałam, że Daria śpi na pieniądzach.
Za wskazówkami gosposi kieruję się na górę do pokoju, który zajmuje większą część piętra. Delikatnie pukam do drzwi. Brunetka natychmiast mi otwiera.
- O cześć. Nie spodziewałam się ciebie tutaj. Wejdź proszę.
Niepewnie wchodzę do środka. Jej pokój jest ogromny, o wiele większy od mojego salonu. Panuje tutaj idealny ład i porządek, prawie jak na wystawie w jakimś drogim sklepie meblowym.
- Przyniosłaś mi notatki z lekcji? – pyta mnie po chwili.
- A… Tak, tak…- mówię, chociaż nawet nie przeszło mi to przez myśl. Szybko sięgam do torby po zeszyty. Wręczam je Darii, a ona od razu zajmuje się kserowaniem właściwych stron. Ja natomiast opadam na jej łóżko.
- Słabo się czułam dziś rano, dlatego odpuściłam sobie dzisiaj szkołę- wyjaśnia.
Kiwam tylko głową, nie wiedząc, jak przejść do sedna sprawy, która mnie tutaj sprowadziła.
- A jak wczorajsza kolacja? – zaczynam. – Kamil nic nie chce powiedzieć, jest taki tajemniczy.
Widzę, jak zmienia się na twarzy. Chwilę wpatruje się bezwiednie w kserującą drukarkę. Po chwili zabiera głos, starannie dobierając słowa.
- Chyba nie najlepiej. Rozstaliśmy się.
- Co? - udaję zdziwioną. – Ale dlaczego?
- Przeze mnie. – oddaje mi zeszyty do rąk. Machinalnie wkładam je z powrotem do torby. – To ja z nim zerwałam.
- Ale czemu? Wydawaliście się być dobraną parą.
- Ale to tylko pozory, Ada- wzdycha i obiera się o jasne biurko. – Ja nie byłam z nim szczęśliwa. Z początku wydawało mi się, że mogłabym być i , że coś do niego czuję, ale… Ja go nie kochałam rozumiesz? Chciałam po prostu być bliżej was, bliżej Bartka. Chciałam, żeby był zazdrosny. Strasznie mi się podoba, ale w ogóle nie zwraca na mnie uwagi.
- Słucham?! – czuję, że na mojej twarzy pojawia się rumieniec złości. – Chcesz powiedzieć, że Kamil był tylko częścią twojej intrygi?
- Nie planowałam tego, ale… Tak, chyba tak właśnie wyszło.
Prycham ze złością.
- Nie wierzę. Nie wierzę, jak mogłaś go tak oszukiwać. On cię naprawdę kocha. Naprawdę go zraniłaś. I to jeszcze w walentynki! Nie rozumiesz tego?
- Ja nie chciałam tego dłużej ciągnąć…
- To po co w ogóle to zaczynałaś!? – wstaję z jej łóżka i zaczynam krzyczeć. – Sprawiło ci przyjemność bawienie się  jego uczuciami?!
Przerywam na chwilę i spoglądam na Darię. Kiedy nie reaguje na moje mocne słowa, ciągnę dalej:
- Wiesz co? To dobrze, że tak się stało. Ty na niego nie zasługujesz, on jest dla ciebie za dobry. Zachowałaś się jak suka i już sama nie wiem, na co tak naprawę zasługujesz. Na pewno nie na naszą przyjaźń. To koniec, rozumiesz? Koniec naszej przyjaźni, nie odzywaj się już do mnie i do chłopaków.
Niemalże wybiegam z jej pokoju, teatralnie trzaskając drzwiami. W kilka sekund schodzę na dół, wkładam, glany nie zawiązując ich, i zarzucam płaszcz na ręce.
- Do widzenia- rzucam, kiedy Daria dogania mnie w przedpokoju. Jednak ja jestem szybsza i wychodzę przed dom, chcąc być jak najdalej Darii i jej domu.
Godzinę później, kiedy idę w kierunku bloku nadal jestem ostro zdenerwowana. Ale jestem też smutna, że tak bardzo się na niej zawiodłam.
Otwieram mieszkanie i w towarzystwie Hachiego kieruję się do swojego pokoju. Rzucam torbę na łóżko i już mam wrócić do przedpokoju, żeby zdjąć płaszcz i buty, kiedy słyszę, jak ktoś wpada do domu.
Odwracam się i widzę Maćka. Stoi w korytarzu i zanosi się płaczem. Podchodzę do niego i chwytam za ramię- cały się trzęsie.
- Ada on tam jest… - bełkocze, wciąż spazmatycznie płacząc. – On tam leży… Cały zimny… Ale ja już nie mogłem nic zrobić, nie mogłem… Musisz tam pójść, proszę…
Łapie mnie za nadgarstek i wyciąga z mieszkania. Zbiegamy ze schodów, przeskakując po dwa, trzy schodki naraz.  
Biegniemy przez osiedle, aż w końcu dostrzegam z oddali migające światła karetki. Nadal nic nie rozumiem.
Przepychamy się przez tłum, który zebrał się wokół samochodu. Niektórych znam tylko z widzenia, ale jest tu tez wielu mieszkańców z naszego bloku i klatki. Największe plotkary na osiedlu lustrują nas od stóp do głów, teraz jednak nie zwracam na nie uwagi.
Dwóch sanitariuszy wkłada do srebrnego worka ciało mężczyzny. Widzę jego twarz tylko przez ułamek sekundy. Tyle mi jednak wystarcza, doskonale go rozpoznaję.
Czuję, jak jakaś gruda podchodzi mi do gardła. Natychmiast przytulam do siebie Maćka, próbując jakoś go uspokoić. Nagle cała jego wcześniejsza paplanina nabiera sensu.
- Przepraszam pana. - Z trudem wydobywam głos z krtani. – Może mi pan wyjaśnić, co tu się tak w ogóle stało?
- Zapił się na śmierć i po prostu upadł. Jeszcze rozbił sobie głowę. Naprawdę współczuję jego rodzinie.
Wciągają zwłoki do środka i odjeżdżają.
Coraz mocniej ściskam Maćka i gładzę go po głowie.
- Już dobrze- uspokajam go.
Z myślą, że nasz koszmar się nareszcie skończył, także zaczynam płakać

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

by Heather - Land of Grafic