04 sierpnia 2014

Rozdział XV

Cichy stukot kółek nadbiega z różnych stron. Zachrypnięte głosy wydobywają się z głośników. Wskazówki wielkiego zegara pokazują za pięć jedenastą.
Rozglądam się na prawo i lewo i nikogo z nich nie widzę. Zaniepokojona wstaję z ławki i idę w stronę odpowiedniego peronu.
Wśród gwaru słyszę moje imię. Odwracam się i widzę, jak zdyszani biegną w moją stronę.
- Co tak długo?- pytam i przedzieram się przez tłum ludzi.
- Staliśmy w korku- mówi Filip, ciężko dysząc.
Nie dziwi mnie to specjalnie. Zaczynają się dziś ferie, więc pewnie dużo osób opuszcza miasto.
Nie mówię im tego jednak i już sadowimy się w jednym z przedziałów pociągu.
Wrzucamy walizki na półki nad naszymi głowami i wygodnie rozsiadamy się na fotelach. Jak zwykle zajmuję miejsce przy oknie.
Ociężale wytaczamy się ze stacji kolejowej, zostawiając nasze rodzinne miasto w tyle. Zaczyna się nasza mała podróż w nieznane.
Po chwili drzwi rozsuwają się. Staje w nich mężczyzna lekko przy tuszy, na moje oko po pięćdziesiątce.
- Bileciki do kontroli- mówi całkowicie znudzonym głosem konduktor. Bezwiednie podajemy mu bilety z dużym napisem: „Kierunek: Zakopane”. Natychmiast nam je oddaje. Nawet nie spojrzał.
- Byłeś już tu kiedyś u tej cioci? – pytam Piotrka.
- Podobno tak, ale jak byłem bardzo mały.
Kiwam głową ze zrozumieniem i przenoszę wzrok za okno. Ośnieżone drzewa szybko przesuwają się za szybą.
Ciocia Piotrka prowadzi w Zakopanem ośrodek wczasowy. Zaprosiła go do siebie na ferie. Udostępniła mu stary, już od dawna nieużywany pokój na poddaszu. On natomiast powiedział, że nigdzie się nie rusza bez swoich przyjaciół.
I takim to sposobem przez cały tydzień będziemy gnieść się w szóstkę w 3-osobowym pokoju. Całkowicie za darmo.
Wyciągam moje długie nogi i wygodnie rozsiadam się na swoim miejscu. Włączam odtwarzacz muzyki w telefonie i obserwuję szybko przemykające punkciki za szybą. Wsłuchuję się w łagodnie dźwięki kolejnych piosenek, aż w końcu znużona jazdą zamykam oczy i usypiam.
Ze snu wyrywa mnie nagłe hamowanie pociągu. Zdezorientowana rozglądam się po przedziale. Chłopcy tak samo nie wiedzą co się stało.
- Dlaczego stoimy? – pyta Filip, ziewając.
- Sam nie wiem- odpowiada Bartek. – Pójdę sprawdzić.
Wychodzi na wąski korytarzyk i szybko przemyka wśród innych pasażerów. Dosłownie mija chwila, a już jest z powrotem.
Ciężko opada na siedzenie.
- Jest awaria pociągu. Musimy czekać na pociąg zastępczy.
- A kiedy przyjedzie? – pyta Kamil.
- W najlepszym wypadku za jakieś trzy godziny…
- Co!?- wykrzykujemy w jednym momencie.
- Pociąg musi przyjechać od nas z miasta- wyjaśnia Bartek.
- A gdzie my teraz jesteśmy? – pyta Piotrek.
- Z tego co widzę w jakimś całkowitym polu… - odpowiada Filip.
Nagle Piotrek wstaje i zaczyna zdejmować nasze walizki na podłogę.
- Ekhem… Co ty robisz?
- Wynosimy się stąd, nie będziemy tyle czekać- wyjaśnia, jakby było to oczywiste.
- No zwariował… - rzuca Filip
- No chodźcie- ponagla nas.
- Piotrek, to bezsens… - zaczyna Kamil.
Ja natomiast wstaję i chwytam za rączkę mojej walizki.
- A ty co… też powariowałaś?!
- Nie. Uważam po prostu, że to lepsze niż bezczynne czekanie w nieskończoność.
Wychodzimy na korytarzyk i przeciskamy się wśród pozostałych pasażerów. Nie muszę widzieć jego twarzy, a wiem, że się uśmiecha. Jest pewny, że reszta tak czy siak pójdzie za nami.
Zeskakuję glanami na miękki puch. Z trudem przedzieramy się przez małe zaspy. Po chwili stoimy już na podziurawionej, ale przynajmniej asfaltowej drodze.
Faktycznie jesteśmy w jakimś polu. Wątpię, czy jeżdżą tędy jakiekolwiek samochody. Czekamy na pozostałych, po czym ruszamy przed siebie.
- Chcesz na piechotę dojść do Zakopanego? – pyta Kuba.
- Jeżeli będzie taka potrzeba- odpowiada ze śmiechem Piotrek.
Po jakiś pięciu minutach dochodzimy do głównej drogi. Jednak niczego nam to nie rozjaśniło w głowach. Nadal nie wiemy gdzie jesteśmy, ani w którą stronę mamy zmierzać.
Idąc tak po poboczu drogi, musimy wyglądać naprawdę żałośnie. Jakbyśmy uciekli z domu. Śmieję się na tę myśl.
Nie wiem, ile czasu już idziemy, ale wreszcie naszym oczom ukazuje się stacja benzynowa. Zatrzymujemy się w kawiarence obok  i kupujemy gorące napoje. Jest tutaj pusto, tylko jedno miejsce w kącie jest zajęte przez brodatego mężczyznę. Zajmujemy jeden ze stolików. Oplatam zmarzniętymi dłońmi kubek, po czym powoli, żeby nie oparzyć języka, upijam łyk.
- I co dalej? – pyta sceptycznie Filip.
- Musimy chyba dojść do jakiegoś miasta, może stamtąd złapiemy jakiś transport do Zakopanego- rozmyśla Kamil.
- Może dostaniemy tutaj jakąś mapę? – podsuwam.
- Może, może…
- Nie ma co, te ferie zapowiadają się naprawdę ciekawie- mówi ze śmiechem Bartek.
Sączymy w ciszy gorące napoje. Gdy jesteśmy rozgrzani i już mamy wychodzić, podchodzi do nas brodaty mężczyzna, który siedział w kącie.
- Sory, podsłuchałem wcześniej waszej rozmowy i… Jedziecie do Zakopanego, tak? Mogę was podwieźć, też tam jadę.
Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia.
- Nie będzie to dla pana kłopot?- pyta Kuba.
- Spokojnie, mam dość duży samochód- mówi ze śmiechem.
W końcu zgadzamy się. Wychodzimy na parking przed stacją i rozglądamy się za samochodem mężczyzny. I w końcu to widzimy. Ciężarówka.
Wrzucamy walizki do przyczepy. Przewożone są tutaj meble. Po chwili pakujemy się do szoferki.
Okazuje się, że jest to szoferka sypialna, więc jest tu naprawdę dużo miejsca. W szóstkę spokojnie sadowimy się na szerokim łóżku mężczyzny.
Ruszamy, a kierowcy nie zamyka się buzia. Ciągle gada z chłopakami o jakiś męskich sprawach. O samochodach, sporcie, mechanice… Już wiem, jak mężczyźni czują się w towarzystwie kilku kobiet na zakupach.
Ziewam przeciągle i kładę głowę na ramieniu Bartka. Tylko na chwilę przymykam oczy, ale po chwili coraz słabiej ich słyszę. Ich głosy oddalają się i oddalają, aż w końcu znikają całkowicie. Znużona wydarzeniami z całego dnia, zapadam w sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

by Heather - Land of Grafic