Rozdział XV
Cichy stukot
kółek nadbiega z różnych stron. Zachrypnięte głosy wydobywają się z głośników.
Wskazówki wielkiego zegara pokazują za pięć jedenastą.
Rozglądam
się na prawo i lewo i nikogo z nich nie widzę. Zaniepokojona wstaję z ławki i
idę w stronę odpowiedniego peronu.
Wśród gwaru
słyszę moje imię. Odwracam się i widzę, jak zdyszani biegną w moją stronę.
- Co tak
długo?- pytam i przedzieram się przez tłum ludzi.
- Staliśmy w
korku- mówi Filip, ciężko dysząc.
Nie dziwi
mnie to specjalnie. Zaczynają się dziś ferie, więc pewnie dużo osób opuszcza
miasto.
Nie mówię im
tego jednak i już sadowimy się w jednym z przedziałów pociągu.
Wrzucamy
walizki na półki nad naszymi głowami i wygodnie rozsiadamy się na fotelach. Jak
zwykle zajmuję miejsce przy oknie.
Ociężale
wytaczamy się ze stacji kolejowej, zostawiając nasze rodzinne miasto w tyle.
Zaczyna się nasza mała podróż w nieznane.
Po chwili
drzwi rozsuwają się. Staje w nich mężczyzna lekko przy tuszy, na moje oko po
pięćdziesiątce.
- Bileciki
do kontroli- mówi całkowicie znudzonym głosem konduktor. Bezwiednie podajemy mu
bilety z dużym napisem: „Kierunek: Zakopane”. Natychmiast nam je oddaje. Nawet
nie spojrzał.
- Byłeś już
tu kiedyś u tej cioci? – pytam Piotrka.
- Podobno
tak, ale jak byłem bardzo mały.
Kiwam głową
ze zrozumieniem i przenoszę wzrok za okno. Ośnieżone drzewa szybko przesuwają
się za szybą.
Ciocia
Piotrka prowadzi w Zakopanem ośrodek wczasowy. Zaprosiła go do siebie na ferie.
Udostępniła mu stary, już od dawna nieużywany pokój na poddaszu. On natomiast
powiedział, że nigdzie się nie rusza bez swoich przyjaciół.
I takim to
sposobem przez cały tydzień będziemy gnieść się w szóstkę w 3-osobowym pokoju.
Całkowicie za darmo.
Wyciągam
moje długie nogi i wygodnie rozsiadam się na swoim miejscu. Włączam odtwarzacz
muzyki w telefonie i obserwuję szybko przemykające punkciki za szybą. Wsłuchuję
się w łagodnie dźwięki kolejnych piosenek, aż w końcu znużona jazdą zamykam
oczy i usypiam.
Ze snu
wyrywa mnie nagłe hamowanie pociągu. Zdezorientowana rozglądam się po
przedziale. Chłopcy tak samo nie wiedzą co się stało.
- Dlaczego
stoimy? – pyta Filip, ziewając.
- Sam nie
wiem- odpowiada Bartek. – Pójdę sprawdzić.
Wychodzi na
wąski korytarzyk i szybko przemyka wśród innych pasażerów. Dosłownie mija
chwila, a już jest z powrotem.
Ciężko opada
na siedzenie.
- Jest
awaria pociągu. Musimy czekać na pociąg zastępczy.
- A kiedy
przyjedzie? – pyta Kamil.
- W
najlepszym wypadku za jakieś trzy godziny…
- Co!?-
wykrzykujemy w jednym momencie.
- Pociąg
musi przyjechać od nas z miasta- wyjaśnia Bartek.
- A gdzie my
teraz jesteśmy? – pyta Piotrek.
- Z tego co
widzę w jakimś całkowitym polu… - odpowiada Filip.
Nagle
Piotrek wstaje i zaczyna zdejmować nasze walizki na podłogę.
- Ekhem… Co
ty robisz?
- Wynosimy
się stąd, nie będziemy tyle czekać- wyjaśnia, jakby było to oczywiste.
- No
zwariował… - rzuca Filip
- No
chodźcie- ponagla nas.
- Piotrek,
to bezsens… - zaczyna Kamil.
Ja natomiast
wstaję i chwytam za rączkę mojej walizki.
- A ty co…
też powariowałaś?!
- Nie.
Uważam po prostu, że to lepsze niż bezczynne czekanie w nieskończoność.
Wychodzimy
na korytarzyk i przeciskamy się wśród pozostałych pasażerów. Nie muszę widzieć
jego twarzy, a wiem, że się uśmiecha. Jest pewny, że reszta tak czy siak
pójdzie za nami.
Zeskakuję
glanami na miękki puch. Z trudem przedzieramy się przez małe zaspy. Po chwili stoimy
już na podziurawionej, ale przynajmniej asfaltowej drodze.
Faktycznie
jesteśmy w jakimś polu. Wątpię, czy jeżdżą tędy jakiekolwiek samochody. Czekamy
na pozostałych, po czym ruszamy przed siebie.
- Chcesz na
piechotę dojść do Zakopanego? – pyta Kuba.
- Jeżeli
będzie taka potrzeba- odpowiada ze śmiechem Piotrek.
Po jakiś
pięciu minutach dochodzimy do głównej drogi. Jednak niczego nam to nie rozjaśniło
w głowach. Nadal nie wiemy gdzie jesteśmy, ani w którą stronę mamy zmierzać.
Idąc tak po
poboczu drogi, musimy wyglądać naprawdę żałośnie. Jakbyśmy uciekli z domu.
Śmieję się na tę myśl.
Nie wiem,
ile czasu już idziemy, ale wreszcie naszym oczom ukazuje się stacja benzynowa.
Zatrzymujemy się w kawiarence obok i
kupujemy gorące napoje. Jest tutaj pusto, tylko jedno miejsce w kącie jest
zajęte przez brodatego mężczyznę. Zajmujemy jeden ze stolików. Oplatam zmarzniętymi
dłońmi kubek, po czym powoli, żeby nie oparzyć języka, upijam łyk.
- I co
dalej? – pyta sceptycznie Filip.
- Musimy
chyba dojść do jakiegoś miasta, może stamtąd złapiemy jakiś transport do
Zakopanego- rozmyśla Kamil.
- Może
dostaniemy tutaj jakąś mapę? – podsuwam.
- Może, może…
- Nie ma co,
te ferie zapowiadają się naprawdę ciekawie- mówi ze śmiechem Bartek.
Sączymy w
ciszy gorące napoje. Gdy jesteśmy rozgrzani i już mamy wychodzić, podchodzi
do nas brodaty mężczyzna, który siedział w kącie.
- Sory,
podsłuchałem wcześniej waszej rozmowy i… Jedziecie do Zakopanego, tak? Mogę was
podwieźć, też tam jadę.
Wymieniamy
porozumiewawcze spojrzenia.
- Nie będzie
to dla pana kłopot?- pyta Kuba.
- Spokojnie,
mam dość duży samochód- mówi ze śmiechem.
W końcu
zgadzamy się. Wychodzimy na parking przed stacją i rozglądamy się za samochodem
mężczyzny. I w końcu to widzimy. Ciężarówka.
Wrzucamy
walizki do przyczepy. Przewożone są tutaj meble. Po chwili pakujemy się do
szoferki.
Okazuje się,
że jest to szoferka sypialna, więc jest tu naprawdę dużo miejsca. W szóstkę
spokojnie sadowimy się na szerokim łóżku mężczyzny.
Ruszamy, a
kierowcy nie zamyka się buzia. Ciągle gada z chłopakami o jakiś męskich
sprawach. O samochodach, sporcie, mechanice… Już wiem, jak mężczyźni czują się
w towarzystwie kilku kobiet na zakupach.
Ziewam
przeciągle i kładę głowę na ramieniu Bartka. Tylko na chwilę przymykam oczy,
ale po chwili coraz słabiej ich słyszę. Ich głosy oddalają się i oddalają, aż w
końcu znikają całkowicie. Znużona wydarzeniami z całego dnia, zapadam w sen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz