26 sierpnia 2014

Rozdział XVII

Otwieram zeszyt i zapisuję na marginesie dzisiejszą datę. Czternasty lutego dwa tysiące czternastego roku.
Zapisuję temat lekcji i bezwiednie przepisuję z tablicy rzędy cyfr i równań, których kompletnie nie rozumiem. Wywód matematyka przerywa pukanie do drzwi.
Automatycznie dwadzieścia sześć par oczu kieruje się w tamtą stronę.
- Poczta walentynkowa- oznajmia rudowłosa dziewczyna o kręconych włosach.
- Dobrze, dajcie mi to- mówi z lekką nutą irytacji w głosie pan Budzyński. Odbiera nasze przesyłki i kładzie je na biurku. Jak gdyby nigdy nic kontynuuje tłumaczenie zadania.
Zawsze trudno nam jest skupić się na matematyce, jednak teraz wszystkie dziewczyny są bardziej rozkojarzone, niż zwykle. Co chwila spoglądają na biurko nauczyciela i na kartki w kolorowych kopertach. Cały czasz szepczą i chichoczą. Podejrzewam, że rozmawiają o tym kto ile dostał walentynek. A, no i oczywiście zastanawiają się od kogo.
Dostajemy je dopiero parę minut przed dzwonkiem. Każdy z klasy dostał mniej więcej po trzy- cztery kartki.
- Domyślacie się, od kogo mogą być? – zagaduje Kamil, gdy jesteśmy na korytarzu.
- Nie- odpowiadam. Dochodzimy już do naszych szafek. – I jakoś specjalnie mnie to nie interesuje. Nie obchodzę Walentynek.
Otwieram szafkę i wnet przed moimi nogami wysypuje się stosik jakiś piętnastu kartek.
- Trzeba było powiedzieć o tym swoim adoratorom- mówi ze śmiechem Kuba. Jednak jego kąciki ust szybko opadają, w jego szafce czeka na niego taka sama niespodzianka.
- Co to tutaj robi? – pyta Bartek, zbierając swoje kartki z podłogi.
- Wydaje mi się, że to walentynki od tych, którzy nie znają naszego imienia i nazwiska, a przyuważyli, gdzie mamy szafki- odpowiada Filip, licząc swoje kartki.
- Hmn… Chyba wszystkie są od dziewczyn- zauważa Piotrek. – Szkoda, że nie wiedzą, że jestem gejem.
Wrzucamy pocztę pomiędzy książki i ze śmiechem idziemy w kierunku hali sportowej.
- Jakie macie plany na resztę dnia? – rzucam.
- Trening. Idealne Walentynki, co? – mówi Bartek.
- Ja musze zabrać psa do weterynarza, więc mogę liczyć jedynie na to, że poderwie mnie jakiś pies. – śmieje się Filip.
- Ja zabieram Darię na romantyczną kolację. Stolik zarezerwowałem już dwa tygodnie temu. – Kamil jest wyraźnie z siebie dumny. – No i mam tez dla niej biżuterię.
- Wow, naprawdę masz gest- żartuję.
- My chyba wyskoczymy do kina- mówi Piotrek.
- Okej, tylko ja wybieram film. Ty masz słaby gust. - Na twarzy Kuby pojawia się ironiczny uśmieszek.
Ostatnią naszą lekcją następnego dnia jest godzina wychowawcza, możemy więc w spokoju porozmawiać. Nie biorę znaczącego udziału w konwersacji. Przyglądam się za to Kamilowi, który ewidentnie przez cały dzień jest jakiś przygnębiony.
- Wszystko okej, stary? – Bartek przerywa rozmowę. Najwidoczniej nie ja jedyna zauważyłam, że z chłopakiem jest coś nie tak.
Inni też przenoszą na niego wzrok. Milczenie trwa przez dłuższą chwilę. Przerywa ją szelest dobiegający z plecaka Kamila.
- Jeśli chcesz, możesz sobie to wziąć- mówi do mnie i przesuwa po ławce małe, podłużne, złote pudełeczko przewiązane czerwoną wstążeczką. Spoglądam na niego pytająco, ale po chwili otwieram prezent.
W środku znajduje się srebrny łańcuszek z małą srebrną przywieszką w kształcie serduszka z małymi diamencikami.
Urodziny mam dopiero w maju. Czym w takim razie zasłużyłam sobie na ten podarek?
I nagle wszystko zaczynam rozumieć.
- Nie miałeś tego dać Darii?
- Miałem- potakuje. – Ale… Wczorajsza kolacja chyba się nie udała.
- Jedzenie jej nie smakowało? – żartuje Kuba. Natychmiast piorunuję go wzrokiem. Ten jedynie podnosi dłonie do góry w obronnym geście.
- Rozstaliśmy się.
Nikt nie wie, co powinien odpowiedzieć. Niezręczną sytuację przerywa dzwonek. Kamil gwałtownie wstaje z krzesła i jako pierwszy wychodzi z sali.
My natomiast ociągamy się i powoli schodzimy do szatni. Dostrzegamy, że nie ma już jego kurtki.
- Powinniśmy go dogonić? – pyta Filip.
- Nie, chyba dzisiaj chciałby pobyć sam- mówię i czym prędzej zarzucam na siebie płaszcz. – Przepraszam, dzisiaj nie wracam z wami tramwajem, muszę coś załatwić- dodaję i wychodzę z szatni.
Wybiegam przed gmach szkoły i dalej biegnę na przystanek. Tak jak myślałam, tramwaj, którego teraz potrzebuję właśnie podjeżdża. Wbiegam do środka, a drzwi momentalnie zatrzaskują się za mną.
Odjeżdżamy w kierunku całkowicie przeciwnym niż mój dom.
Nie jestem pewna, na którym przystanku powinnam wysiąść. Po jakiś piętnastu minutach drogi opuszczam tramwaj i idę przed siebie uliczkami, gdzie wszystkie domki szeregowe są niemalże takie same.
Po chwili, przed jedną z szeregówek rozsuwa się brama automatyczna. Dostrzegam znane mi lamborghini, które codziennie przyjeżdża po Darię pod szkołę. Wyjeżdża z posesji, a brama sama się zamyka.
Zatrzymuję się przy posiadłości i dzwonię domofonem przy furtce.
- Tak słucham? – odzywa się nagle kobiecy głos.
- Dzień dobry, jest Daria?
- Tak, wejdź dziecko.
Furtka teraz ustępuje pod moim ciężarem. Powoli idę po jasnej kostce prowadzącej pod drzwi, które natychmiast się przede mną otwierają.
Kobieta jest lekko po pięćdziesiątce. Ma na sobie jasny fartuszek. Zdecydowanie nie jest mamą Darii. A więc kim? Zdejmuję wierzchnie okrycie i rozglądam się po kunsztownie urządzonym mieszkaniu. Racja, to pewnie gosposia. Zapomniałam, że Daria śpi na pieniądzach.
Za wskazówkami gosposi kieruję się na górę do pokoju, który zajmuje większą część piętra. Delikatnie pukam do drzwi. Brunetka natychmiast mi otwiera.
- O cześć. Nie spodziewałam się ciebie tutaj. Wejdź proszę.
Niepewnie wchodzę do środka. Jej pokój jest ogromny, o wiele większy od mojego salonu. Panuje tutaj idealny ład i porządek, prawie jak na wystawie w jakimś drogim sklepie meblowym.
- Przyniosłaś mi notatki z lekcji? – pyta mnie po chwili.
- A… Tak, tak…- mówię, chociaż nawet nie przeszło mi to przez myśl. Szybko sięgam do torby po zeszyty. Wręczam je Darii, a ona od razu zajmuje się kserowaniem właściwych stron. Ja natomiast opadam na jej łóżko.
- Słabo się czułam dziś rano, dlatego odpuściłam sobie dzisiaj szkołę- wyjaśnia.
Kiwam tylko głową, nie wiedząc, jak przejść do sedna sprawy, która mnie tutaj sprowadziła.
- A jak wczorajsza kolacja? – zaczynam. – Kamil nic nie chce powiedzieć, jest taki tajemniczy.
Widzę, jak zmienia się na twarzy. Chwilę wpatruje się bezwiednie w kserującą drukarkę. Po chwili zabiera głos, starannie dobierając słowa.
- Chyba nie najlepiej. Rozstaliśmy się.
- Co? - udaję zdziwioną. – Ale dlaczego?
- Przeze mnie. – oddaje mi zeszyty do rąk. Machinalnie wkładam je z powrotem do torby. – To ja z nim zerwałam.
- Ale czemu? Wydawaliście się być dobraną parą.
- Ale to tylko pozory, Ada- wzdycha i obiera się o jasne biurko. – Ja nie byłam z nim szczęśliwa. Z początku wydawało mi się, że mogłabym być i , że coś do niego czuję, ale… Ja go nie kochałam rozumiesz? Chciałam po prostu być bliżej was, bliżej Bartka. Chciałam, żeby był zazdrosny. Strasznie mi się podoba, ale w ogóle nie zwraca na mnie uwagi.
- Słucham?! – czuję, że na mojej twarzy pojawia się rumieniec złości. – Chcesz powiedzieć, że Kamil był tylko częścią twojej intrygi?
- Nie planowałam tego, ale… Tak, chyba tak właśnie wyszło.
Prycham ze złością.
- Nie wierzę. Nie wierzę, jak mogłaś go tak oszukiwać. On cię naprawdę kocha. Naprawdę go zraniłaś. I to jeszcze w walentynki! Nie rozumiesz tego?
- Ja nie chciałam tego dłużej ciągnąć…
- To po co w ogóle to zaczynałaś!? – wstaję z jej łóżka i zaczynam krzyczeć. – Sprawiło ci przyjemność bawienie się  jego uczuciami?!
Przerywam na chwilę i spoglądam na Darię. Kiedy nie reaguje na moje mocne słowa, ciągnę dalej:
- Wiesz co? To dobrze, że tak się stało. Ty na niego nie zasługujesz, on jest dla ciebie za dobry. Zachowałaś się jak suka i już sama nie wiem, na co tak naprawę zasługujesz. Na pewno nie na naszą przyjaźń. To koniec, rozumiesz? Koniec naszej przyjaźni, nie odzywaj się już do mnie i do chłopaków.
Niemalże wybiegam z jej pokoju, teatralnie trzaskając drzwiami. W kilka sekund schodzę na dół, wkładam, glany nie zawiązując ich, i zarzucam płaszcz na ręce.
- Do widzenia- rzucam, kiedy Daria dogania mnie w przedpokoju. Jednak ja jestem szybsza i wychodzę przed dom, chcąc być jak najdalej Darii i jej domu.
Godzinę później, kiedy idę w kierunku bloku nadal jestem ostro zdenerwowana. Ale jestem też smutna, że tak bardzo się na niej zawiodłam.
Otwieram mieszkanie i w towarzystwie Hachiego kieruję się do swojego pokoju. Rzucam torbę na łóżko i już mam wrócić do przedpokoju, żeby zdjąć płaszcz i buty, kiedy słyszę, jak ktoś wpada do domu.
Odwracam się i widzę Maćka. Stoi w korytarzu i zanosi się płaczem. Podchodzę do niego i chwytam za ramię- cały się trzęsie.
- Ada on tam jest… - bełkocze, wciąż spazmatycznie płacząc. – On tam leży… Cały zimny… Ale ja już nie mogłem nic zrobić, nie mogłem… Musisz tam pójść, proszę…
Łapie mnie za nadgarstek i wyciąga z mieszkania. Zbiegamy ze schodów, przeskakując po dwa, trzy schodki naraz.  
Biegniemy przez osiedle, aż w końcu dostrzegam z oddali migające światła karetki. Nadal nic nie rozumiem.
Przepychamy się przez tłum, który zebrał się wokół samochodu. Niektórych znam tylko z widzenia, ale jest tu tez wielu mieszkańców z naszego bloku i klatki. Największe plotkary na osiedlu lustrują nas od stóp do głów, teraz jednak nie zwracam na nie uwagi.
Dwóch sanitariuszy wkłada do srebrnego worka ciało mężczyzny. Widzę jego twarz tylko przez ułamek sekundy. Tyle mi jednak wystarcza, doskonale go rozpoznaję.
Czuję, jak jakaś gruda podchodzi mi do gardła. Natychmiast przytulam do siebie Maćka, próbując jakoś go uspokoić. Nagle cała jego wcześniejsza paplanina nabiera sensu.
- Przepraszam pana. - Z trudem wydobywam głos z krtani. – Może mi pan wyjaśnić, co tu się tak w ogóle stało?
- Zapił się na śmierć i po prostu upadł. Jeszcze rozbił sobie głowę. Naprawdę współczuję jego rodzinie.
Wciągają zwłoki do środka i odjeżdżają.
Coraz mocniej ściskam Maćka i gładzę go po głowie.
- Już dobrze- uspokajam go.
Z myślą, że nasz koszmar się nareszcie skończył, także zaczynam płakać

25 sierpnia 2014

Rozdział XVI

Następnego dnia, we wtorek, budzę się pierwsza.
Spoglądam na chłopaków, którzy są jeszcze pogrążeni we własnych snach. Kamil śpi pode mną na piętrowym łóżku. Naprzeciwko nas na takim samym meblu leżą Bartek i Filip. Natomiast Kuba i Piotrek zajęli łoże małżeńskie. Wyglądają tak słodko, gdy są wtuleni w siebie.
Po cichu schodzę po szczebelkach drabinki. Podłoga trochę trzeszczy, ale mam nadzieję, że nie obudzi ich to. Otwieram szafę i wyjmuję z niej spodnie, koszulkę i bieliznę.
Idę do łazienki, gdzie szybko się ubieram. Opryskuję twarz chłodną wodą, co trochę przywołuje mnie do świata żywych.
Już mam wychodzić z pokoju, kiedy słyszę jego głos. Po prostu zastygam z ręką na klamce.
- Zaczekaj, też idę na śniadanie- mówi Bartek i zrywa się z łóżka chyba trochę za szybko. Z impetem uderza o górne łóżko.
Masuje głowę i wydaje bezgłośne „ Ała”. Filip wierci się. Mimo to, żaden się nie obudził.
- Dobra, możemy iść- Bartek popycha mnie w kierunku drzwi.
- A może najpierw się ubierzesz? – rzucam ze śmiechem.
- Co? – mówi zdezorientowany. Szybko spogląda na siebie. – Aaa… dobra rada.
Zarzuca na siebie pierwszą lepszą koszulkę i rurki. Zakłada skarpety i trampki, które wziął do chodzenia po budynku.
Wychodzimy z pokoju i schodzimy na sam dół. W stołówce jest tak zwany szwedzki stół otworzony w  wyznaczonych godzinach w porze śniadania, obiadu i kolacji. Za to z czajnika i ekspresu do kawy można korzystać przez cały czas.
Bartek poprawia włosy i robi sobie filiżankę kawy. Bierze do ręki talerz i nakłada kopiec jajecznicy, trzy kromki chleba na które jak popadnie rzuca ser, szynkę, sałatę i pomidory.
- A czy przypadkiem trener nie nakazał wam stosować jakiejś nowej diety? – pytam nakładając na talerz to samo, tylko w znacznie mniejszej ilości.
- Niby tak, ale ja nie będę się do tego stosować.
Siadamy przy jednym ze stolików. Jedząc, obserwuję jak pochłania jedzenie w błyskawicznym tempie. Jak to jest, że tyle je, a w ogóle nie tyje?
- Co, nie poczekało się na nas ze śniadaniem? – słyszę nagle za plecami. Odwracam się i widzę, że pozostałe śpiochy już zwlekły się z łóżek.
- Tak słodko spaliście. Nie chcieliśmy was budzić – zapewniam.
- Okej, okej. Wierzymy.
- Co dzisiaj robimy? – pyta Kamil.
- No nie wiem- zaczyna mówić Piotrek, przełykając kęs kanapki. – Może pójdziemy dziś pozwiedzać okolicę?
I tak też zrobiliśmy. Kilka godzin później kręcimy się po Krupówkach. Chcąc, nie chcąc, podzieliliśmy się na dwuosobowe grupki.
Właśnie wychodzimy z Filipem z kawiarni, kiedy ten przerywa rozmowę.
- Słyszysz? – pyta wyraźnie czymś zaintrygowany.
Faktycznie. Z oddali słychać ciche dźwięki gitary i śpiew.
- Chodź- mówi i zachęca mnie ruchem głowy, żebyśmy poszli w tamtym kierunku.
Ruszamy przed siebie i po chwili widzimy źródło dźwięku. To mężczyzna, na oko dwudziestopięcioletni. Stoi na drodze z gitarą, a przed nim leży otwarte pudło-futerał na gitarę, w którym znajduje się bardzo mało drobniaków.
- Nie idzie dzisiaj panu, co? – zagaduje Filip.
- Niezbyt- wyznaje mężczyzna. – Chyba zrobię sobie przerwę.
- Mogę? – pyta i wskazuje na instrument.
Mężczyzna prycha z pogardą.
- Jasne. Ale wątpię, czy coś tu zdziałasz. - wręcza mu gitarę i idzie w dół uliczki.
Chłopak od razu przewiesza gitarę przez ramię i zaczyna grać dobrze znaną mi piosenkę.
 Kocham i tęsknię, chociaż to takie niemęskie.
Rozumiem, współczuję, chociaż się czuję niezręcznie”

Spogląda na mnie i daje mi znak głową. Dobrze wiem, że chce, żebym się przyłączyła. Tak jak na próbach.
Biorę więc głęboki wdech i też zaczynam śpiewać.

„Na zmianę ufam i wątpię, chociaż to takie nierozsądne.
A łzy, to ja ci powiem, ja ich nie wylewam za kołnierz.”

I tak dochodzimy do pierwszego, wspólnego refrenu.

„ Powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie. Powiedz mi, powiedz.
Powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie. Powiedz mi, powiedz. ”

Rozglądam się wokół. Stoi przy nas grupka ludzi. Przeważają tu młode dziewczyny, które rozanielone wpatrują się w Filipa, jak w obrazek. Niektórzy już przeszukują kieszenie w poszukiwaniu drobnych.
Kiedy kończymy utwór, dostajemy oklaski od dużej grupy ludzi. Wrzucają nam kolejne napiwki.
- Zazdroszczę ci takiego chłopaka- rzuca w moim kierunku jedna z dziewczyn.
Już otwieram usta, żeby jej zaprzeczyć, gdy Filip zatyka moje usta dłonią.
- Masz rację. Prawdziwa z niej szczęściara.
Grupa rozchodzi się i wszyscy wracają do normalnego życia. Spoglądam na Filipa, lekko unosząc brew.
- No co? Musiałem się jakoś odgonić od moich nowych fanek, informacja o tym, że mam dziewczynę była do tego wręcz idealna.
Oboje wybuchamy śmiechem. Oddajemy gitarę lekko zszokowanemu mężczyźnie i ruszamy w poszukiwaniu pozostałych chłopaków.
- No chodź, to wcale nie jest trudne! – zachęca mnie Kuba.
Minęło już kilka dni naszego wyjazdu. Spędziliśmy je, pomagając cioci Piotrka, albo na stoku narciarskim. Dopiero zaczynałam naukę, ale nie szło mi nawet tak źle, jak myślałam.
Może to przez to, że miałam bardzo dobrą i doświadczoną piątkę instruktorów.
Dzisiaj znów wymagają ode mnie pojęcia nowej umiejętności: jazdy na łyżwach.
Umiem co prawda jeździć na rolkach, ale na lodowisku czuję się niepewnie. Kurczowo trzymam się bandy, podczas gdy chłopcy już śmigają z innymi.
Nagle podjeżdża do mnie Bartek.
- Ruszysz się wreszcie, czy mam ci pomóc? –pyta ze śmiechem.
- Nigdzie się nie wybieram- oponuję natychmiast. – Tutaj mi dobrze.
- Dobra, sama się o to prosiłaś.
Łapie mnie w tali i zaczyna łaskotać. Natychmiast puszczam ścianki lodowiska w geście obronnym. Chwieję się lekko, ale Bartek natychmiast łapie mnie za nadgarstki i holuje za sobą na sam środek lodu.
Zostawia mnie tam i odjeżdża kawałek.
- No, a teraz musisz do mnie przyjechać- rzuca.
Przełykam ślinę i powoli, żeby nikogo nie staranować ruszam do przodu. Jestem już tuż przy nim, kiedy tracę równowagę. Natychmiast mnie łapie i chroni przed upadkiem.
- No widzisz, nawet dobrze ci idzie.
Kiwam głową i łapię go za dłoń. Powoli ruszamy w stronę pozostałych chłopaków.

04 sierpnia 2014

Rozdział XV

Cichy stukot kółek nadbiega z różnych stron. Zachrypnięte głosy wydobywają się z głośników. Wskazówki wielkiego zegara pokazują za pięć jedenastą.
Rozglądam się na prawo i lewo i nikogo z nich nie widzę. Zaniepokojona wstaję z ławki i idę w stronę odpowiedniego peronu.
Wśród gwaru słyszę moje imię. Odwracam się i widzę, jak zdyszani biegną w moją stronę.
- Co tak długo?- pytam i przedzieram się przez tłum ludzi.
- Staliśmy w korku- mówi Filip, ciężko dysząc.
Nie dziwi mnie to specjalnie. Zaczynają się dziś ferie, więc pewnie dużo osób opuszcza miasto.
Nie mówię im tego jednak i już sadowimy się w jednym z przedziałów pociągu.
Wrzucamy walizki na półki nad naszymi głowami i wygodnie rozsiadamy się na fotelach. Jak zwykle zajmuję miejsce przy oknie.
Ociężale wytaczamy się ze stacji kolejowej, zostawiając nasze rodzinne miasto w tyle. Zaczyna się nasza mała podróż w nieznane.
Po chwili drzwi rozsuwają się. Staje w nich mężczyzna lekko przy tuszy, na moje oko po pięćdziesiątce.
- Bileciki do kontroli- mówi całkowicie znudzonym głosem konduktor. Bezwiednie podajemy mu bilety z dużym napisem: „Kierunek: Zakopane”. Natychmiast nam je oddaje. Nawet nie spojrzał.
- Byłeś już tu kiedyś u tej cioci? – pytam Piotrka.
- Podobno tak, ale jak byłem bardzo mały.
Kiwam głową ze zrozumieniem i przenoszę wzrok za okno. Ośnieżone drzewa szybko przesuwają się za szybą.
Ciocia Piotrka prowadzi w Zakopanem ośrodek wczasowy. Zaprosiła go do siebie na ferie. Udostępniła mu stary, już od dawna nieużywany pokój na poddaszu. On natomiast powiedział, że nigdzie się nie rusza bez swoich przyjaciół.
I takim to sposobem przez cały tydzień będziemy gnieść się w szóstkę w 3-osobowym pokoju. Całkowicie za darmo.
Wyciągam moje długie nogi i wygodnie rozsiadam się na swoim miejscu. Włączam odtwarzacz muzyki w telefonie i obserwuję szybko przemykające punkciki za szybą. Wsłuchuję się w łagodnie dźwięki kolejnych piosenek, aż w końcu znużona jazdą zamykam oczy i usypiam.
Ze snu wyrywa mnie nagłe hamowanie pociągu. Zdezorientowana rozglądam się po przedziale. Chłopcy tak samo nie wiedzą co się stało.
- Dlaczego stoimy? – pyta Filip, ziewając.
- Sam nie wiem- odpowiada Bartek. – Pójdę sprawdzić.
Wychodzi na wąski korytarzyk i szybko przemyka wśród innych pasażerów. Dosłownie mija chwila, a już jest z powrotem.
Ciężko opada na siedzenie.
- Jest awaria pociągu. Musimy czekać na pociąg zastępczy.
- A kiedy przyjedzie? – pyta Kamil.
- W najlepszym wypadku za jakieś trzy godziny…
- Co!?- wykrzykujemy w jednym momencie.
- Pociąg musi przyjechać od nas z miasta- wyjaśnia Bartek.
- A gdzie my teraz jesteśmy? – pyta Piotrek.
- Z tego co widzę w jakimś całkowitym polu… - odpowiada Filip.
Nagle Piotrek wstaje i zaczyna zdejmować nasze walizki na podłogę.
- Ekhem… Co ty robisz?
- Wynosimy się stąd, nie będziemy tyle czekać- wyjaśnia, jakby było to oczywiste.
- No zwariował… - rzuca Filip
- No chodźcie- ponagla nas.
- Piotrek, to bezsens… - zaczyna Kamil.
Ja natomiast wstaję i chwytam za rączkę mojej walizki.
- A ty co… też powariowałaś?!
- Nie. Uważam po prostu, że to lepsze niż bezczynne czekanie w nieskończoność.
Wychodzimy na korytarzyk i przeciskamy się wśród pozostałych pasażerów. Nie muszę widzieć jego twarzy, a wiem, że się uśmiecha. Jest pewny, że reszta tak czy siak pójdzie za nami.
Zeskakuję glanami na miękki puch. Z trudem przedzieramy się przez małe zaspy. Po chwili stoimy już na podziurawionej, ale przynajmniej asfaltowej drodze.
Faktycznie jesteśmy w jakimś polu. Wątpię, czy jeżdżą tędy jakiekolwiek samochody. Czekamy na pozostałych, po czym ruszamy przed siebie.
- Chcesz na piechotę dojść do Zakopanego? – pyta Kuba.
- Jeżeli będzie taka potrzeba- odpowiada ze śmiechem Piotrek.
Po jakiś pięciu minutach dochodzimy do głównej drogi. Jednak niczego nam to nie rozjaśniło w głowach. Nadal nie wiemy gdzie jesteśmy, ani w którą stronę mamy zmierzać.
Idąc tak po poboczu drogi, musimy wyglądać naprawdę żałośnie. Jakbyśmy uciekli z domu. Śmieję się na tę myśl.
Nie wiem, ile czasu już idziemy, ale wreszcie naszym oczom ukazuje się stacja benzynowa. Zatrzymujemy się w kawiarence obok  i kupujemy gorące napoje. Jest tutaj pusto, tylko jedno miejsce w kącie jest zajęte przez brodatego mężczyznę. Zajmujemy jeden ze stolików. Oplatam zmarzniętymi dłońmi kubek, po czym powoli, żeby nie oparzyć języka, upijam łyk.
- I co dalej? – pyta sceptycznie Filip.
- Musimy chyba dojść do jakiegoś miasta, może stamtąd złapiemy jakiś transport do Zakopanego- rozmyśla Kamil.
- Może dostaniemy tutaj jakąś mapę? – podsuwam.
- Może, może…
- Nie ma co, te ferie zapowiadają się naprawdę ciekawie- mówi ze śmiechem Bartek.
Sączymy w ciszy gorące napoje. Gdy jesteśmy rozgrzani i już mamy wychodzić, podchodzi do nas brodaty mężczyzna, który siedział w kącie.
- Sory, podsłuchałem wcześniej waszej rozmowy i… Jedziecie do Zakopanego, tak? Mogę was podwieźć, też tam jadę.
Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia.
- Nie będzie to dla pana kłopot?- pyta Kuba.
- Spokojnie, mam dość duży samochód- mówi ze śmiechem.
W końcu zgadzamy się. Wychodzimy na parking przed stacją i rozglądamy się za samochodem mężczyzny. I w końcu to widzimy. Ciężarówka.
Wrzucamy walizki do przyczepy. Przewożone są tutaj meble. Po chwili pakujemy się do szoferki.
Okazuje się, że jest to szoferka sypialna, więc jest tu naprawdę dużo miejsca. W szóstkę spokojnie sadowimy się na szerokim łóżku mężczyzny.
Ruszamy, a kierowcy nie zamyka się buzia. Ciągle gada z chłopakami o jakiś męskich sprawach. O samochodach, sporcie, mechanice… Już wiem, jak mężczyźni czują się w towarzystwie kilku kobiet na zakupach.
Ziewam przeciągle i kładę głowę na ramieniu Bartka. Tylko na chwilę przymykam oczy, ale po chwili coraz słabiej ich słyszę. Ich głosy oddalają się i oddalają, aż w końcu znikają całkowicie. Znużona wydarzeniami z całego dnia, zapadam w sen.
by Heather - Land of Grafic