Rozdział
XVII
Otwieram
zeszyt i zapisuję na marginesie dzisiejszą datę. Czternasty lutego dwa tysiące
czternastego roku.
Zapisuję
temat lekcji i bezwiednie przepisuję z tablicy rzędy cyfr i równań, których
kompletnie nie rozumiem. Wywód matematyka przerywa pukanie do drzwi.
Automatycznie
dwadzieścia sześć par oczu kieruje się w tamtą stronę.
- Poczta
walentynkowa- oznajmia rudowłosa dziewczyna o kręconych włosach.
- Dobrze,
dajcie mi to- mówi z lekką nutą irytacji w głosie pan Budzyński. Odbiera nasze
przesyłki i kładzie je na biurku. Jak gdyby nigdy nic kontynuuje tłumaczenie
zadania.
Zawsze
trudno nam jest skupić się na matematyce, jednak teraz wszystkie dziewczyny są
bardziej rozkojarzone, niż zwykle. Co chwila spoglądają na biurko nauczyciela i
na kartki w kolorowych kopertach. Cały czasz szepczą i chichoczą. Podejrzewam, że
rozmawiają o tym kto ile dostał walentynek. A, no i oczywiście zastanawiają się
od kogo.
Dostajemy je
dopiero parę minut przed dzwonkiem. Każdy z klasy dostał mniej więcej po trzy-
cztery kartki.
- Domyślacie
się, od kogo mogą być? – zagaduje Kamil, gdy jesteśmy na korytarzu.
- Nie-
odpowiadam. Dochodzimy już do naszych szafek. – I jakoś specjalnie mnie to nie
interesuje. Nie obchodzę Walentynek.
Otwieram
szafkę i wnet przed moimi nogami wysypuje się stosik jakiś piętnastu kartek.
- Trzeba
było powiedzieć o tym swoim adoratorom- mówi ze śmiechem Kuba. Jednak jego
kąciki ust szybko opadają, w jego szafce czeka na niego taka sama niespodzianka.
- Co to
tutaj robi? – pyta Bartek, zbierając swoje kartki z podłogi.
- Wydaje mi
się, że to walentynki od tych, którzy nie znają naszego imienia i nazwiska, a
przyuważyli, gdzie mamy szafki- odpowiada Filip, licząc swoje kartki.
- Hmn… Chyba
wszystkie są od dziewczyn- zauważa Piotrek. – Szkoda, że nie wiedzą, że jestem
gejem.
Wrzucamy
pocztę pomiędzy książki i ze śmiechem idziemy w kierunku hali sportowej.
- Jakie
macie plany na resztę dnia? – rzucam.
- Trening.
Idealne Walentynki, co? – mówi Bartek.
- Ja musze
zabrać psa do weterynarza, więc mogę liczyć jedynie na to, że poderwie mnie
jakiś pies. – śmieje się Filip.
- Ja
zabieram Darię na romantyczną kolację. Stolik zarezerwowałem już dwa tygodnie
temu. – Kamil jest wyraźnie z siebie dumny. – No i mam tez dla niej biżuterię.
- Wow,
naprawdę masz gest- żartuję.
- My chyba
wyskoczymy do kina- mówi Piotrek.
- Okej,
tylko ja wybieram film. Ty masz słaby gust. - Na twarzy Kuby pojawia się
ironiczny uśmieszek.
♥
♥ ♥
Ostatnią naszą
lekcją następnego dnia jest godzina wychowawcza, możemy więc w spokoju
porozmawiać. Nie biorę znaczącego udziału w konwersacji. Przyglądam się za to
Kamilowi, który ewidentnie przez cały dzień jest jakiś przygnębiony.
- Wszystko okej, stary? – Bartek
przerywa rozmowę. Najwidoczniej nie ja jedyna zauważyłam, że z chłopakiem jest
coś nie tak.
Inni też przenoszą na niego
wzrok. Milczenie trwa przez dłuższą chwilę. Przerywa ją szelest dobiegający z
plecaka Kamila.
- Jeśli chcesz, możesz sobie to
wziąć- mówi do mnie i przesuwa po ławce małe, podłużne, złote pudełeczko
przewiązane czerwoną wstążeczką. Spoglądam na niego pytająco, ale po chwili
otwieram prezent.
W środku znajduje się srebrny
łańcuszek z małą srebrną przywieszką w kształcie serduszka z małymi
diamencikami.
Urodziny mam dopiero w maju. Czym
w takim razie zasłużyłam sobie na ten podarek?
I nagle wszystko zaczynam
rozumieć.
- Nie miałeś tego dać Darii?
- Miałem- potakuje. – Ale…
Wczorajsza kolacja chyba się nie udała.
- Jedzenie jej nie smakowało? –
żartuje Kuba. Natychmiast piorunuję go wzrokiem. Ten jedynie podnosi dłonie do
góry w obronnym geście.
- Rozstaliśmy się.
Nikt nie wie, co powinien
odpowiedzieć. Niezręczną sytuację przerywa dzwonek. Kamil gwałtownie wstaje z
krzesła i jako pierwszy wychodzi z sali.
My natomiast ociągamy się i
powoli schodzimy do szatni. Dostrzegamy, że nie ma już jego kurtki.
- Powinniśmy go dogonić? – pyta
Filip.
- Nie, chyba dzisiaj chciałby
pobyć sam- mówię i czym prędzej zarzucam na siebie płaszcz. – Przepraszam,
dzisiaj nie wracam z wami tramwajem, muszę coś załatwić- dodaję i wychodzę z
szatni.
Wybiegam przed gmach szkoły i
dalej biegnę na przystanek. Tak jak myślałam, tramwaj, którego teraz potrzebuję
właśnie podjeżdża. Wbiegam do środka, a drzwi momentalnie
zatrzaskują się za mną.
Odjeżdżamy w kierunku całkowicie
przeciwnym niż mój dom.
Nie jestem pewna, na którym
przystanku powinnam wysiąść. Po jakiś piętnastu minutach drogi opuszczam
tramwaj i idę przed siebie uliczkami, gdzie wszystkie domki szeregowe są
niemalże takie same.
Po chwili, przed jedną z
szeregówek rozsuwa się brama automatyczna. Dostrzegam znane mi lamborghini,
które codziennie przyjeżdża po Darię pod szkołę. Wyjeżdża z posesji, a brama
sama się zamyka.
Zatrzymuję się przy posiadłości i
dzwonię domofonem przy furtce.
- Tak słucham? – odzywa się nagle
kobiecy głos.
- Dzień dobry, jest Daria?
- Tak, wejdź dziecko.
Furtka teraz ustępuje pod moim
ciężarem. Powoli idę po jasnej kostce prowadzącej pod drzwi, które natychmiast
się przede mną otwierają.
Kobieta jest lekko po pięćdziesiątce.
Ma na sobie jasny fartuszek. Zdecydowanie nie jest mamą Darii. A więc kim?
Zdejmuję wierzchnie okrycie i rozglądam się po kunsztownie urządzonym
mieszkaniu. Racja, to pewnie gosposia. Zapomniałam, że Daria śpi na
pieniądzach.
Za wskazówkami gosposi kieruję
się na górę do pokoju, który zajmuje większą część piętra. Delikatnie pukam do
drzwi. Brunetka natychmiast mi otwiera.
- O cześć. Nie spodziewałam się
ciebie tutaj. Wejdź proszę.
Niepewnie wchodzę do środka. Jej
pokój jest ogromny, o wiele większy od mojego salonu. Panuje tutaj idealny ład
i porządek, prawie jak na wystawie w jakimś drogim sklepie meblowym.
- Przyniosłaś mi notatki z
lekcji? – pyta mnie po chwili.
- A… Tak, tak…- mówię, chociaż
nawet nie przeszło mi to przez myśl. Szybko sięgam do torby po zeszyty. Wręczam
je Darii, a ona od razu zajmuje się kserowaniem właściwych stron. Ja natomiast
opadam na jej łóżko.
- Słabo się czułam dziś rano,
dlatego odpuściłam sobie dzisiaj szkołę- wyjaśnia.
Kiwam tylko głową, nie wiedząc,
jak przejść do sedna sprawy, która mnie tutaj sprowadziła.
- A jak wczorajsza kolacja? –
zaczynam. – Kamil nic nie chce powiedzieć, jest taki tajemniczy.
Widzę, jak zmienia się na twarzy.
Chwilę wpatruje się bezwiednie w kserującą drukarkę. Po chwili zabiera głos, starannie
dobierając słowa.
- Chyba nie najlepiej.
Rozstaliśmy się.
- Co? - udaję zdziwioną. – Ale
dlaczego?
- Przeze mnie. – oddaje mi
zeszyty do rąk. Machinalnie wkładam je z powrotem do torby. – To ja z nim
zerwałam.
- Ale czemu? Wydawaliście się być
dobraną parą.
- Ale to tylko pozory, Ada-
wzdycha i obiera się o jasne biurko. – Ja nie byłam z nim szczęśliwa. Z
początku wydawało mi się, że mogłabym być i , że coś do niego czuję, ale… Ja go
nie kochałam rozumiesz? Chciałam po prostu być bliżej was, bliżej Bartka.
Chciałam, żeby był zazdrosny. Strasznie mi się podoba, ale w ogóle nie zwraca
na mnie uwagi.
- Słucham?! – czuję, że na mojej
twarzy pojawia się rumieniec złości. – Chcesz powiedzieć, że Kamil był tylko
częścią twojej intrygi?
- Nie planowałam tego, ale… Tak,
chyba tak właśnie wyszło.
Prycham ze złością.
- Nie wierzę. Nie wierzę, jak
mogłaś go tak oszukiwać. On cię naprawdę kocha. Naprawdę go zraniłaś. I to
jeszcze w walentynki! Nie rozumiesz tego?
- Ja nie chciałam tego dłużej
ciągnąć…
- To po co w ogóle to
zaczynałaś!? – wstaję z jej łóżka i zaczynam krzyczeć. – Sprawiło ci
przyjemność bawienie się jego
uczuciami?!
Przerywam na chwilę i spoglądam
na Darię. Kiedy nie reaguje na moje mocne słowa, ciągnę dalej:
- Wiesz co? To dobrze, że tak się
stało. Ty na niego nie zasługujesz, on jest dla ciebie za dobry. Zachowałaś się
jak suka i już sama nie wiem, na co tak naprawę zasługujesz. Na pewno nie na
naszą przyjaźń. To koniec, rozumiesz? Koniec naszej przyjaźni, nie odzywaj się
już do mnie i do chłopaków.
Niemalże wybiegam z jej pokoju,
teatralnie trzaskając drzwiami. W kilka sekund schodzę na dół, wkładam, glany
nie zawiązując ich, i zarzucam płaszcz na ręce.
- Do widzenia- rzucam, kiedy
Daria dogania mnie w przedpokoju. Jednak ja jestem szybsza i wychodzę przed
dom, chcąc być jak najdalej Darii i jej domu.
Godzinę później, kiedy idę w
kierunku bloku nadal jestem ostro zdenerwowana. Ale jestem też smutna, że tak
bardzo się na niej zawiodłam.
Otwieram mieszkanie i w
towarzystwie Hachiego kieruję się do swojego pokoju. Rzucam torbę na łóżko i
już mam wrócić do przedpokoju, żeby zdjąć płaszcz i buty, kiedy słyszę, jak
ktoś wpada do domu.
Odwracam się i widzę Maćka. Stoi
w korytarzu i zanosi się płaczem. Podchodzę do niego i chwytam za ramię- cały
się trzęsie.
- Ada on tam jest… - bełkocze,
wciąż spazmatycznie płacząc. – On tam leży… Cały zimny… Ale ja już nie mogłem
nic zrobić, nie mogłem… Musisz tam pójść, proszę…
Łapie mnie za nadgarstek i
wyciąga z mieszkania. Zbiegamy ze schodów, przeskakując po dwa, trzy schodki naraz.
Biegniemy przez osiedle, aż w
końcu dostrzegam z oddali migające światła karetki. Nadal nic nie rozumiem.
Przepychamy się przez tłum, który
zebrał się wokół samochodu. Niektórych znam tylko z widzenia, ale jest tu tez
wielu mieszkańców z naszego bloku i klatki. Największe plotkary na osiedlu
lustrują nas od stóp do głów, teraz jednak nie zwracam na nie uwagi.
Dwóch sanitariuszy wkłada do srebrnego
worka ciało mężczyzny. Widzę jego twarz tylko przez ułamek sekundy. Tyle mi
jednak wystarcza, doskonale go rozpoznaję.
Czuję, jak jakaś gruda podchodzi
mi do gardła. Natychmiast przytulam do siebie Maćka, próbując jakoś go
uspokoić. Nagle cała jego wcześniejsza paplanina nabiera sensu.
- Przepraszam pana. - Z trudem
wydobywam głos z krtani. – Może mi pan wyjaśnić, co tu się tak w ogóle stało?
- Zapił się na śmierć i po prostu
upadł. Jeszcze rozbił sobie głowę. Naprawdę współczuję jego rodzinie.
Wciągają zwłoki do środka i odjeżdżają.
Coraz mocniej ściskam Maćka i
gładzę go po głowie.
- Już dobrze- uspokajam go.
Z myślą, że nasz koszmar się
nareszcie skończył, także zaczynam płakać