Rozdział XI
Zakręcam tusz do rzęs i po raz
ostatni przeglądam się w lustrze.
- Ślicznie wyglądasz- mówi Maciek,
głaszcząc Hachiego po głowie. – O której wrócisz?
- Sądzę, że najpóźniej koło
północy. Nie zamierzam bawić się długo- odpowiadam poprawiając koszulę. – Nie
zamęcz go do tego czasu.
- No co ty- prycha oburzony. – Po
prostu bardzo go polubiłem.
Uśmiecham się do niego i idę
założyć trampki. Pies podbiega do mnie, żeby się pożegnać. Drapię go za uchem,
tak jak lubi, i naciskam klamkę.
- Baw się dobrze- mówi Maciek,
gdy jestem już na klatce i zamyka za mną drzwi.
Taki mam właśnie zamiar.
W gimnazjum nikt nie zapraszał
mnie na imprezy. Nie pamiętam nawet, kiedy byłam na ostatniej zabawie ze
znajomymi.
Do domu Kuby dojeżdżam koło
dziewiętnastej, czyli na godzinę przed przybyciem pozostałych gości. Gdy
wchodzę do środka widzę, że chłopcy nie próżnowali. Z salonu zniknęły wszystkie
zbędne meble. Dużo poduszek leży w kącie pokoju. Dobry pomysł na miejsca do
siedzenia dla tylu osób. Jest tu wniesione kilka dodatkowych stolików, które
czekają jeszcze na nakrycie.
- Jak wam idzie? – pytam,
przekraczając próg kuchni.
- Dobrze. Musimy jeszcze
pozanosić rzeczy na stoły- odpowiada Kuba. – Zajmiecie się tym? Ja w tym czasie
poszedłbym ogarnąć muzykę.
- Jasne- mówi Filip i bierze w
ręce miski z chipsami.- Wyjmiesz szklanki? – rzuca w moją stronę.
- Tak, tak…
Reszta chłopaków bierze pozostałe
rzeczy i kolejno wychodzą z kuchni.
Rozglądam się po pomieszczeniu w
celu znalezienia jakiś szklanek. Otwieram kilka dolnych szafek. Znajduję tam
jedynie dwie duże tace, na których mogę postawić naczynia. Tylko najpierw musze
je znaleźć.
Okazuje się, że stoją w szafce
wiszącej obok lodówki. Wyjmuję wszystkie znajdujące się na dwóch najniższych
półkach. Jednak po ich szybkim przeliczeniu dochodzę do wniosku, że brakuje
jeszcze dziesięciu.
Ostatnia z półek w szafce jest
dość wysoko. Mimo, że staję na palcach jeszcze do niej nie dosięgam.
Nagle czuję jak ktoś łapie mnie w
talii. Delikatnie unoszę się do góry. Muszę być naprawdę lekka.
Zręcznie wyjmuję szklanki i
stawiam je obok pozostałych. Zadanie skończone. Również moje latanie się
kończy.
- Pomogę ci- mówi Bartek i
zabiera jedną z tac.
I znowu zostaję sama w kuchni.
Rozglądam się, by sprawdzić czy
coś jeszcze zostało do zabrania. Chłopcy jednak wszystko wynieśli. Biorę drugą
tacę w ręce i idę do salonu.
Z głośników rozbrzmiewają urywane
fragmenty piosenek. To Kuba sprawdza swoją playliste. Odstawiam szklanki i
szukam reszty chłopaków. Impreza jeszcze się nie zaczęła, a oni już zalegają na
poduszkach. Idę w ich kierunku i rzucam się pomiędzy nich.
Siedzimy i rozmawiamy dosłownie o
wszystkim. Czasami zadziwia mnie to, z jaką łatwością się porozumiewamy i
znajdujemy kolejne tematy do rozmów.
Kilka minut po dwudziestej
pojawiają się pierwsi goście. Kiedy przychodzą wszyscy impreza zaczyna się
rozkręcać.
Zabawę zaczynamy od standardowych
wróżb andrzejkowych. Przy laniu wosku przez dziurkę od klucza jest dużo
śmiechu. Niektórym ręce trzęsą się jak osiemdziesięcioletniej osobie z
Parkinsonem. Po kilku innych wróżbach wszyscy idziemy tańczyć na parkiecie.
Nawet ja. Może nie jestem jakąś
urodzoną tancerką, ale tutaj nikt nie zwraca na to uwagi. Kolejno tańczę z
Bartkiem, Filipem, Piotrkiem, Kamilem i Kubą.
Sprawy komplikują się dopiero,
gdy jeden z gości- Dominik, wychodzi
kumplami na chwilę przed dom, a wraca z kilkoma skrzynkami piwa.
Znam go od dzieciństwa. Mieszka w
bloku równoległym do mojego. Kiedyś całymi dniami siedzieliśmy razem na placu
zabaw. Potem nasze miejsce spotkań zrównano z ziemią, a nasza znajomość
skończyła się, bo mamie Dominika nie spodobało się nowe „hobby” mojego ojca.
Temu akurat nie miałam co się
dziwić. Każda rozsądna matka zabrałaby swoje dziecko z takiego towarzystwa.
Straciłam z Dominikiem całkowity
kontakt. Obojętnie mijaliśmy się na korytarzach w podstawówce, a potem poszedł
do innego gimnazjum.
Jak widać los chciał, żebyśmy
znowu się spotkali w tej samej szkole. Nie widywałam go zbyt często, ale miałam
nadzieję, że ciągle ma o mnie dobre zdanie.
Ociężale stawia skrzynki
niedaleko mnie.
- No, to komu piwka? – nie musi
długo czekać na odpowiedź. Już stoi przy nim sznurek osób przepychający się po
alkohol.
Odwracam się na pięcie i wraz z
tymi, którzy już otrzymali butelki próbuję odsunąć się od całej tej sceny.
- Ty Ada nie chcesz? – zatrzymuje
mnie głosem o wiele niższym niż przed laty.
Powoli obracam się w jego stronę.
Nie zmienił się aż tak bardzo.
Jedynie urósł, a jego twarz nabrała ostrzejszych rysów. Nadal gdzieś tam w jego
tęczówce da się odnaleźć ten młodzieńczy błysk oka.
- Nie dzięki- silę się na
obojętność.
- Na pewno? – pyta z udawanym
zdziwieniem.
- Tak. Nie potrzebuję alkoholu,
żeby dobrze się bawić
- Oj nie zgrywaj się- mówi
ewidentnie czymś rozbawiony. – Pewnie ze swoim tatusiem wypiłaś więcej, niż
większość z nas.
Grupka osób, która stoi w
pobliżu, zaczyna nam się przysłuchiwać i przyglądać z uwagą.
- O co ci chodzi? – lekko rozdrażniona
spoglądam na Dominika.
- Nie rozumiem po prostu, czemu
jesteś taka spięta. Normalnie pewnie ostro się bawisz, żeby jakoś zarobić i
mieć co do garnka wrzucić.
Ludzie zebrani naokoło nas
wybuchają śmiechem.
- Dzisiaj nie idziesz do swoich
klientów? – ciągnie chłopak najwyraźniej zadowolony z całej sytuacji.
- Możesz dać jej spokój?- mówi
Bartek, który ni stąd ni zowąd pojawia się obok nas.
- Spokojnie, spokojnie- Dominik
unosi ręce do góry. – Po co te nerwy? Z dziwki księżniczki nie zrobisz.
Nie zdążam jakkolwiek zareagować,
bo Bartek natychmiastowo uderza chłopaka pięścią prosto w twarz. Dominik jednak
szybko otrząsa się po ciosie i momentalnie rzuca się na szatyna.
Bójka dość szybko się rozkręca,
na szczęście reszta naszej paczki była w pobliżu. Kamil i Piotrek odciągają
Bartka od Dominika. Obydwoje są źli, a z ich nosów cieknie stróżka krwi. Filip szybko wyprowadza Dominika z imprezy.
Podchodzę do Bartka i chwytam go
za nadgarstek.
- Zajmę się nim- mówię do
chłopaków i idę na piętro do łazienki.
Biorę do ręki rolkę papieru
toaletowego i odciągam dłoń Bartka od jego twarzy. Jest cała zakrwawiona.
- Ale się urządziłeś- mówię i
ocieram jego twarz. Następnie moczę papier w zimnej wodzie i jeszcze raz go
obmywam.
Nagle drzwi łazienki otwierają
się z impetem. Natychmiast odwracamy głowy w tamtym kierunku. To jakaś całująca
się para.
- Oho- chłopak przerywa
pocałunek. – Tutaj już zajęte. Chodź, poszukamy jakiegoś innego miejsca.
Wychodzą, a my wymieniamy
znaczące spojrzenia. Wybuchamy głośnym śmiechem.
- Złamany? – pyta Bartek kiedy
już przestaje się śmiać.
- Chyba nie- mówię wyrzucając
kolejny zakrwawiony listek papieru do kosza na śmieci.
Chłopak przygląda się sobie w
lustrze.
- Przepraszam. To przeze mnie
przez jakiś czas możesz nie być taki piękny, jak zawsze- mówię z ironią.
- Drobiazg. Przecież ktoś musiał
cię obronić. Nie oszukujmy się, tobie jakoś specjalnie samoobrona nie wychodzi-
odpowiada równie ironicznie Bartek, spoglądając na mój gips.
Znów wybuchamy śmiechem.
- A tak poważnie, to dziękuję.
Wcale nie musiałeś mnie bronić.
- A właśnie, że musiałem. Nikt
nie będzie obrażać moich przyjaciół- mówi z uśmiechem.
Wychodzimy z łazienki i wracamy
na imprezę, gdzie każdy już zapomniał o bójce sprzed kilku minut.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz