23 czerwca 2014


Rozdział XI

Zakręcam tusz do rzęs i po raz ostatni przeglądam się w lustrze.
- Ślicznie wyglądasz- mówi Maciek, głaszcząc Hachiego po głowie. – O której wrócisz?
- Sądzę, że najpóźniej koło północy. Nie zamierzam bawić się długo- odpowiadam poprawiając koszulę. – Nie zamęcz go do tego czasu.
- No co ty- prycha oburzony. – Po prostu bardzo go polubiłem.
Uśmiecham się do niego i idę założyć trampki. Pies podbiega do mnie, żeby się pożegnać. Drapię go za uchem, tak jak lubi, i naciskam klamkę.
- Baw się dobrze- mówi Maciek, gdy jestem już na klatce i zamyka za mną drzwi.
Taki mam właśnie zamiar.
W gimnazjum nikt nie zapraszał mnie na imprezy. Nie pamiętam nawet, kiedy byłam na ostatniej zabawie ze znajomymi.
Do domu Kuby dojeżdżam koło dziewiętnastej, czyli na godzinę przed przybyciem pozostałych gości. Gdy wchodzę do środka widzę, że chłopcy nie próżnowali. Z salonu zniknęły wszystkie zbędne meble. Dużo poduszek leży w kącie pokoju. Dobry pomysł na miejsca do siedzenia dla tylu osób. Jest tu wniesione kilka dodatkowych stolików, które czekają jeszcze na nakrycie.
- Jak wam idzie? – pytam, przekraczając próg kuchni.
- Dobrze. Musimy jeszcze pozanosić rzeczy na stoły- odpowiada Kuba. – Zajmiecie się tym? Ja w tym czasie poszedłbym ogarnąć muzykę.
- Jasne- mówi Filip i bierze w ręce miski z chipsami.- Wyjmiesz szklanki? – rzuca w moją stronę.
- Tak, tak…
Reszta chłopaków bierze pozostałe rzeczy i kolejno wychodzą z kuchni.
Rozglądam się po pomieszczeniu w celu znalezienia jakiś szklanek. Otwieram kilka dolnych szafek. Znajduję tam jedynie dwie duże tace, na których mogę postawić naczynia. Tylko najpierw musze je znaleźć.
Okazuje się, że stoją w szafce wiszącej obok lodówki. Wyjmuję wszystkie znajdujące się na dwóch najniższych półkach. Jednak po ich szybkim przeliczeniu dochodzę do wniosku, że brakuje jeszcze dziesięciu.
Ostatnia z półek w szafce jest dość wysoko. Mimo, że staję na palcach jeszcze do niej nie dosięgam.
Nagle czuję jak ktoś łapie mnie w talii. Delikatnie unoszę się do góry. Muszę być naprawdę lekka.
Zręcznie wyjmuję szklanki i stawiam je obok pozostałych. Zadanie skończone. Również moje latanie się kończy.
- Pomogę ci- mówi Bartek i zabiera jedną z tac.
I znowu zostaję sama w kuchni.
Rozglądam się, by sprawdzić czy coś jeszcze zostało do zabrania. Chłopcy jednak wszystko wynieśli. Biorę drugą tacę w ręce i idę do salonu.
Z głośników rozbrzmiewają urywane fragmenty piosenek. To Kuba sprawdza swoją playliste. Odstawiam szklanki i szukam reszty chłopaków. Impreza jeszcze się nie zaczęła, a oni już zalegają na poduszkach. Idę w ich kierunku i rzucam się pomiędzy nich.
Siedzimy i rozmawiamy dosłownie o wszystkim. Czasami zadziwia mnie to, z jaką łatwością się porozumiewamy i znajdujemy kolejne tematy do rozmów.
Kilka minut po dwudziestej pojawiają się pierwsi goście. Kiedy przychodzą wszyscy impreza zaczyna się rozkręcać.
Zabawę zaczynamy od standardowych wróżb andrzejkowych. Przy laniu wosku przez dziurkę od klucza jest dużo śmiechu. Niektórym ręce trzęsą się jak osiemdziesięcioletniej osobie z Parkinsonem. Po kilku innych wróżbach wszyscy idziemy tańczyć na parkiecie.
Nawet ja. Może nie jestem jakąś urodzoną tancerką, ale tutaj nikt nie zwraca na to uwagi. Kolejno tańczę z Bartkiem, Filipem, Piotrkiem, Kamilem i Kubą.
Sprawy komplikują się dopiero, gdy jeden z gości- Dominik, wychodzi  kumplami na chwilę przed dom, a wraca z kilkoma skrzynkami piwa.
Znam go od dzieciństwa. Mieszka w bloku równoległym do mojego. Kiedyś całymi dniami siedzieliśmy razem na placu zabaw. Potem nasze miejsce spotkań zrównano z ziemią, a nasza znajomość skończyła się, bo mamie Dominika nie spodobało się nowe „hobby” mojego ojca.
Temu akurat nie miałam co się dziwić. Każda rozsądna matka zabrałaby swoje dziecko z takiego towarzystwa.
Straciłam z Dominikiem całkowity kontakt. Obojętnie mijaliśmy się na korytarzach w podstawówce, a potem poszedł do innego gimnazjum.
Jak widać los chciał, żebyśmy znowu się spotkali w tej samej szkole. Nie widywałam go zbyt często, ale miałam nadzieję, że ciągle ma o mnie dobre zdanie.
Ociężale stawia skrzynki niedaleko mnie.
- No, to komu piwka? – nie musi długo czekać na odpowiedź. Już stoi przy nim sznurek osób przepychający się po alkohol.
Odwracam się na pięcie i wraz z tymi, którzy już otrzymali butelki próbuję odsunąć się od całej tej sceny.
- Ty Ada nie chcesz? – zatrzymuje mnie głosem o wiele niższym niż przed laty.
Powoli obracam się w jego stronę.
Nie zmienił się aż tak bardzo. Jedynie urósł, a jego twarz nabrała ostrzejszych rysów. Nadal gdzieś tam w jego tęczówce da się odnaleźć ten młodzieńczy błysk oka.
- Nie dzięki- silę się na obojętność.
- Na pewno? – pyta z udawanym zdziwieniem.
- Tak. Nie potrzebuję alkoholu, żeby dobrze się bawić
- Oj nie zgrywaj się- mówi ewidentnie czymś rozbawiony. – Pewnie ze swoim tatusiem wypiłaś więcej, niż większość z nas.
Grupka osób, która stoi w pobliżu, zaczyna nam się przysłuchiwać i przyglądać z uwagą.
- O co ci chodzi? – lekko rozdrażniona spoglądam na Dominika.
- Nie rozumiem po prostu, czemu jesteś taka spięta. Normalnie pewnie ostro się bawisz, żeby jakoś zarobić i mieć co do garnka wrzucić.
Ludzie zebrani naokoło nas wybuchają śmiechem.
- Dzisiaj nie idziesz do swoich klientów? – ciągnie chłopak najwyraźniej zadowolony z całej sytuacji.
- Możesz dać jej spokój?- mówi Bartek, który ni stąd ni zowąd pojawia się obok nas.
- Spokojnie, spokojnie- Dominik unosi ręce do góry. – Po co te nerwy? Z dziwki księżniczki nie zrobisz.
Nie zdążam jakkolwiek zareagować, bo Bartek natychmiastowo uderza chłopaka pięścią prosto w twarz. Dominik jednak szybko otrząsa się po ciosie i momentalnie rzuca się na szatyna.
Bójka dość szybko się rozkręca, na szczęście reszta naszej paczki była w pobliżu. Kamil i Piotrek odciągają Bartka od Dominika. Obydwoje są źli, a z ich nosów cieknie stróżka krwi. Filip szybko wyprowadza Dominika z imprezy.
Podchodzę do Bartka i chwytam go za nadgarstek.
- Zajmę się nim- mówię do chłopaków i idę na piętro do łazienki.
Biorę do ręki rolkę papieru toaletowego i odciągam dłoń Bartka od jego twarzy. Jest cała zakrwawiona.
- Ale się urządziłeś- mówię i ocieram jego twarz. Następnie moczę papier w zimnej wodzie i jeszcze raz go obmywam.
Nagle drzwi łazienki otwierają się z impetem. Natychmiast odwracamy głowy w tamtym kierunku. To jakaś całująca się para.
- Oho- chłopak przerywa pocałunek. – Tutaj już zajęte. Chodź, poszukamy jakiegoś innego miejsca.
Wychodzą, a my wymieniamy znaczące spojrzenia. Wybuchamy głośnym śmiechem.
- Złamany? – pyta Bartek kiedy już przestaje się śmiać.
- Chyba nie- mówię wyrzucając kolejny zakrwawiony listek papieru do kosza na śmieci.
Chłopak przygląda się sobie w lustrze.
- Przepraszam. To przeze mnie przez jakiś czas możesz nie być taki piękny, jak zawsze- mówię z ironią.
- Drobiazg. Przecież ktoś musiał cię obronić. Nie oszukujmy się, tobie jakoś specjalnie samoobrona nie wychodzi- odpowiada równie ironicznie Bartek, spoglądając na mój gips.
Znów wybuchamy śmiechem.
- A tak poważnie, to dziękuję. Wcale nie musiałeś mnie bronić.
- A właśnie, że musiałem. Nikt nie będzie obrażać moich przyjaciół- mówi z uśmiechem.
Wychodzimy z łazienki i wracamy na imprezę, gdzie każdy już zapomniał o bójce sprzed kilku minut.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

by Heather - Land of Grafic