Rozdział IX
Otwieram oczy, ale momentalnie je
mrużę od zbytniej jasności. Nasuwa mi się tylko jedno banalne pytanie, które
można usłyszeć w co drugim filmie, w podobnej sytuacji: „Gdzie ja jestem?”
Wzrok powoli przyzwyczaja się do
światła w pokoju. Pomieszczenie jest sterylne, utrzymane w białych barwach. Na
jednej ze ścian znajduje się duża, czysta szyba. Dostrzegam za nią Maćka. Z
trudem unoszę prawą dłoń i delikatnie mu macham .Dopiero teraz orientuję się, że
na jej wierzchu mam przyklejone jakieś rurki. Spoglądam na lewą rękę, która
jest w gipsie po łokieć.
Wizyta pielęgniarki całkowicie
utwierdza mnie w przekonaniu ,że leżę w sali szpitalnej. Kobieta wymienia mi
kroplówkę i mówi coś, co kompletnie do mnie nie dociera. Próbuję przypomnieć
sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Daremnie, przyprawia mnie to tylko o ból
głowy.
Chcę porozmawiać z Maćkiem, jednak
pielęgniarka nie pozwala nikomu mnie odwiedzać.
Ciche brzęczenie żarówki
zakodowało mi się w głowie. Patrzę na kroplówkę, z której pomału ubywa
zawartości. Ile czasu już minęło? Godzina? Czy może dwie? Straciłam rachubę
czasu, dla mnie to czekanie trwa całą wieczność.
Ciekawe czy dla Maćka wciąż
siedzącego na korytarzu także.
Kroplówka jest do połowy pusta, kiedy
do mojej sali przychodzi starszy pan w fartuchu lekarskim.
Kątem oka widzę, że Maciek
momentalnie zrywa się z krzesła i idzie pod szybę.
- Jak się pani czuje?- lekarz
pstryka długopisem i przykłada go do podstawki, którą trzyma w ręce.
- A jak miałabym się czuć? Jestem
przykuta kroplówką do łóżka szpitalnego, a moja lewa ręka jest w gipsie.
Nie jest zadowolony z takiej
odpowiedzi. Zapewne dlatego, że nie może zapisać jej na kartce, którą ze sobą
przyniósł.
- Czyli chyba lepiej, bo poczucie
humoru wróciło- odpowiada chłodno. - Jest pani w stanie powiedzieć, co zaszło
wczoraj wieczorem?
- Nie sądzę. Niewiele pamiętam.
- Spokojnie, mam czas- przesuwa
taboret i siada naprzeciwko mnie. - Może coś panią uderzyło?
Pierwsze przebłyski w
świadomości. Widzę Maćka i mojego ojca. W
następnej chwili upadam na podłogę. Na myśl o uderzeniu w twarz zaczyna mnie
piec policzek. Przełykam ślinę. Już wszystko pamiętam.
Niezauważalnie zerkam na Maćka. Co
powinnam powiedzieć braciszku?
Jego wskazujący palec unosi się
ku górze. Jakby usłyszał moje myśli.
Wodzę wzrokiem we wskazanym
kierunku. Lampa.
- Już chyba pamiętam. Wydaje mi
się, że wkręcałam żarówkę i spadłam z krzesła. Chciałam zamortyzować upadek, ale
jakoś niespecjalnie mi to wyszło. Z resztą to chyba pan zauważył.
- A ślady na brzuchu? Wygląda
jakby ktoś panią kopnął- niektórzy naprawdę mijają się ze swoim powołaniem. Ten
lekarz z pewnością powinien być detektywem.
- To po wf w szkole. Grałyśmy w
piłkę nożną, a piłka chyba się na mnie uwzięła. Koleżanka chcąc wkopać piłkę do
bramki, z impetem kopnęła bramkarkę w brzuch. A ostrzegałam, że nie najlepiej
bronię.
- Rozumiem.
Nie wie, jak bardzo to stwierdzenie
mija się z prawdą.
- Kiedy będę mogła stąd wyjść?
- Jak tylko pojawi się tu twoja
mama- rzuca z uśmieszkiem i teatralnie wychodzi z sali.
No to klops, myślę.
- Uwierzył? – pyta Maciek, który
niezauważenie wkradł się do środka.
- Chyba tak- wzruszam ramionami,
co pewnie komicznie wygląda w połączeniu z gipsem i kroplówką. – Ale chce się
zobaczyć z mamą.
- Dzwoniłem do niej, gdy wracała
z nocki. Nie dała mi wyjaśnić całej sytuacji, powiedziała po prostu, że
przyjdzie.
Odwracam głowę w stronę okna. Z tego piętra nie ma tu
ciekawego widoku. Widać tylko koronę drzewa.
- Dziękuję- mówi po chwili. –
Dziękuję, że się za mną wstawiłaś. Gdyby nie ty, może ja bym tu teraz leżał.
- Nie masz za co dziękować-
odpowiadam, a mój głos jest lekko zachrypnięty. – Musiałam cię obronić.
Przecież jesteś moim małym braciszkiem.
- Pff- prycha. – Już nie taki
mały, jestem już przecież w gimnazjum.
- Jasne, jasne – mówię lekko ironicznie.
Przez kilka następnych godzin
siedzimy w pustej sali szpitalnej, a nasz śmiech odbija się od ścian. Dopiero
koło dziewiętnastej do pomieszczenia przychodzi lekarz.
- Wiem, że pewnie ci tu
niezmiernie wygodnie, musisz jednak zbierać się do domu- mówi. – Ja też będę za
tobą tęsknić- rzuca mi moje ubrania i wychodzi z pomieszczenia.
Nie ma co, przemiły gość.
Powoli wstaję, zabieram ze sobą
rzeczy i idę do łazienki.
Kilka minut później idę przez
korytarz w moim normalnym stroju i z ręką w temblaku.
Na rzędzie krzesełek siedzi tylko
Maciek, mama rozmawia jeszcze z lekarzem. Tylko mnie dostrzega i niebezpiecznie
szybko kończy rozmowę. Mężczyzna znika w swoim gabinecie, a mama odwraca się i
idzie w kierunku schodów. Maciek podnosi się z miejsca i we dwójkę idziemy za
nią.
Wsiadamy do naszego granatowego
samochodu i bez najmniejszego kłopotu wykręcamy z parkingu.
Jedziemy w ciszy. Pustym wzrokiem
wpatruję się w przemykające ulice, które znam już niemalże na pamięć. Po chwili
mama włącza radio. Spoglądam na nią przez chwilę. Znam to posunięcie, chce
uniknąć rozmowy na temat tego zdarzenia.
Podjeżdżamy pod blok i stajemy na
naszym stałym miejscu do parkowania. Wysiadamy z Maćkiem jako pierwsi. Czekam
jednak, aż i ona wysiądzie.
Z lekkim skrzypnięciem otwiera
drzwiczki od strony kierowcy i stawia na asfalcie parkingu swoje botki.
Spoglądam na Maćka. Wzrusza ramionami.
- Tata mi to zrobił- mówię w
końcu, chociaż podejrzewam, że zdaje sobie z tego sprawę.
- Załatw w szkole sprawę z
odszkodowaniem- odpowiada, mijając nas, po czym szybko znika w klatce.
Wzdycham i unoszę oczy do nieba.
Tej nocy znów słyszę, jak płacze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz