25 czerwca 2014


Rozdział XII

Wchodzimy przez drzwi obrotowe do środka galerii. Tam rozdzielamy się – Maciek idzie po prostu przed siebie, a ja zdecydowanym krokiem idę w kierunku ruchomych schodów. Doskonale wiem, co chcę kupić i gdzie to znajdę.
W sklepie jest dość sporo młodych ludzi, ale nie panuje tam duży ruch. Co najmniej dwie osoby okupują jedną alejkę,  przeglądając poszczególne egzemplarze książek czy płyt.
Jest piąty grudnia. Jutro organizujemy Mikołajki klasowe. Każdy z naszej klasy losował osobę, której miał kupić prezent do trzydziestu złotych.
Wylosowałam Filipa. Z początku nie miałam żadnego pomysłu, co mogę mu kupić. Dopiero dzisiaj przyszło mi do głowy, że mogę mu kupić rzeczy do rysowania.
Na lekcjach ciągle rysuje coś po marginesach lub końcach zeszytów. Jego rysunki są naprawdę dobre, dlatego uważam, że trzeba go jakoś zachęcić do częstszego rysowania.
Mijam kilka regałów i idę do działu, gdzie oprócz mnie nie ma absolutnie nikogo. Przyglądam się pogrupowanym ołówkom i innym rzeczom do rysowania.
Nie mam bladego pojęcia, co powinno mu się przydać. Stoję przed półką i wpatruję się w te wszystkie rzeczy, jakby były opisane po chińsku.
- W czymś pomóc? – pyta chłopak niewiele starszy ode mnie. Dopiero po chwili orientuję się, że jest pracownikiem sklepu.
- W zasadzie tak. Szukam prezentu dla…
- Dla chłopaka? – przerywa mi ni stąd ni zowąd.
- Nie- odpowiadam ze śmiechem.- Dla przyjaciela. Lubi rysować, a ja nie za bardzo się na tym znam i nie wiem co wybrać.
- Taka ładna dziewczyna i nie ma chłopaka? – rzuca ewidentnie mnie podrywając. – Sam rysuję. Może coś dobiorę?
Po prostu kiwam głową.
Zastanawia się tylko przez chwilę, po czym zwinnymi ruchami bierze odpowiednie rzeczy z regału.
- To mu się na pewno przyda i spodoba – wyciąga do mnie rękę z zakupami i pokazuje swoje śnieżnobiałe zęby w uśmiechu.
Niepewnie biorę je od niego i szybko przeglądam co wybrał. Szkicownik w twardej oprawie, kilka ołówków, czarny cienkopis, węgiel oraz temperówkę i gumkę do ścierania. Może być.
Idziemy do kasy, gdzie chłopak kasuje moje zakupy. Płacę i jak najszybciej wychodzę ze sklepu, żeby przypadkiem nie zapytał mnie o numer telefonu.
Następnego dnia w całej szkole można poczuć klimat Mikołajek. Samorząd szkolny ogłosił, że każdy w czapce mikołaja nie będzie dziś pytany. Na każdej głowie czerwieni się taka czapka.
Do sali od polskiego wchodzimy pojedynczo, a kolorowe torebki z prezentami stawiamy na ławce ustawionej pod samą tablicą.
Pani Adamska robi dzisiaj za naszego Mikołaja. Ma nawet przyczepioną sztuczną brodę, co jeszcze bardziej zwiększa do niej sympatię uczniów.
Po kolei wręcza swoim wychowankom torebki z prezentami. Mikołajki nie miały zająć całej godziny, ale w klasie panuje takie rozluźnienie, że pani Adamska na pewno może zapomnieć o omawianiu utworów Kochanowskiego.
Otwieram swój prezent i moim oczom ukazuje balsam do ciała, malutkie perfumy i lakier do paznokci z najnowszego katalogu Avonu. Doskonale wiem, kto kupił mi ten prezent.
Spoglądam na Darie i wymieniamy porozumiewawcze uśmiechy.
- Nie otworzyłeś jeszcze? – pyta Kuba, odwracając się do mojej ławki.
- Nie… Pewnie prezent będzie nietrafiony, przecież nie znam się tak dobrze z dziewczynami z klasy- mówi Filip, do którego było skierowane to pytanie.
- Daj spokój, pewnie dostałeś jakieś kosmetyki- mówi Bartek.
- Jak każdy z nas- dorzuca Kamil.
Filip niepewnie otwiera torebkę. Jego twarz nagle się rozluźnia. Wygląda, jakby zrzucił z siebie jakiś ogromny ciężar.
Wysypuje zawartość torby na blat ławki. Chłopcy patrzą na to z uznaniem.
- Dziękuję- mówi Filip, spoglądając  na mnie.
- Czemu zakładasz, że to ja? – odpowiadam, udając zaskoczenie.
- Bo nikt inny nie widzi moich bazgrołów – mówi ze śmiechem.
- To wcale nie są bazgroły, świetnie rysujesz- mówię lekko urażona.
- Czyli mam rozumieć, że to taka cicha sugestia, że powinienem częściej rysować?
- Hmn… Tak.
Oboje wybuchamy śmiechem.
- O mam dobrą wiadomość- mówi Piotrek, wpatrując się w ekran swojego telefonu. – Nasze prezenty mikołajkowe już przyszły.
Po ostatnim dzwonku wspólnie wychodzimy ze szkoły. Idziemy do najbliższej poczty, gdzie w tak zwanym paczkomacie czekają na nas prezenty mikołajkowe.
Postanowiliśmy kupić sobie wzajemnie jakieś prezenty. Doszliśmy do porozumienia, złożyliśmy  się i dla każdego zamówiliśmy po poduszce i podkoszulku.
Ale nie była to zwykła poduszka i zwykły podkoszulek.
Piotrek szybko wpisuje na ekranie kod, który otrzymał smsem. Jedna z przegródek maszyny otwiera się. Chłopcy wyjmują z niej dość dużą paczkę.
- Otwieramy? – pyta Kamil, pocierając ręce.
- Tak tutaj? – pytam, rozglądając się po przechodniach na ulicy.
- Czemu by nie- mówi Piotrek i natychmiast otwiera pudełko. Wyjmuje pierwszą rzecz, która leżała na wierzchu. Unosi ją do góry, by każdy mógł dokładnie przyjrzeć się poduszce.
Nie jest duża, wymiarami równa zwykłemu jaśkowi. Wypchana jest czymś miękkim, co zwiększyło jej objętość. Na jednej z jej stron widnieje nasze wspólne zdjęcie. Takie samo, jak na koszulce.
Przyglądam się jej krytycznym wzrokiem. Całą uwagę skupiam na swojej postaci.
Dawno na zdjęciu nie byłam tak szczerze uśmiechniętą.
- Wesołych Mikołajek, chłopaki- mówię i wygrzebuję z pudełka moją koszulkę. 

23 czerwca 2014


Rozdział XI

Zakręcam tusz do rzęs i po raz ostatni przeglądam się w lustrze.
- Ślicznie wyglądasz- mówi Maciek, głaszcząc Hachiego po głowie. – O której wrócisz?
- Sądzę, że najpóźniej koło północy. Nie zamierzam bawić się długo- odpowiadam poprawiając koszulę. – Nie zamęcz go do tego czasu.
- No co ty- prycha oburzony. – Po prostu bardzo go polubiłem.
Uśmiecham się do niego i idę założyć trampki. Pies podbiega do mnie, żeby się pożegnać. Drapię go za uchem, tak jak lubi, i naciskam klamkę.
- Baw się dobrze- mówi Maciek, gdy jestem już na klatce i zamyka za mną drzwi.
Taki mam właśnie zamiar.
W gimnazjum nikt nie zapraszał mnie na imprezy. Nie pamiętam nawet, kiedy byłam na ostatniej zabawie ze znajomymi.
Do domu Kuby dojeżdżam koło dziewiętnastej, czyli na godzinę przed przybyciem pozostałych gości. Gdy wchodzę do środka widzę, że chłopcy nie próżnowali. Z salonu zniknęły wszystkie zbędne meble. Dużo poduszek leży w kącie pokoju. Dobry pomysł na miejsca do siedzenia dla tylu osób. Jest tu wniesione kilka dodatkowych stolików, które czekają jeszcze na nakrycie.
- Jak wam idzie? – pytam, przekraczając próg kuchni.
- Dobrze. Musimy jeszcze pozanosić rzeczy na stoły- odpowiada Kuba. – Zajmiecie się tym? Ja w tym czasie poszedłbym ogarnąć muzykę.
- Jasne- mówi Filip i bierze w ręce miski z chipsami.- Wyjmiesz szklanki? – rzuca w moją stronę.
- Tak, tak…
Reszta chłopaków bierze pozostałe rzeczy i kolejno wychodzą z kuchni.
Rozglądam się po pomieszczeniu w celu znalezienia jakiś szklanek. Otwieram kilka dolnych szafek. Znajduję tam jedynie dwie duże tace, na których mogę postawić naczynia. Tylko najpierw musze je znaleźć.
Okazuje się, że stoją w szafce wiszącej obok lodówki. Wyjmuję wszystkie znajdujące się na dwóch najniższych półkach. Jednak po ich szybkim przeliczeniu dochodzę do wniosku, że brakuje jeszcze dziesięciu.
Ostatnia z półek w szafce jest dość wysoko. Mimo, że staję na palcach jeszcze do niej nie dosięgam.
Nagle czuję jak ktoś łapie mnie w talii. Delikatnie unoszę się do góry. Muszę być naprawdę lekka.
Zręcznie wyjmuję szklanki i stawiam je obok pozostałych. Zadanie skończone. Również moje latanie się kończy.
- Pomogę ci- mówi Bartek i zabiera jedną z tac.
I znowu zostaję sama w kuchni.
Rozglądam się, by sprawdzić czy coś jeszcze zostało do zabrania. Chłopcy jednak wszystko wynieśli. Biorę drugą tacę w ręce i idę do salonu.
Z głośników rozbrzmiewają urywane fragmenty piosenek. To Kuba sprawdza swoją playliste. Odstawiam szklanki i szukam reszty chłopaków. Impreza jeszcze się nie zaczęła, a oni już zalegają na poduszkach. Idę w ich kierunku i rzucam się pomiędzy nich.
Siedzimy i rozmawiamy dosłownie o wszystkim. Czasami zadziwia mnie to, z jaką łatwością się porozumiewamy i znajdujemy kolejne tematy do rozmów.
Kilka minut po dwudziestej pojawiają się pierwsi goście. Kiedy przychodzą wszyscy impreza zaczyna się rozkręcać.
Zabawę zaczynamy od standardowych wróżb andrzejkowych. Przy laniu wosku przez dziurkę od klucza jest dużo śmiechu. Niektórym ręce trzęsą się jak osiemdziesięcioletniej osobie z Parkinsonem. Po kilku innych wróżbach wszyscy idziemy tańczyć na parkiecie.
Nawet ja. Może nie jestem jakąś urodzoną tancerką, ale tutaj nikt nie zwraca na to uwagi. Kolejno tańczę z Bartkiem, Filipem, Piotrkiem, Kamilem i Kubą.
Sprawy komplikują się dopiero, gdy jeden z gości- Dominik, wychodzi  kumplami na chwilę przed dom, a wraca z kilkoma skrzynkami piwa.
Znam go od dzieciństwa. Mieszka w bloku równoległym do mojego. Kiedyś całymi dniami siedzieliśmy razem na placu zabaw. Potem nasze miejsce spotkań zrównano z ziemią, a nasza znajomość skończyła się, bo mamie Dominika nie spodobało się nowe „hobby” mojego ojca.
Temu akurat nie miałam co się dziwić. Każda rozsądna matka zabrałaby swoje dziecko z takiego towarzystwa.
Straciłam z Dominikiem całkowity kontakt. Obojętnie mijaliśmy się na korytarzach w podstawówce, a potem poszedł do innego gimnazjum.
Jak widać los chciał, żebyśmy znowu się spotkali w tej samej szkole. Nie widywałam go zbyt często, ale miałam nadzieję, że ciągle ma o mnie dobre zdanie.
Ociężale stawia skrzynki niedaleko mnie.
- No, to komu piwka? – nie musi długo czekać na odpowiedź. Już stoi przy nim sznurek osób przepychający się po alkohol.
Odwracam się na pięcie i wraz z tymi, którzy już otrzymali butelki próbuję odsunąć się od całej tej sceny.
- Ty Ada nie chcesz? – zatrzymuje mnie głosem o wiele niższym niż przed laty.
Powoli obracam się w jego stronę.
Nie zmienił się aż tak bardzo. Jedynie urósł, a jego twarz nabrała ostrzejszych rysów. Nadal gdzieś tam w jego tęczówce da się odnaleźć ten młodzieńczy błysk oka.
- Nie dzięki- silę się na obojętność.
- Na pewno? – pyta z udawanym zdziwieniem.
- Tak. Nie potrzebuję alkoholu, żeby dobrze się bawić
- Oj nie zgrywaj się- mówi ewidentnie czymś rozbawiony. – Pewnie ze swoim tatusiem wypiłaś więcej, niż większość z nas.
Grupka osób, która stoi w pobliżu, zaczyna nam się przysłuchiwać i przyglądać z uwagą.
- O co ci chodzi? – lekko rozdrażniona spoglądam na Dominika.
- Nie rozumiem po prostu, czemu jesteś taka spięta. Normalnie pewnie ostro się bawisz, żeby jakoś zarobić i mieć co do garnka wrzucić.
Ludzie zebrani naokoło nas wybuchają śmiechem.
- Dzisiaj nie idziesz do swoich klientów? – ciągnie chłopak najwyraźniej zadowolony z całej sytuacji.
- Możesz dać jej spokój?- mówi Bartek, który ni stąd ni zowąd pojawia się obok nas.
- Spokojnie, spokojnie- Dominik unosi ręce do góry. – Po co te nerwy? Z dziwki księżniczki nie zrobisz.
Nie zdążam jakkolwiek zareagować, bo Bartek natychmiastowo uderza chłopaka pięścią prosto w twarz. Dominik jednak szybko otrząsa się po ciosie i momentalnie rzuca się na szatyna.
Bójka dość szybko się rozkręca, na szczęście reszta naszej paczki była w pobliżu. Kamil i Piotrek odciągają Bartka od Dominika. Obydwoje są źli, a z ich nosów cieknie stróżka krwi. Filip szybko wyprowadza Dominika z imprezy.
Podchodzę do Bartka i chwytam go za nadgarstek.
- Zajmę się nim- mówię do chłopaków i idę na piętro do łazienki.
Biorę do ręki rolkę papieru toaletowego i odciągam dłoń Bartka od jego twarzy. Jest cała zakrwawiona.
- Ale się urządziłeś- mówię i ocieram jego twarz. Następnie moczę papier w zimnej wodzie i jeszcze raz go obmywam.
Nagle drzwi łazienki otwierają się z impetem. Natychmiast odwracamy głowy w tamtym kierunku. To jakaś całująca się para.
- Oho- chłopak przerywa pocałunek. – Tutaj już zajęte. Chodź, poszukamy jakiegoś innego miejsca.
Wychodzą, a my wymieniamy znaczące spojrzenia. Wybuchamy głośnym śmiechem.
- Złamany? – pyta Bartek kiedy już przestaje się śmiać.
- Chyba nie- mówię wyrzucając kolejny zakrwawiony listek papieru do kosza na śmieci.
Chłopak przygląda się sobie w lustrze.
- Przepraszam. To przeze mnie przez jakiś czas możesz nie być taki piękny, jak zawsze- mówię z ironią.
- Drobiazg. Przecież ktoś musiał cię obronić. Nie oszukujmy się, tobie jakoś specjalnie samoobrona nie wychodzi- odpowiada równie ironicznie Bartek, spoglądając na mój gips.
Znów wybuchamy śmiechem.
- A tak poważnie, to dziękuję. Wcale nie musiałeś mnie bronić.
- A właśnie, że musiałem. Nikt nie będzie obrażać moich przyjaciół- mówi z uśmiechem.
Wychodzimy z łazienki i wracamy na imprezę, gdzie każdy już zapomniał o bójce sprzed kilku minut.

12 czerwca 2014


Rozdział X

Wkładam zimne dłonie do kieszeni, aby choć trochę je ogrzać. Z dnia na dzień robi się coraz chłodniej. Podjęłam chyba słuszną decyzję.
- To tutaj- mówię.
- Zwykła ulica, tak samo zabrudzona jak inne- obojętnie odpowiada Kuba.
- Hachi! – wołam i gwiżdżę na palcach. Husky momentalnie wychodzi ze swojego ukrycia i rzuca się na mnie. -  A nie mówiłam? – rzucam triumfalnym tonem.
- A więc jednak nie oszalałaś- za to od razu obrywa kuksańca w bok. – Dobra, spokojnie! Po prostu dziwi mnie, że ktoś mógł wyrzucić takiego psa z domu. Serio nikt się po niego nie zgłosił?
- Nie- przypinam Hachiemu smycz do obroży, którą kupiłam mu jakiś czas temu. – Jeżeli ktoś się odezwie, zwrócę mu go. Na razie muszę go wziąć do siebie, przecież tutaj niedługo zamarznie.
Hachi przyjacielsko obwąchuje Kubę. Potem spogląda na mnie na znak, że możemy ruszać.
Idziemy więc po wyłożonym kostką chodniku.
- A co z twoim tatą? – pyta nagle chłopak.
- A co ma być? – odpowiadam, siląc się na obojętny ton.
- No… Nie zdenerwuje się na widok psa?
- Nie mam pojęcia- odpowiadam bezradnie. – Ale doszłam do wniosku, że, bądź co bądź, mój tata nie jest aż tak groźny , jak te przymrozki. Musimy z Maćkiem jakoś go ukrywać i chronić. Wtedy będzie dobrze.
Kolejne kilka metrów pokonujemy w milczeniu.
- Masz już jakieś plany na Andrzejki? – rzuca po chwili Kuba.
-Niespecjalnie.
- To w sumie dobrze. Moi rodzice wyjeżdżają na weekend, więc mogę zorganizować imprezę. Oczywiście liczę na Twoją obecność. No i pomoc w organizowaniu.
Wybuchamy głośnym śmiechem.
- Ile osób przyjęło zaproszenie?
Tłumacząca coś przy tablicy matematyczka piorunuje Filipa spojrzeniem. Trwa w tej pozycji przez dłuższą chwilę, po czym znowu wraca w swój matematyczny świat.
- No więc? – dodaje chłopak o pół tonu ciszej.
- Czterdzieści osób- odpowiada Kuba.
- Wow- mówię.
- A miała być mała impreza... – śmieje się Bartek.
Kolejny raz jesteśmy uciszani przez matematyczkę.
- Ale to chyba dobrze, że będzie dużo osób – rzuca Filip, zaczynając przepisywać przykład z tablicy.
- Dopóki nie rozniosą mi domu, to tak.
Zaczynamy głupkowato chichotać, co znowu przykuwa uwagę naszej nauczycielki.
- Pomożecie mi zrobić zakupy, prawda? – pyta Kuba.
- Ja odpadam- mówię od razu. – Już umówiłam się z Darią, że pójdziemy szukać sobie jakiś ciuchów.
- Dobry pomysł- dodaje Filip z dziwnym uśmieszkiem. -  Musisz ubrać się szałowo, żeby jakoś odwrócić uwagę od gipsu. Bo aż tak ciemno, to tam nie będzie.
Natychmiastowo go szturcham. Jego prawa ręką trzymająca długopis robi długą kreskę na cała stronę zeszytu.
 - A potem nauczyciele dziwią się, że mam takie pomazane zeszyty.
Stawiam nogę na jednym z ruchomych schodków. Pociągam słomką łyk mojego szejka.
- Jeżeli w tym sklepie niczego nie znajdziemy, to chyba nie kupimy nic- mówi lekko zrezygnowana Daria. – To mój ulubiony butik, mam nadzieję, że on mnie nie zawiedzie.
Wchodzimy do jednego ze sklepów na drugim poziomie galerii, gdzie ubrania przebiera dwójka dziewczyn w naszym wieku. Spoglądam na metkę pierwszej lepszej bluzki wiszącej na najbliższym wieszaku. Sto złotych.
Jeżeli pozostałe ubrania są w podobnych cenach, to raczej nic tutaj nie kupię.
- Daria…- zaczynam i spoglądam na moją kompankę, która jest już obłóczona naręczem wieszaków z różnymi częściami garderoby. – Wiesz, trochę tu drogo…
- Nie przejmuj się- odpowiada szybko nawet na mnie nie patrząc. – Ja dzisiaj funduję. Powiedzmy, że to taka moja drobna, przyjacielska przysługa.
Nie zdążam nawet zaoponować, kiedy wpycha mnie do przebieralni i daje mi do przymierzenia ubrania, które sama mi wybrała.
Zakładamy kolejne ubrania, aż w końcu spoglądamy w lustro w stylizacjach idealnych.
Daria wybrała czarną koszulkę bez rękawków z napisem „ Live, laugh, smile, dance” , ciemne, jeansowe spodenki i ciemne kowbojki. Ja natomiast postawiłam na szarą koszulkę, również bez rękawków, z napisem „ Vans”, jasne spodenki typu marmurki i koszulę w czarno- czerwoną kratkę. Jako buty postanowiłam założyć moje zwykłe czarne conversy.
- Idealnie.- zawyrokowała Daria. – Możemy iść do kasy.

03 czerwca 2014

Rozdział IX

Otwieram oczy, ale momentalnie je mrużę od zbytniej jasności. Nasuwa mi się tylko jedno banalne pytanie, które można usłyszeć w co drugim filmie, w podobnej sytuacji: „Gdzie ja jestem?”
Wzrok powoli przyzwyczaja się do światła w pokoju. Pomieszczenie jest sterylne, utrzymane w białych barwach. Na jednej ze ścian znajduje się duża, czysta szyba. Dostrzegam za nią Maćka. Z trudem unoszę prawą dłoń i delikatnie mu macham .Dopiero teraz orientuję się, że na jej wierzchu mam przyklejone jakieś rurki. Spoglądam na lewą rękę, która jest w gipsie po łokieć.
Wizyta pielęgniarki całkowicie utwierdza mnie w przekonaniu ,że leżę w sali szpitalnej. Kobieta wymienia mi kroplówkę i mówi coś, co kompletnie do mnie nie dociera. Próbuję przypomnieć sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Daremnie, przyprawia mnie to tylko o ból głowy.
Chcę porozmawiać z Maćkiem, jednak pielęgniarka nie pozwala nikomu mnie odwiedzać.
Ciche brzęczenie żarówki zakodowało mi się w głowie. Patrzę na kroplówkę, z której pomału ubywa zawartości. Ile czasu już minęło? Godzina? Czy może dwie? Straciłam rachubę czasu, dla mnie to czekanie trwa całą wieczność.
Ciekawe czy dla Maćka wciąż siedzącego na korytarzu także.
Kroplówka jest do połowy pusta, kiedy do mojej sali przychodzi starszy pan w fartuchu lekarskim.
Kątem oka widzę, że Maciek momentalnie zrywa się z krzesła i idzie pod szybę.
- Jak się pani czuje?- lekarz pstryka długopisem i przykłada go do podstawki, którą trzyma w ręce.
- A jak miałabym się czuć? Jestem przykuta kroplówką do łóżka szpitalnego, a moja lewa ręka jest w gipsie.
Nie jest zadowolony z takiej odpowiedzi. Zapewne dlatego, że nie może zapisać jej na kartce, którą ze sobą przyniósł.
- Czyli chyba lepiej, bo poczucie humoru wróciło- odpowiada chłodno. - Jest pani w stanie powiedzieć, co zaszło wczoraj wieczorem?
- Nie sądzę. Niewiele pamiętam.
- Spokojnie, mam czas- przesuwa taboret i siada naprzeciwko mnie. - Może coś panią uderzyło?
Pierwsze przebłyski w świadomości. Widzę Maćka  i mojego ojca. W następnej chwili upadam na podłogę. Na myśl o uderzeniu w twarz zaczyna mnie piec policzek. Przełykam ślinę. Już wszystko pamiętam.
Niezauważalnie zerkam na Maćka. Co powinnam powiedzieć braciszku?
Jego wskazujący palec unosi się ku górze. Jakby usłyszał moje myśli.
Wodzę wzrokiem we wskazanym kierunku. Lampa.
- Już chyba pamiętam. Wydaje mi się, że wkręcałam żarówkę i spadłam z krzesła. Chciałam zamortyzować upadek, ale jakoś niespecjalnie mi to wyszło. Z resztą to chyba pan zauważył.
- A ślady na brzuchu? Wygląda jakby ktoś panią kopnął- niektórzy naprawdę mijają się ze swoim powołaniem. Ten lekarz z pewnością powinien być detektywem.
- To po wf w szkole. Grałyśmy w piłkę nożną, a piłka chyba się na mnie uwzięła. Koleżanka chcąc wkopać piłkę do bramki, z impetem kopnęła bramkarkę w brzuch. A ostrzegałam, że nie najlepiej bronię.
- Rozumiem.
Nie wie, jak bardzo to stwierdzenie mija się z prawdą.
- Kiedy będę mogła stąd wyjść?
- Jak tylko pojawi się tu twoja mama- rzuca z uśmieszkiem i teatralnie wychodzi z sali.
No to klops, myślę.
- Uwierzył? – pyta Maciek, który niezauważenie wkradł się do środka.
- Chyba tak- wzruszam ramionami, co pewnie komicznie wygląda w połączeniu z gipsem i kroplówką. – Ale chce się zobaczyć z mamą.
- Dzwoniłem do niej, gdy wracała z nocki. Nie dała mi wyjaśnić całej sytuacji, powiedziała po prostu, że przyjdzie.
Odwracam głowę  w stronę okna. Z tego piętra nie ma tu ciekawego widoku. Widać tylko koronę drzewa.
- Dziękuję- mówi po chwili. – Dziękuję, że się za mną wstawiłaś. Gdyby nie ty, może ja bym tu teraz leżał.
- Nie masz za co dziękować- odpowiadam, a mój głos jest lekko zachrypnięty. – Musiałam cię obronić. Przecież jesteś moim małym braciszkiem.
- Pff- prycha. – Już nie taki mały, jestem już przecież w gimnazjum.
- Jasne, jasne – mówię lekko ironicznie.
Przez kilka następnych godzin siedzimy w pustej sali szpitalnej, a nasz śmiech odbija się od ścian. Dopiero koło dziewiętnastej do pomieszczenia przychodzi lekarz.
- Wiem, że pewnie ci tu niezmiernie wygodnie, musisz jednak zbierać się do domu- mówi. – Ja też będę za tobą tęsknić- rzuca mi moje ubrania i wychodzi z pomieszczenia.
Nie ma co, przemiły gość.
Powoli wstaję, zabieram ze sobą rzeczy i idę do łazienki.
Kilka minut później idę przez korytarz w moim normalnym stroju i z ręką w temblaku.
Na rzędzie krzesełek siedzi tylko Maciek, mama rozmawia jeszcze z lekarzem. Tylko mnie dostrzega i niebezpiecznie szybko kończy rozmowę. Mężczyzna znika w swoim gabinecie, a mama odwraca się i idzie w kierunku schodów. Maciek podnosi się z miejsca i we dwójkę idziemy za nią.
Wsiadamy do naszego granatowego samochodu i bez najmniejszego kłopotu wykręcamy z parkingu.
Jedziemy w ciszy. Pustym wzrokiem wpatruję się w przemykające ulice, które znam już niemalże na pamięć. Po chwili mama włącza radio. Spoglądam na nią przez chwilę. Znam to posunięcie, chce uniknąć rozmowy na temat tego zdarzenia.
Podjeżdżamy pod blok i stajemy na naszym stałym miejscu do parkowania. Wysiadamy z Maćkiem jako pierwsi. Czekam jednak, aż i ona wysiądzie.
Z lekkim skrzypnięciem otwiera drzwiczki od strony kierowcy i stawia na asfalcie parkingu swoje botki. Spoglądam na Maćka. Wzrusza ramionami.
- Tata mi to zrobił- mówię w końcu, chociaż podejrzewam, że zdaje sobie z tego sprawę.
- Załatw w szkole sprawę z odszkodowaniem- odpowiada, mijając nas, po czym szybko znika w klatce.
Wzdycham i unoszę oczy do nieba.
Tej nocy znów słyszę, jak płacze.
by Heather - Land of Grafic