Rozdział
VIII
Żwir cicho chrobocze nam pod nogami. Wchodzimy po schodkach, a Kamil wkłada
klucz do górnego zamka ciemnych drzwi.
Jego dom w środku wygląda tak samo ładnie, jak na
zewnątrz.
Zdejmuję glany i idę dalej w głąb
mieszkania. Cały parter jest wyłożony ciemnymi panelami, tylko w kuchni podłoga
jest z płytek. Salon wygląda na dość
przestronny i przytulny. Niedaleko kominka wisi duży plazmowy telewizor. Na
oszklonym stoliku stojącym przed białą sofą stoi jasnoróżowy storczyk w
porcelanowej doniczce, a ogromny biały regał jest pełny od książek.
- Dobra, no to chodźmy na górę
Idzie pierwszy, a ja staram się
dotrzymywać mu kroku. Wchodzimy po krętych schodach na piętro. Stajemy dopiero
przed drzwiami na końcu krótkiego korytarzu. Już tylko one dzielą mnie od pokoju
Kamila.
- Czuj się, jak u siebie w
domu- mówi i otwiera przede mną drzwi, przepuszczając mnie do środka.
Niezbyt trafnie dobrał to
określenie. Gdybym miała czuć się, jak u siebie w domu oznaczałoby to, że zżerałby
mnie strach. Strach przed ojcem. Albo zwijałabym się z głodu na poniszczonym
łóżku. Są dwie opcje.
Wchodzę do środka i kładę torbę
na jego łóżku. Ściana za nim jest pokryta fototapetą przedstawiająca nocną
panoramę Nowego Jorku. Po przeciwnej stronie stoi biurko, a na nim
drukarka, głośniki i monitor. Podejrzewam, że klawiatura leży na wysuwanej
półeczce poniżej blatu. Na drugim końcu pokoju stoi szeroka szafa i
szafka, sięgająca do połowy jej wysokości. Wiszą nad nią stare winylowe płyty, co, muszę przyznać, prezentuje się bardzo dobrze.
Kamil koło mnie stawia drewniane
krzesło ,a sam siada na miękkim obrotowym fotelu i włącza komputer.
- Zrobiłaś mu zdjęcia? - pyta i
przejeżdża dłonią po włosach.
Potakuję i podaję mu telefon.
- Nie są co prawda najlepszej
jakości, no ale…
- Spoko, coś z tym zrobię- odpowiada
i bierze do ręki mój poobijany telefon. Ogląda go krytycznym okiem, ale nic nie
mówi. Otwiera za to szufladę biurka i spośród wielu różnych kabli wybiera
taki, który pasuje do mojego telefonu i podłącza go do komputera.
Mija może 10 minut, a z drukarki
wychodzi już pierwsze ogłoszenie o znalezieniu psa rasy Husky.
- Napijesz się czegoś? Może
herbaty?
- Chętnie.
Znowu Kamil staje się
przewodnikiem. Podążam za nim, mimo że droga nie jest specjalnie
skomplikowana, wracamy bowiem na parter do kuchni.
Teraz mam okazję bliżej przyjrzeć
się temu pomieszczeniu. Jest szeroka, nie to co moja kuchnia Meble utrzymane w
ciemnej kolorystyce wyglądają szykownie w zestawieniu z srebrną lodówką.
Widać, że Kamil jest dobrze
obeznany z zawartością szafek. Z jednej wyjmuje czajnik, nalewa do niego wody i
stawia na płycie indukcyjnej. Wybiera program szybkiego gotowania wody po czym
otwiera wiszącą szafkę przepełnioną różnymi rodzajami kaw i herbat. Wyjmuje dwie
saszetki herbaty, wydaje mi się, że pomarańczowej, i wrzuca je do dwóch kubków.
- Jak tam piosenka, którą dla
ciebie wybrałem? - pyta ni z tego ni z owego.
- Dobrze- odpowiadam. - Nie znałam
jej wcześniej, ale jest naprawdę piękna. Już ją opanowałam.
Czajnik zaczyna gwizdać, ale
chłopak szybko go wyłącza. Zalewa herbatę i odstawia go z powrotem na płytę.
- A mogłabyś ją dla mnie zagrać?
Podnoszę głowę i spoglądam mu w
oczy. Jest w nich coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Jego piwne
tęczówki wyglądają teraz jak przesiąknięte bólem, smutkiem i tęsknotą.
- Tak…
Mija mnie i otwiera małą, białą, ozdobną skrzynkę
wiszącą na ścianie, którą zauważam dopiero teraz. Wyjmuje z niej klucz, który
mocno ściska w dłoni. Tak, jakby się bał, że ktoś mu go odbierze.
Nie musi nic mówić, a wiem, że mam
iść za nim. Drzwi, przed którymi stajemy niczym nie różnią się od pozostałych drzwi
w domu. Zamek otwiera się z głośnym szczęknięciem, jakby nie był otwierany do
dobrych kilku lat. Drzwi stają przede mną otworem.
Wchodzę do środka i rozglądam się
wokoło. Pomieszczenie nie jest zbyt duże. Stoi tu jedynie biurko zawalone
papierami i czarne pianino. Podchodzę do niego i zauważam, że jest pokryte grubą
warstwą kurzu. Siadam na wyściełanym taborecie, a Kamil przystawia krzesło obok
mnie. Otwieram pokrywę osłaniająca klawisze i naciskam kilka z nich. Dźwięk jest
czysty, instrument jest nastrojony.
Wreszcie jestem w swoim
żywiole. Gram i śpiewam zapominając o otaczającym mnie świecie. Czar pryska
dopiero gdy rozbrzmiewa ostatni dźwięk piosenki.
Zdejmuję dłonie z klawiszy i
kładę je na udach.
- Dlaczego… dlaczego chciałeś żebym
nauczyła się tej piosenki i żebym ją zagrała? - przerywam wreszcie trwającą ciszę.
Kamil wpatruje się w kurz leżący
na wieku pianina, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Moja mama bardzo lubiła tą
piosenkę. Często ją wykonywała dla mnie i dla taty.
Nie zadaję kolejnego
pytania. Wiem, że jeżeli będzie mi chciał coś powiedzieć to to zrobi.
- Pewnego dnia pięć lat temu po
prostu spakowała się i wyszła. Tydzień później tata dostał pismo z sądu. Masz do
niej bardzo podobny głos. Po prostu chciałem przez chwilę poczuć, że znowu tutaj
jest.
- Masz z nią jakiś kontakt?
- Żadnego, ale… Ale mam nadzieję, że
jest szczęśliwa bez nas.
♥
♥ ♥
Pisk odrywanej taśmy
klejącej. Naklejam ją na rogi i wygładzam kartkę. To już ostatnie ogłoszenie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że jest
już późno. Sprawdzam zegarek w telefonie i utwierdzam się w tym przekonaniu- est
wpół do ósmej.
Idę na przystanek i wsiadam do
pierwszego tramwaju, który się tam zatrzymał. Jak zwykle zajmuję miejsce obok
okna. Przy piosence " Birdy- Skinny Love" obserwuję wolno zmieniające się
budynki. Droga do domu nie dłuży mi się mimo, że muszę przejechać przez całe
miasto.
Wysiadam na przystanku pod jedną
z miejskich bibliotek. Resztę drogi muszę pokonać piechotą.
Okolica wydaje się być
opustoszała. Od czasu do czasu pokazuje się jakaś grupka dresów lub
chłopaków, którzy idą ze zgrzewką piwa. W końcu jest piątek, widocznie ich zasoby
alkoholowe na imprezie zostały już spożyte.
Po kilku minutach szybkiego
marszu dochodzę pod mój blok. Żarówka przed klatką jak zwykle jest przepalona. W
ciemności jednak dostrzegam dwa słabo jarzące się punkty. Gdy zbliżam się do
nich słyszę ciche miauczenie. Mruczek. Pewnie nikt nie chciał go wpuścić po jego
wieczornym spacerze. Przykucam i biorę tego biedaka na ręce, po czym wchodzę do
środka.
Szybko wdrapuję się na trzecie
piętro i pukam do drzwi pod numerem siedemnaście. Otwierają się niemal
natychmiast.
- Właśnie miałam iść szukać tej
mojej zguby- mówi pani Krzyżanowska i bierze ode mnie kota. - Dziękuję.
- Drobiazg- odpowiadam i uśmiecham
się. To rzeczywiście był drobiazg.
Odwracam się i naciskam klamkę
moich domowych drzwi. Bez problemu się otwierają.
Rozbieram się z mojego
wierzchniego okrycia i już mam iść do swojego pokoju, kiedy coś zaczyna mi nie
pasować. W przedpokoju jest zdecydowanie za dużo męskiego obuwia, a odór piwa
jest zdecydowanie zbyt intensywny. Nagle słyszę dziwny łomot i jęk bólu. Rzucam
torbę na podłogę i wbiegam do salonu, jednak jest już za późno.
Maciek leży na podłodze, a nad nim
pochyla się rozwścieczony ojciec. Całej scenie przygląda się jego dwójka
kolegów.
- Mój syn nie chce pić alkoholu!? Na
takie zachowanie nie pozwolę, jesteś chłop czy baba?! - ojciec wykrzykuje te słowa
i przymierza się do kolejnego uderzenia.
Szybko zjawiam się przed Maćkiem
i osłaniam go własnym ciałem.
- Przestań! - krzyczę. Mimo to, nie
dostaję wymierzonego ciosu.
- A… Ty… - zaczyna ojciec. W jego
głosie brzmi nutka rozbawienia.
- Uciekaj- szepczę do
Maćka. Słyszę, że chłopak podnosi się i szybko wychodzi z pokoju.
- Ty egoistyczna suko! - dokańcza ojciec
i z zamachem uderza mnie pięścią w policzek.
Upadam na podłogę powalona siłą
ciosu. Uderzone miejsce pulsuje od bólu. Ale to nie koniec. Momentalnie czuję że
podnoszę się do góry. Jego duża i silna dłoń trzyma mnie za krtań przyciskając
do ściany.
- To przez ciebie! Przez ciebie
straciłem pracę!
I znów mam 10 lat. Zbieram się do
wyjścia do szkoły. Już naciskam klamkę, gdy zatrzymuje mnie dzwonek telefonu
domowego. Mimo, że jestem spóźniona wracam się żeby odebrać.
- Ojciec już poszedł do roboty? - mężczyzna
nie przedstawia się, ale w jego grubym niskim głosie rozpoznaję znajomego taty z
pracy.
- Tak, wyszedł jakieś 5 minut temu.
- Cholera jasna… Postaraj się go
dogonić, dobra? Powiedz mu, żeby wrócił do domu. Sanepid złożył nam wizytę i u mnie
już wykrył alkohol.
Nim zdążam o cokolwiek zapytać
mężczyzna rozłącza się.
Odkładam słuchawkę i kieruję się
do wyjścia. Zamykam drzwi i myślę o odebranym przed chwilą telefonie. Kim tak w
ogóle jest ten sanepid? To chyba jakiś rodzaj lekarza, skoro kolega taty
powiedział, że u niego wykrył już alkohol.
Tata od zawsze lubił wypić. Ze
swoimi kolegami często pijał wódkę, a następnego dnia szedł pijany do pracy. Nie
zarabiał dużo, ale wraz z zarobkami mamy jako tako wystarczało nam na
utrzymanie.
Wychodzę przed klatkę i
zastanawiam się, w którym kierunku powinnam iść. Żeby dogonić tatę powinnam
skierować się na lewo, natomiast droga do szkoły prowadzi na prawo.
Może sanepid powinien przebadać
tatę? Może skierowałby go na leczenie? Może dzięki temu przestałby pić i żyłoby
nam się lepiej?
Poza tym, co złego mogłoby się
stać?
Dochodzę do wniosku, że nic i
skręcam w prawo.
Tego dnia ojciec po raz pierwszy
wrócił do domu zalany w trupa. Tego dnia po raz pierwszy uderzył mamę.
Wracam do mojego teraźniejszego
wieku i mojego fatalnego położenia. W myślach przeklinam się za głupotę z
tamtego dnia. Ale skąd mogłam wiedzieć jak to się skończy? Miałam tylko 10 lat.
- Harowałem jak wół, żebyś miała co
jeść i w co się ubrać! Ale ty, niewdzięcznico, nie potrafiłaś tego docenić.
Powoli zaczyna mi braknąć
tchu. Uścisk jednak nie rozluźnia się ani trochę.
- Zrobiłaś to
specjalnie! Chciałaś, żebym stracił pracę! Zrujnowałaś mi życie- wykrzykuje i rzuca mną o podłogę. W locie próbuję zamortyzować
upadek rękami, kończy się to jednak cichym trzaskiem kości i okropnym bólem.
Na sam koniec ojciec zadaje mi
kopniaka w brzuch i usatysfakcjonowany wraca do kolegów.
Nie jestem w stanie normalnie
oddychać. Zdrową ręką kurczowo trzymam się brzucha. Zagryzam wargi, żeby nie wyć z
bólu. Wiem, że to zdenerwowałoby go jeszcze bardziej. Oczy wypełniają się
łzami. Nie widzę już nic, a dojmujący ból całkowicie odbiera mi przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz