06 lutego 2014

Rozdział VIII

Żwir cicho chrobocze nam pod  nogami. Wchodzimy po schodkach, a Kamil wkłada klucz do górnego zamka ciemnych drzwi.
Jego dom w  środku wygląda tak samo ładnie, jak na zewnątrz.
Zdejmuję glany i idę dalej w głąb mieszkania. Cały parter jest wyłożony ciemnymi panelami, tylko w kuchni podłoga jest z płytek. Salon wygląda na  dość przestronny i przytulny. Niedaleko kominka wisi duży plazmowy telewizor. Na oszklonym stoliku stojącym przed białą sofą stoi jasnoróżowy storczyk w porcelanowej doniczce, a ogromny biały regał jest pełny od książek.
- Dobra, no to chodźmy na górę
Idzie pierwszy, a ja staram się dotrzymywać mu kroku. Wchodzimy po krętych schodach na piętro. Stajemy dopiero przed drzwiami na końcu krótkiego korytarzu. Już tylko one dzielą mnie od pokoju Kamila.
- Czuj się, jak u siebie w domu- mówi i otwiera przede mną drzwi, przepuszczając mnie do środka.
Niezbyt trafnie dobrał to określenie. Gdybym miała czuć się, jak u siebie w domu oznaczałoby to, że zżerałby mnie strach. Strach przed ojcem. Albo zwijałabym się z głodu na poniszczonym łóżku. Są dwie opcje.
Wchodzę do środka i kładę torbę na jego łóżku. Ściana za nim jest pokryta fototapetą przedstawiająca nocną panoramę Nowego Jorku. Po przeciwnej stronie stoi biurko, a na nim drukarka, głośniki i monitor. Podejrzewam, że klawiatura leży na wysuwanej półeczce poniżej blatu. Na drugim końcu pokoju stoi szeroka szafa i szafka, sięgająca do połowy jej wysokości. Wiszą nad nią stare winylowe płyty, co, muszę przyznać, prezentuje się bardzo dobrze.
Kamil koło mnie stawia drewniane krzesło ,a sam siada na miękkim obrotowym fotelu i włącza komputer.
- Zrobiłaś mu zdjęcia? - pyta i przejeżdża dłonią po włosach.
Potakuję i podaję mu telefon.
- Nie są co prawda najlepszej jakości, no ale…
- Spoko, coś z tym zrobię- odpowiada i bierze do ręki mój poobijany telefon. Ogląda go krytycznym okiem, ale nic nie mówi. Otwiera za to szufladę biurka i spośród wielu różnych kabli wybiera taki, który pasuje do mojego telefonu i podłącza go do komputera.
Mija może 10 minut, a z drukarki wychodzi już pierwsze ogłoszenie o znalezieniu psa rasy Husky.
- Napijesz się czegoś? Może herbaty?
- Chętnie.
Znowu Kamil staje się przewodnikiem. Podążam za nim, mimo że droga nie jest specjalnie skomplikowana, wracamy bowiem na parter do kuchni.
Teraz mam okazję bliżej przyjrzeć się temu pomieszczeniu. Jest szeroka, nie to co moja kuchnia Meble utrzymane w ciemnej kolorystyce wyglądają szykownie w zestawieniu z srebrną lodówką.
Widać, że Kamil jest dobrze obeznany z zawartością szafek. Z jednej wyjmuje czajnik, nalewa do niego wody i stawia na płycie indukcyjnej. Wybiera program szybkiego gotowania wody po czym otwiera wiszącą szafkę przepełnioną różnymi rodzajami kaw i herbat. Wyjmuje dwie saszetki herbaty, wydaje mi się, że pomarańczowej, i wrzuca je do dwóch kubków.
- Jak tam piosenka, którą dla ciebie wybrałem? - pyta ni z tego ni z owego.
- Dobrze- odpowiadam. - Nie znałam jej wcześniej, ale jest naprawdę piękna. Już ją opanowałam.
Czajnik zaczyna gwizdać, ale chłopak szybko go wyłącza. Zalewa herbatę i odstawia go z powrotem na płytę.
- A mogłabyś ją dla mnie zagrać?
Podnoszę głowę i spoglądam mu w oczy. Jest w nich coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Jego piwne tęczówki wyglądają teraz jak przesiąknięte bólem, smutkiem i tęsknotą.
- Tak…
Mija mnie i otwiera małą, białą, ozdobną skrzynkę wiszącą na ścianie, którą zauważam dopiero teraz. Wyjmuje z niej klucz, który mocno ściska w dłoni. Tak, jakby się bał, że ktoś mu go odbierze.
Nie musi nic mówić, a wiem, że mam iść za nim. Drzwi, przed którymi stajemy niczym nie różnią się od pozostałych drzwi w domu. Zamek otwiera się z głośnym szczęknięciem, jakby nie był otwierany do dobrych kilku lat. Drzwi stają przede mną otworem.
Wchodzę do środka i rozglądam się wokoło. Pomieszczenie nie jest zbyt duże. Stoi tu jedynie biurko zawalone papierami i czarne pianino. Podchodzę do niego i zauważam, że jest pokryte grubą warstwą kurzu. Siadam na wyściełanym taborecie, a Kamil przystawia krzesło obok mnie. Otwieram pokrywę osłaniająca klawisze i naciskam kilka z nich. Dźwięk jest czysty, instrument jest nastrojony.
Wreszcie jestem w swoim żywiole. Gram i śpiewam zapominając o otaczającym mnie świecie. Czar pryska dopiero gdy rozbrzmiewa ostatni dźwięk piosenki.
Zdejmuję dłonie z klawiszy i kładę je na udach.
- Dlaczego… dlaczego chciałeś żebym nauczyła się tej piosenki i żebym ją zagrała? - przerywam wreszcie trwającą ciszę.
Kamil wpatruje się w kurz leżący na wieku pianina, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Moja mama bardzo lubiła tą piosenkę. Często ją wykonywała dla mnie i dla taty.
Nie zadaję kolejnego pytania. Wiem, że jeżeli będzie mi chciał coś powiedzieć to to zrobi.
- Pewnego dnia pięć lat temu po prostu spakowała się i wyszła. Tydzień później tata dostał pismo z sądu. Masz do niej bardzo podobny głos. Po prostu chciałem przez chwilę poczuć, że znowu tutaj jest.
- Masz z nią jakiś kontakt?
- Żadnego, ale… Ale mam nadzieję, że jest szczęśliwa bez nas.
Pisk odrywanej taśmy klejącej. Naklejam ją na rogi i wygładzam kartkę. To już ostatnie ogłoszenie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że jest już późno. Sprawdzam zegarek w telefonie i utwierdzam się w tym przekonaniu- est wpół do ósmej.
Idę na przystanek i wsiadam do pierwszego tramwaju, który się tam zatrzymał. Jak zwykle zajmuję miejsce obok okna. Przy piosence " Birdy- Skinny Love" obserwuję wolno zmieniające się budynki. Droga do domu nie dłuży mi się mimo, że muszę przejechać przez całe miasto.
Wysiadam na przystanku pod jedną z miejskich bibliotek. Resztę drogi muszę pokonać piechotą.
Okolica wydaje się być opustoszała. Od czasu do czasu pokazuje się jakaś grupka dresów lub chłopaków, którzy idą ze zgrzewką piwa. W końcu jest piątek, widocznie ich zasoby alkoholowe na imprezie zostały już spożyte.
Po kilku minutach szybkiego marszu dochodzę pod mój blok. Żarówka przed klatką jak zwykle jest przepalona. W ciemności jednak dostrzegam dwa słabo jarzące się punkty. Gdy zbliżam się do nich słyszę ciche miauczenie. Mruczek. Pewnie nikt nie chciał go wpuścić po jego wieczornym spacerze. Przykucam i biorę tego biedaka na ręce, po czym wchodzę do środka.
Szybko wdrapuję się na trzecie piętro i pukam do drzwi pod numerem siedemnaście. Otwierają się niemal natychmiast.
- Właśnie miałam iść szukać tej mojej zguby- mówi pani Krzyżanowska i bierze ode mnie kota. - Dziękuję.
- Drobiazg- odpowiadam i uśmiecham się. To rzeczywiście był drobiazg.
Odwracam się i naciskam klamkę moich domowych drzwi. Bez problemu się otwierają.
Rozbieram się z mojego wierzchniego okrycia i już mam iść do swojego pokoju, kiedy coś zaczyna mi nie pasować. W przedpokoju jest zdecydowanie za dużo męskiego obuwia, a odór piwa jest zdecydowanie zbyt intensywny. Nagle słyszę dziwny łomot i jęk bólu. Rzucam torbę na podłogę i wbiegam do salonu, jednak jest już za późno.
Maciek leży na podłodze, a nad nim pochyla się rozwścieczony ojciec. Całej scenie przygląda się jego dwójka kolegów.
- Mój syn nie chce pić alkoholu!? Na takie zachowanie nie pozwolę, jesteś chłop czy baba?! - ojciec wykrzykuje te słowa i przymierza się do kolejnego uderzenia.
Szybko zjawiam się przed Maćkiem i osłaniam go własnym ciałem.
- Przestań! - krzyczę. Mimo to, nie dostaję wymierzonego ciosu.
- A… Ty… - zaczyna ojciec. W jego głosie brzmi nutka rozbawienia.
- Uciekaj- szepczę do Maćka. Słyszę, że chłopak podnosi się i szybko wychodzi z pokoju.
- Ty egoistyczna suko! - dokańcza ojciec i z zamachem uderza mnie pięścią w policzek.
Upadam na podłogę powalona siłą ciosu. Uderzone miejsce pulsuje od bólu. Ale to nie koniec. Momentalnie czuję że podnoszę się do góry. Jego duża i silna dłoń trzyma mnie za krtań przyciskając do ściany.
- To przez ciebie! Przez ciebie straciłem pracę!
I znów mam 10 lat. Zbieram się do wyjścia do szkoły. Już naciskam klamkę, gdy zatrzymuje mnie dzwonek telefonu domowego. Mimo, że jestem spóźniona wracam się żeby odebrać.
- Ojciec już poszedł do roboty? - mężczyzna nie przedstawia się, ale w jego grubym niskim głosie rozpoznaję znajomego taty z pracy.
- Tak, wyszedł jakieś 5 minut temu.
- Cholera jasna… Postaraj się go dogonić, dobra? Powiedz mu, żeby wrócił do domu. Sanepid złożył nam wizytę i u mnie już wykrył alkohol.
Nim zdążam o cokolwiek zapytać mężczyzna rozłącza się.
Odkładam słuchawkę i kieruję się do wyjścia. Zamykam drzwi i myślę o odebranym przed chwilą telefonie. Kim tak w ogóle jest ten sanepid? To chyba jakiś rodzaj lekarza, skoro kolega taty powiedział, że u niego wykrył już alkohol. 
Tata od zawsze lubił wypić. Ze swoimi kolegami często pijał wódkę, a następnego dnia szedł pijany do pracy. Nie zarabiał dużo, ale wraz z zarobkami mamy jako tako wystarczało nam na utrzymanie.
Wychodzę przed klatkę i zastanawiam się, w którym kierunku powinnam iść. Żeby dogonić tatę powinnam skierować się na lewo, natomiast droga do szkoły prowadzi na prawo.
Może sanepid powinien przebadać tatę? Może skierowałby go na leczenie? Może dzięki temu przestałby pić i żyłoby nam się lepiej? 
Poza tym, co złego mogłoby się stać?
Dochodzę do wniosku, że nic i skręcam w prawo.
Tego dnia ojciec po raz pierwszy wrócił do domu zalany w trupa. Tego dnia po raz pierwszy uderzył mamę.
Wracam do mojego teraźniejszego wieku i mojego fatalnego położenia. W myślach przeklinam się za głupotę z tamtego dnia. Ale skąd mogłam wiedzieć jak to się skończy? Miałam tylko 10 lat.
- Harowałem jak wół, żebyś miała co jeść i w co się ubrać! Ale ty, niewdzięcznico, nie potrafiłaś tego docenić.
Powoli zaczyna mi braknąć tchu. Uścisk jednak nie rozluźnia się ani trochę.
- Zrobiłaś to specjalnie! Chciałaś, żebym stracił pracę! Zrujnowałaś mi życie- wykrzykuje i  rzuca mną o podłogę. W locie próbuję zamortyzować upadek rękami, kończy się to jednak cichym trzaskiem kości i okropnym bólem.
Na sam koniec ojciec zadaje mi kopniaka w brzuch i usatysfakcjonowany wraca do kolegów. 
Nie jestem w stanie normalnie oddychać. Zdrową ręką kurczowo trzymam się brzucha. Zagryzam wargi, żeby nie wyć z bólu. Wiem, że to zdenerwowałoby go jeszcze bardziej. Oczy wypełniają się łzami. Nie widzę już nic, a dojmujący ból całkowicie odbiera mi przytomność.
by Heather - Land of Grafic