Rozdział VII
Automatyczne drzwi sklepów co
rusz się otwierają. Ludzie robią ostatnie zakupy przed dniami wolnymi. Święto
Wszystkich Świętych w tym roku zafundowało nam długi weekend.
Wkraczam w mniej zaludnione
miejsce- moje rodzinne osiedle, które jak mam być szczera nie cieszy się zbytnią
popularnością. Skręcam w uliczkę, w której spędzam więcej czasu niż w domu.
Widzę go już z daleka. Siedzi
pośrodku drogi, a na mój widok charakterystycznie strzyże uszami i macha ogonem.
Może nie rozróżnia kolorów, ale
poczucie czasu ma lepsze niż człowiek. A przecież nie posiada zegarka.
Przypominam sobie historie o
psie, który też miał tak trafne poczucie czasu. Czekał na stacji kolejowej na
swojego właściciela codziennie. Nawet kiedy mężczyzna umarł w pracy.
Czy on też będzie czekać na mnie
już zawsze? Czy odnalazłam swojego Hachika?
W sumie to nie taki głupi pomysł.
Przykucam i głaszczę psa na
powitanie.
- Cześć kolego- moje ręce
delikatnie wędrują w górę. Drapię go za uszami. Uwielbia to. - Co powiedziałbyś na
znalezienie ci jakiegoś tymczasowego imienia? Podoba ci się Hachi, co?
Kładzie mi łapki na
kolanach. Wydaje jedno przeciągłe szczeknięcie i liże mnie po twarzy.
- Mi też się podoba- śmieję się
odganiając od siebie psa. - Chodź, czas coś przekąsić.
Wyjmuję z torby paczkę z karmą, a
Hachi swoim noskiem trąca miskę w moim kierunku. Napełniam ją i siadam obok psa.
Obserwuję go jak je i ponownie
rozmyślam nad jego losem. Gdyby komuś uciekł, już dawno pojawiły by się
ogłoszenia. Codziennie przeglądałam gazety, forum miasta w internecie czy też
tablice ogłoszeń porozstawiane w różnych punktach miasta. Bez skutku.
Wyrzucono go na ulicę. Ale po co
ktoś miałby to robić? Przecież to rasowy pies, w dodatku szczenię. Ktoś na pewno
by go przygarnął.
A propos przygarniania… Trzeba
znaleźć Hachiemu nowy dom. Idzie zima, robi się coraz zimniej. Nie może całe życie
mieszkać na ulicy. Nie może całe życie czekać na mnie i na moją łaskę.
Z chęcią wzięłabym go do swojego
domu. Uważam jednak, że ze względu na mojego ojca, to takie samo niebezpieczeństwo co mieszkanie na ulicy.
- Hachi, musimy porozmawiać- mówię w
końcu.
Napełniam drugą miskę wodą, ale
pies tylko patrzy na mnie przekrzywiając główkę. Biorę głęboki wdech.
- Jutro do ciebie nie przyjdę.
Jego charakterystyczny błysk w oku
niknie, a uszy opadają. Ci, którzy uważają, że psy nie mogą odczuwać takich emocji
jak ludzie są idiotami.
- Po prostu jutro muszę odwiedzić
kogoś bardzo ważnego.
Zostawiam mu jedzenie i picie na
następny dzień. Przytulam go oddając mu trochę ciepła, którego mi ciągle brakuje.
- Do zobaczenia, kolego.
♥
♥ ♥
Nieustający wiatr ciągle strąca
liście z drzew. Opadają na zimne posadzki z granitu, jakby za chwilę miały
jeszcze powstać. Mimo to, pozostają nieruchome jak osoby zakopane kilka metrów
pod nimi.
Dni, które spędzam z mamą mogę
zliczyć bez trudu. To właśnie jeden z takich dni.
Stoimy we trójkę nad grobem moich
dziadków ze strony mamy. Wciskam zmarznięte od wiatru dłonie do kieszeni. Tępym
wzrokiem wpatruje się w pozłacane litery na tablicy.
Ciekawe, czy byłabyś zadowolona z
życia swojej młodszej córki, babciu.
W sumie dobrze, że dziadkowie nie
widzą, jak teraz się męczymy. Pękłoby im serce.
Mnie samej pęka, gdy widzę moją
mamę jak nieustannie próbuje pomóc mojemu tacie. Chce go uratować, mimo że dla
niego nie ma już ratunku.
I to jest chyba definicja miłości.
Tylko dlaczego mnie tak nie
kochasz, mamo?
- Marta? To ty?
We trójkę obracamy głowy w
kierunku, z którego dochodzi głos. Stoi tam elegancko ubrana kobieta i równie
szykownie odziany mężczyzna. Trzymają się za ręce, a co najważniejsze wyglądają
na szczęśliwe małżeństwo.
Jestem przekonana, że ich nie
znam. Mimo wszystko ich twarze wydają mi się dziwnie znajome.
- Beata? - głos mojej mamy przybiera
dziwny ton.
- Jak dobrze cię
widzieć, kochana- mówi Beata i przytula mamę.
Spoglądam na Maćka. Jest tak samo
zdezorientowany jak ja. Do tego mąż kobiety przygląda nam się z bliżej
nieokreślonym wyrazem twarzy.
Mama wyswobadza się z uścisku i posyła nam ciepły uśmiech, a to całkowicie do niej niepodobne.
Mama wyswobadza się z uścisku i posyła nam ciepły uśmiech, a to całkowicie do niej niepodobne.
Maciek trąca mnie łokciem. Ma
rację, chyba pora się przedstawić.
Robię krok do przodu i wyciągam
dłoń w stronę kobiety.
- Mam na imię Ada, miło mi panią
poznać.
Jesteśmy jak z dwóch osobnych
światów. Ona- ubrana w czerwony płaszcz z najnowszej kolekcji i czarne botki na
obcasie ,ja- w czarnym zeszłorocznym płaszczu i znoszonych glanach
- Nie musisz mi się
przedstawiać. Znamy się choć pewnie mnie nie pamiętasz. Poznałam cię zaraz po
urodzeniu. Jestem przyjaciółką twojej mamy z czasów szkolnych, a to mój mąż.
- Ostatni raz widzieliśmy cię, jak
miałaś trzy lata- mówi jej mąż i także podaje mi dłoń. Jego uścisk jest silny, a
oczy niepokojąco dobrze mi znane. -Aleś ty wyrosła od tamtego czasu. Za to
ciebie, kawalerze, nie mieliśmy okazji poznać.
- Jestem Maciek- mówi po prostu i
wymienia uściski dłoni.
- Racja kochanie- uśmiech pani
Beaty też jest mi skądś znany. - Nie poznaliśmy go, bo wtedy przestaliśmy widywać
się w obecności naszych dzieci. Jesteś dość przystojny jak na swój wiek. Nie to
co nasz syn, on dopiero niedawno zaczął wyglądać atrakcyjnie, a przecież jest w
wieku Ady…
- O wilku mowa. Wrócił wreszcie. Poznajcie
się : to jest córka przyjaciółki mamy- Ada i jej brat Maciek.
Odwracam się i kąciki ust
mimowolnie mi się podnoszą. Powstrzymuję się od głośnego wybuchu śmiechu, jednak
nie mogę powstrzymać cichego chichotu. On także.
- Wszystko w porządku? - pyta
zaciekawiona pani Beata.
- Tak, tak… Rzecz w tym, że my też
się już znamy, nawet bardzo dobrze- wyjaśniam wciąż się śmiejąc.
- Chodzimy do tej samej klasy. Co
więcej, siedzimy razem w ławce i przyjaźnimy się- dopowiada Filip.
- Przyjaźnicie się? - powtarza moja
mama, jakby za pierwszym razem to do niej nie dotarło.
Teraz to dorośli powstrzymują się
od wybuchu śmiechu.
- W wieku trzech lat ciągle sobie
dokuczaliście. Nie lubiliście się, dlatego przestałam przyprowadzać do was
Filipa- wyjaśnia jego mama.
- To się nie zmieniło. Ada ciągle
lubi pokazywać swoje charakterki- chłopak jest równie rozbawiony, jak jego
rodzice. Przykuca i zapala znicz na grób mojej babci.
- To chyba jest
przeznaczenie- rzuca w przestrzeń tata Filipa.
Ma pan całkowitą rację, panie Cegliński.