21 stycznia 2014

Rozdział VII

Automatyczne drzwi sklepów co rusz się otwierają. Ludzie robią ostatnie zakupy przed dniami wolnymi. Święto Wszystkich Świętych w tym roku zafundowało nam długi weekend.
Wkraczam w mniej zaludnione miejsce- moje rodzinne osiedle, które jak mam być szczera nie cieszy się zbytnią popularnością. Skręcam w uliczkę, w której spędzam więcej czasu niż w domu.
Widzę go już z daleka. Siedzi pośrodku drogi, a na mój widok charakterystycznie strzyże uszami i macha ogonem.
Może nie rozróżnia kolorów, ale poczucie czasu ma lepsze niż człowiek. A przecież nie posiada zegarka.
Przypominam sobie historie o psie, który też miał tak trafne poczucie czasu. Czekał na stacji kolejowej na swojego właściciela codziennie. Nawet kiedy mężczyzna umarł w pracy.
Czy on też będzie czekać na mnie już zawsze? Czy odnalazłam swojego Hachika?
W sumie to nie taki głupi pomysł.
Przykucam i głaszczę psa na powitanie.
- Cześć kolego- moje ręce delikatnie wędrują w górę. Drapię go za uszami. Uwielbia to. - Co powiedziałbyś na znalezienie ci jakiegoś tymczasowego imienia? Podoba ci się Hachi, co?
Kładzie mi łapki na kolanach. Wydaje jedno przeciągłe szczeknięcie i liże mnie po twarzy.
- Mi też się podoba- śmieję się odganiając od siebie psa. - Chodź, czas coś przekąsić.
Wyjmuję z torby paczkę z karmą, a Hachi swoim noskiem trąca miskę w moim kierunku. Napełniam ją i siadam obok psa.
Obserwuję go jak je i ponownie rozmyślam nad jego losem. Gdyby komuś uciekł, już dawno pojawiły by się ogłoszenia. Codziennie przeglądałam gazety, forum miasta w internecie czy też tablice ogłoszeń porozstawiane w różnych punktach miasta. Bez skutku.
Wyrzucono go na ulicę. Ale po co ktoś miałby to robić? Przecież to rasowy pies, w dodatku szczenię. Ktoś na pewno by go przygarnął.
A propos przygarniania… Trzeba znaleźć Hachiemu nowy dom. Idzie zima, robi się coraz zimniej. Nie może całe życie mieszkać na ulicy. Nie może całe życie czekać na mnie i na moją łaskę.
Z chęcią wzięłabym go do swojego domu. Uważam jednak, że ze względu na mojego ojca, to takie samo niebezpieczeństwo co mieszkanie na ulicy.
- Hachi, musimy porozmawiać- mówię w końcu.
Napełniam drugą miskę wodą, ale pies tylko patrzy na mnie przekrzywiając główkę. Biorę głęboki wdech.
- Jutro do ciebie nie przyjdę.
Jego charakterystyczny błysk w oku niknie, a uszy opadają. Ci, którzy uważają, że psy nie mogą odczuwać takich emocji jak ludzie są idiotami.
- Po prostu jutro muszę odwiedzić kogoś bardzo ważnego.
Zostawiam mu jedzenie i picie na następny dzień. Przytulam go oddając mu trochę ciepła, którego mi ciągle brakuje.
- Do zobaczenia, kolego.
Nieustający wiatr ciągle strąca liście z drzew. Opadają na zimne posadzki z granitu, jakby za chwilę miały jeszcze powstać. Mimo to, pozostają nieruchome jak osoby zakopane kilka metrów pod nimi.
Dni, które spędzam z mamą mogę zliczyć bez trudu. To właśnie jeden z takich dni.
Stoimy we trójkę nad grobem moich dziadków ze strony mamy. Wciskam zmarznięte od wiatru dłonie do kieszeni. Tępym wzrokiem wpatruje się w pozłacane litery na tablicy.
Ciekawe, czy byłabyś zadowolona z życia swojej młodszej córki, babciu.
W sumie dobrze, że dziadkowie nie widzą, jak teraz się męczymy. Pękłoby im serce.
Mnie samej pęka, gdy widzę moją mamę jak nieustannie próbuje pomóc mojemu tacie. Chce go uratować, mimo że dla niego nie ma już ratunku.
I to jest chyba definicja miłości.
Tylko dlaczego mnie tak nie kochasz, mamo?
- Marta? To ty?
We trójkę obracamy głowy w kierunku, z którego dochodzi głos. Stoi tam elegancko ubrana kobieta i równie szykownie odziany mężczyzna. Trzymają się za ręce, a co najważniejsze wyglądają na szczęśliwe małżeństwo.
Jestem przekonana, że ich nie znam. Mimo wszystko ich twarze wydają mi się dziwnie znajome.
- Beata? - głos mojej mamy przybiera dziwny ton.
- Jak dobrze cię widzieć, kochana- mówi Beata i przytula mamę.
Spoglądam na Maćka. Jest tak samo zdezorientowany jak ja. Do tego mąż kobiety przygląda nam się z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy.
Mama wyswobadza się z uścisku i posyła nam ciepły uśmiech, a to całkowicie do niej niepodobne.
Maciek trąca mnie łokciem. Ma rację, chyba pora się przedstawić.
Robię krok do przodu i wyciągam dłoń w stronę kobiety.
- Mam na imię Ada, miło mi panią poznać.
Jesteśmy jak z dwóch osobnych światów. Ona- ubrana w czerwony płaszcz z najnowszej kolekcji i czarne botki na obcasie ,ja- w czarnym zeszłorocznym płaszczu i znoszonych glanach
- Nie musisz mi się przedstawiać. Znamy się choć pewnie mnie nie pamiętasz. Poznałam cię zaraz po urodzeniu. Jestem przyjaciółką twojej mamy z czasów szkolnych, a to mój mąż.
- Ostatni raz widzieliśmy cię, jak miałaś trzy lata- mówi jej mąż i także podaje mi dłoń. Jego uścisk jest silny, a oczy niepokojąco dobrze mi znane. -Aleś ty wyrosła od tamtego czasu. Za to ciebie, kawalerze, nie mieliśmy okazji poznać.
- Jestem Maciek- mówi po prostu i wymienia uściski dłoni.
- Racja kochanie- uśmiech pani Beaty też jest mi skądś znany. - Nie poznaliśmy go, bo wtedy przestaliśmy widywać się w obecności naszych dzieci. Jesteś dość przystojny jak na swój wiek. Nie to co nasz syn, on dopiero niedawno zaczął wyglądać atrakcyjnie, a przecież jest w wieku Ady…
- O wilku mowa. Wrócił wreszcie. Poznajcie się : to jest córka przyjaciółki mamy- Ada i jej brat Maciek.
Odwracam się i kąciki ust mimowolnie mi się podnoszą. Powstrzymuję się od głośnego wybuchu śmiechu, jednak nie mogę powstrzymać cichego chichotu. On także.
- Wszystko w porządku? - pyta zaciekawiona pani Beata.
- Tak, tak… Rzecz w tym, że my też się już znamy, nawet bardzo dobrze- wyjaśniam wciąż się śmiejąc.
- Chodzimy do tej samej klasy. Co więcej, siedzimy razem w ławce i przyjaźnimy się- dopowiada Filip.
- Przyjaźnicie się? - powtarza moja mama, jakby za pierwszym razem to do niej nie dotarło.
Teraz to dorośli powstrzymują się od wybuchu śmiechu.
- W wieku trzech lat ciągle sobie dokuczaliście. Nie lubiliście się, dlatego przestałam przyprowadzać do was Filipa- wyjaśnia jego mama.
- To się nie zmieniło. Ada ciągle lubi pokazywać swoje charakterki- chłopak jest równie rozbawiony, jak jego rodzice. Przykuca i zapala znicz na grób mojej babci.
- To chyba jest przeznaczenie- rzuca w przestrzeń tata Filipa.
Ma pan całkowitą rację, panie Cegliński.
by Heather - Land of Grafic