16 grudnia 2013

Rozdział VI

Biała, niesforna sznurówka wije się po podłodze. Filip ma rację, kiedyś się przez nią zabiję.
Delikatnie stąpam po korytarzu moimi białymi air force’ami. Wbrew pozorom są naprawdę lekkie i wygodne.
Na salę teatralną wchodzę od kulis. Krząta się tam spora grupka osób. Dopracowują ostatnie szczegóły. Nic dziwnego, skoro organizuje to samorząd szkolny to wszystko musi być idealnie, według myśli naszej lekko władczej przewodniczącej.
Wyglądam zza kurtyny. Rozkładane krzesła coraz szybciej się zapełniają. Za chwilę będziemy zaczynać. To bez znaczenia, my występujemy na zakończenie.
Równo o godzinie 12 apel rozpoczyna się. Jest 14 października, zebraliśmy się tutaj więc z okazji dnia nauczyciela.
Jako pierwsza głos zabiera przewodnicząca szkoły. Potem kolejne głosy echem roznoszą się po korytarzu. Nie rozpoznaję żadnego z nich. Nikt się nie wyróżnia.
Może właśnie dlatego poproszono nas o występ.
Nigdy wcześniej nie wierzyłam w przeznaczenie. Dopiero teraz, kiedy wychodzę na scenę w naszej niezbyt dużej sali teatralnej całkowicie to rozumiem.
Natrafienie na pięciu tak wspaniałych chłopaków nie mogło być przecież przypadkiem.
Odsuwam wyściełany taboret stojący przy pianinie. Spoglądam na chłopaków. Dają mi sygnał do rozpoczęcia.
Biorę wdech i naciskam pierwsze klawisze. Przygrywka powoli rozpływa się po sali. Zbliżam się do mikrofonu, którego statyw jest skierowany tak, bym mogła śpiewać i grać jednocześnie. Przymykam oczy, a moje wargi prawie muskają sprzęt.

„ Give me love like her 
' Cause lately I've been waking up alone”


Śpiewamy przydzielone nam wersy. Idzie nam tak dobrze, jak na próbach. Dochodzę do końca piosenki, a pianino nie wydaje już dźwięku. Cisza. Głucha cisza.
Szuranie krzeseł. Chyba wszystkim śpieszy się do wyjścia, więc i ja powstaję. Jednak coś mnie zatrzymuje na scenie. Klaskanie. Wraz z owacją na stojąco.
Nauczyciele wpatrują się w nas jak w obrazek. Znajduję się w centrum uwagi. Tylko tym razem w pozytywnym tego wyrażenia znaczeniu.
Kłaniamy się i kolejno chowamy za kulisami.
Nawet tutaj wszyscy gratulują nam występu. Nawet przewodnicząca jest wniebowzięta.
Opuszczam pomieszczenie i wychodzę na korytarz. Tutaj mam okazję chwilę ochłonąć. Stąpam po korytarzu z tą samą co wcześniej delikatnością. Jakby nasz sukces w ogóle nie miał miejsca.
Za rogiem wpadam na Darię. Nie lubię takich sytuacji, kiedy ktoś ni stąd ni zowąd się pojawia, a ja zaskoczona na niego wpadam. Generalnie nie lubię wpadać na ludzi.
Dziewczyna trzyma w ręce moją torbę i podaje mi ją.
- Nigdy jeszcze nie słyszałam tak wspaniałego głosu.
Zarzucam torbę na ramię i uśmiecham się.
-Ani nie widziałam ciebie tak zadowolonej- dodaje.


Wychodzimy ze szkoły zaraz po apelu, mam więc bardzo dużo wolnego czasu. Aż nadto. Co mogłabym z nim zrobić?
Idę po parku, a słońce przyjemnie świeci. Jestem jedną z nielicznych osób, które są tu o tak wczesnej porze. W oddali jakaś młoda para uprawia jogging, a niedaleko nich starszy pan spaceruje z labradorem. Nie powinno się przychodzić do parku miejskiego z psem. Chwila moment… Pies.
Odwracam się na pięcie i wychodzę z parku. Nie zważając na samochody przebiegam na drugą stronę ulicy. Kierowcy natychmiast komentują to koncertem klaksonów. Szkoda, że są rozważni wtedy,gdy nie trzeba.
Wchodzę do najbliższego spożywczaka i kupuję małą puszkę karmy dla psa i kawałek najtańszej kiełbasy. Wydaję na nie moje ostatnie pieniądze. Wiem jednak, że postępuję właściwie.
Doskonale wiem, jakie to uczucie, gdy nikt nie chce ci pomóc, bo jesteś gdzieś na skraju warstw społecznych. Sama też wiele razy chodziłam głodna.
I wiele razy głodna jeszcze będę.
Szybko pojawiam się w wąskiej uliczce. Kartony nadal tutaj leżą. Siadam na krawężniku naprzeciwko nich. Nie mam niczego ostrego, jednak udaje mi się oderwać kawałek kiełbasy. Upada na jakieś 20 centymetrów przed pudełkiem. Mija może 10 sekund, a wychyla się z niego mały, różowy nosek.
Nie oczekuję, że wyjdzie po jedzenie. Podejrzewam, że ktoś się nad nim w jakiś sposób znęcał. Może jego poprzedni właściciel, a może jakieś dzieci podczas jego podróży na ulicę.
Nosek  z powrotem chowa się w kartonie.
Nie zraża mnie to. Postanawiam ciągle siedzieć w tym miejscu.
W przeciągu następnych dwóch godzin pies kilka razy wyjrzał z pudła. Jest taki słodki kiedy udaje takiego małego detektywa próbującego ustalić kim jestem i dlaczego tu siedzę.
Jestem dokładnie taka jak ty piesku.
Następnego dnia zaglądam do psa jeszcze przed szkołą. Sprzątam wczorajszy kawałek kiełbasy i rzucam nowy.
W szkole nie dzieje się absolutnie nic interesującego. Wszyscy żyją swoim życiem i są pochłonięci swoimi sprawami. Szara monotonia dnia codziennego.
Moja została właśnie urozmaicona przez to małe niebieskookie stworzonko.
Po szkole od razu jestem przy nim. Sama nie wiem,dlaczego tak mocno się w to angażuję.
Trzy dni później uświadamiam sobie, że chcę go uchronić od zła społeczeństwa. Tak bardzo, jak tylko jest to możliwe. Może jest to spowodowane moją samolubnością. Może chcę zatrzymać wszelkie cierpienie tylko dla siebie.
Tego samego dnia, gdy zjawiam się po południu jedzenie zostawione dla psa po raz pierwszy znika.
Następnego dnia wzięłam ze sobą książkę ” Charlie” Stephena Chbowsky’ego. Książka jest w dość dobrym stanie jak na miejską bibliotekę. Może dlatego, że niewiele osób ma pojęcie o istnieniu takiej książki. A szkoda.
Książka ma postać listów dzięki czemu podczas lektury możemy wyobrazić sobie, że jesteśmy ich adresatem. Jest tutaj też naprawdę dużo interesujących cytatów.
Moje oczy powoli śledzą tekst linijka po linijce.

„Nie wiem, czy kiedykolwiek tak się czułeś. Jakbyś chciał przespać tysiąc lat. Albo po prostu przestać istnieć. Albo nie mieć świadomości, że istniejesz. Czy coś w tym rodzaju. Wiem, że to trochę nienormalne, ale właśnie tak się czuję, kiedy to się zaczyna. Dlatego staram się nie myśleć. Chcę, żeby to wszystko przestało wirować wokół mnie”

Sama nie wiem dlaczego, ale na chwilę unoszę głowę sponad tekstu. Mój futrzasty przyjaciel na moich oczach ze smakiem zjada zostawioną mu karmę.
Kończy i spogląda na mnie oczami niebieskimi, jak niebo w najbardziej pogodny dzień w roku.
Wyciągam do niego rękę, a on powoli podchodzi do niej. Opuszczam dłoń na głowę psa, po czym powoli przejeżdżam po jego mięciutkim futerku.
by Heather - Land of Grafic