09 listopada 2013

Rozdział IV

Powoli muskam klawisze pianina. W czterech ścianach odbija się melodia „ Give me love” Eda Sheerana.
Jest spotkanie naszego kółka muzycznego. Kończymy właśnie próbę na apel z okazji dnia nauczyciela.
Bartek stroi gitarę, a Piotrek ostatni raz czyta cały tekst piosenki.
- Wybrałaś świetny utwór- mówi po chwili. - Tekst jest taki prawdziwy. Mówi o tym, że złe rzeczy przytrafiają się dobrym  ludziom, jak na przykład ta nieszczęśliwa miłość…
- Prawda- przerywa mu Kamil. - Często dobrzy ludzie bardzo cierpią. Moja nauczycielka w szkole muzycznej opowiadała mi kiedyś o swojej sąsiadce. Jest w naszym wieku i przychodzi do niej po sąsiedzku na lekcje gry na pianinie i śpiewu. Ma ponoć niesamowity talent, moja nauczycielka mówiła o niej jak najlepsze rzeczy. Niestety jej ojciec parę lat temu stracił pracę i sens życia. Zaczął pić i bić swoją żonę i dzieci. Jest też u nich nie najlepsza sytuacja materialna. Nazywa ją takim cierpiącym aniołem, bo mimo tych wszystkich przeciwności losu jest najwspanialszą osobą jaką zna.
Przestaję grać, bo tłumione łzy sprawiają, że nie widzę praktycznie nic. W końcu nie wytrzymuję, a strumienie bólu spływają po moich policzkach. Bartek przestaje stroić gitarę i wszyscy kierują swoje spojrzenia na mnie.
Ocieram oczy, z pewnością wyglądam teraz żałośnie. Staram się podnieść kąciki ust tak, żeby stworzyły uśmiech.
- Wiecie, to takie dziwne usłyszeć opinię swojej sąsiadki z ust innej osoby.
Przez cały weekend nie miałam kontaktu z chłopakami. Nie wiem, jak przyjęli moje piątkowe wyznanie, zaraz po tym opuściłam ich.
Tak czy siak musiałabym im kiedyś powiedzieć. Może to lepiej, że dowiedzieli się na początku naszej znajomości, mają jeszcze okazje się wycofać.
Przychodzę do szkoły znacznie wcześniej, naprawdę nie mam po co siedzieć w domu z ojcem. Siadam na ławce przed głównym gmachem budynku. Wokoło  mnie są tylko pojedyncze złotawe liście. Lubię jesień, jest wtedy tak ładnie.
Podnoszę z ziemi jeden z liści i dokładnie mu się przyglądam. Licze jego nerwy po czym podnoszę go do wschodzącego słońca.
Czuję nagłe przybycie ciężaru na ławce. Mogłam nie siadać na jej środku.
- Jak się czujesz? - pyta stojący na wprost mnie chłopak. Nie widzę jego twarzy, bo jest przysłonięta trzymanym przeze mnie liściem. Opuszczam go i orientuję się, że to Bartek.
- Dobrze.J ak zawsze.
- A tak poważnie? - mówi siedzący koło mnie Filip.
- Poważnie, kiedy wychodziłam ojciec spał, więc… - nie kończę. Może nie chcę, a może nie potrafię.
- Przykro nam z powodu two…
- Nie- przerywam Filipowi. - Nie musi wam być przykro. Przecież to nie wasza wina, że mam takiego ojca, a nie innego. Z resztą, to bez znaczenia. Przez 6 lat można się przyzwyczaić do tego wszystkiego.
Zapada cisza. Patrzę to na Filipa, to na Bartka. Nie wiem, czy to znak, że powinnam już pójść i zostawić ich w spokoju. Raz na zawsze.
Wstaję z ławki i robię krok do przodu, gdy ktoś łapie mnie za nadgarstek. Wzdrygam się i odruchowo wyszarpuję z uścisku.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć- mówi Bartek. - My nie skreślimy cię z powodu twojej rodziny.
Zakładam trampki i wychodzę na klatkę schodową. Od razu otwierają się przede mną drzwi naprzeciwko. Lubię wtorki takie jak ten,kiedy znów widzę tą uśmiechniętą twarz.
Wchodzę do znanego mi mieszkania i od razu przybiega do mnie czarno-biały zwierzak.
- Cześć Mruczku, tęskniłeś? - nie jest to może wyjątkowe imię dla kota, ale to taka kochana istotka. Przykucam i głaszczę go, a Mruczek mruczy z zadowoleniem. On jako jedyny za mną tęskni.
Opuszczam kota i idę do salonu pani Krzyżanowskiej. Sąsiadka przeszukuje stos kartek leżących na małym biurku. Siadam na białym, skórzanym taborecie. Wiem, że zejdzie jej chwila z szukaniem nut.
- No to opowiadaj, jak tam w szkole?
- Nadal słabo dogaduję się z dziewczynami, za to z chłopakami polepsza mi się kontakt. Nawet dowiedzieli się o mojej sytuacji rodzinnej.
- Naprawdę? - pani Krzyżanowska na chwilę odrywa się od poszukiwań. To takie miłe z jej strony, że troszczy się o mnie bardziej, niż moja własna matka. - I jak zareagowali?
- Powiedzieli, że nie zniechęca to ich do mojej osoby i , że zawsze mogę na nich polegać. Dziwne, prawda?
- Wcale nie, kochana. To prawidłowa reakcja. Najwidoczniej wreszcie poznałaś kogoś, kto jest dojrzały i tolerancyjny na tyle, że jest w stanie cię zaakceptować- pani Krzyżanowska wreszcie odnajduje właściwy zapis nutowy. Siada na takim samym taborecie jak ja i przysuwa się do mnie i pianina. - Kto wie, może wyniknie z tego coś więcej? Na przykład taki Kamil pasowałby do ciebie.
Śmieję się. Pierwszy szczery śmiech od dawna.
- No co? Musisz przyznać, że to przystojny chłopak. Jest zdolny, ale leniwy… Ale ja go jeszcze przywołam do pionu! - kobieta też się śmieje.
- Chciałabym znowu mieć przyjaciela. Wolałabym to, niż jakieś randki.
- Zobaczymy, zobaczymy… Pewnie niebawem, któryś z nich zawróci ci w głowie, a wtedy wspomnisz moje słowa.
Lubię ten dystans do życia i poczucie humoru pani Krzyżanowskiej. Jest to jedyna miła dla nas sąsiadka w całym bloku. Inni traktują nas jak margines społeczeństwa.
Nie rozumiem, jak jej mąż mógł ją zostawić, a dzieci urwać z nią kontakt. Mogłabym powiedzieć o niej równie dobre rzeczy, co ona o mnie. Mimo to jest samotna. Od kiedy zaproponowała mi darmowe lekcje pianina i śpiewu ma tylko mnie i Mruczka.
- Jakiej piosenki będę się uczyć teraz? - pytam.
- Ten utwór wybrał specjalnie dla ciebie Kamil.
- Kamil? - dziwię się. Po co miałby wybierać mi piosenkę do nauki?
- Tak. Stwierdził, że ta piosenka do ciebie pasuje i chciałby usłyszeć ją w twoim wykonaniu- przed oczami mam już zapis nutowy i tekst piosenki „Tam gdzie ty”
- Chyba nie chcesz go rozczarować? - pyta zadziornie kobieta.
- Skądże- mówię z uśmiechem.
- To świetnie. Zacznijmy od ćwiczenia śpiewu...

1 komentarz:

by Heather - Land of Grafic