17 listopada 2013

Rozdział V

Cichy dźwięk suwaka mojej torby. Wychowawczyni kończy prowadzić lekcję kilka minut przed dzwonkiem. Niestety jej nadzieja na spędzenie chwil w ciszy jest złudna.
Bartek odwraca się do mnie i Filipa.
-  Możemy dziś nie robić próby? - pyta. - Mam dziś mecz, muszę jeszcze iść na trening.
Bartek od 7 roku życia trenuje piłkę nożną. Chciał iść do liceum sportowego, jednak z powodu zbyt małej ilości chętnych klasa o profilu piłkarskim nie utworzyła się. Mimo wszystko zdolności chłopaka zostały docenione. Przyjęto go do drużyny reprezentującej nasze miasto. Oczywiście tylko do rezerw, ma przecież dopiero 16 lat.
- Żaden problem- odpowiada Filip.
- A może przyjdziecie na mecz? - proponuje Bartek. Kątem oka widzę, że Daria siedząca w przedostatniej ławce w rzędzie od okna przygląda się nam i najwyraźniej przysłuchuje.
- Dobry pomysł- mówi Kuba. Poprawia włosy i spogląda na mnie. - Ale chyba bez Ady, dziewczyny raczej nie przepadają za piłką nożną.
Z reguły tak jest. Jednak ja  mam brata, dla którego muszę być jak ojciec.
- Muszę cię zmartwić. Ja akurat bardzo lubię piłkę nożną.
- To świetnie. No to spotykamy się przed 17 pod stadionem- kwituje Filip. Dzwoni dzwonek, a wychowawczyni życzy nam miłego weekendu. Wychodzę z klasy i idę do szafki. Drzwi pozostałych sal lekcyjnych otwierają się i rozweseleni uczniowie wylewają się na korytarz. Panuje gwar, jednak Daria dogania mnie dość szybko.
- Mogę iść z wami? - dyszy lekko i patrzy na mnie oczami pełnymi nadziei.
- Ale gdzie? - pytam, mimo że doskonale znam odpowiedź.
- No na ten mecz- jest zakłopotana. Nie patrzy na mnie tylko na czubki swoich butów. - Też lubię oglądać piłkę nożną, tylko nie mam z kim chodzić na mecze…
- Okej.
- Naprawdę!? - momentalnie podnosi głowę a na jej twarzy pojawia się uśmiech.
- Jasne. Bądź przed 17 pod stadionem.
Szybko przytakuje głową i prawie biegiem kieruje się do szatni. Chyba bardzo zależało jej na moim pozwoleniu.
W domu wita mnie odór piwa. Chrapie tak głośno, że nie muszę martwić się, że mnie usłyszy. Idę do kuchni przyrządzam makaron z jajkiem. Nakładam jedzenie na dwa czarne, żaroodporne talerze i pukam do pokoju Maćka. Powoli uchyla drzwi tak, że widzę tylko jego oko.
- Zamawiał pan makaron z dostawą do domu?
Śmieje się. Tylko jego uśmiech ciągle pcha mnie do przodu.
- Oczywiście. Mam też nadzieję, że dotrzyma mi pani towarzystwa przy posiłku.
- Skoro pan nalega- mówię i wchodzę do jego pokoju. Panuje tu porządek, pewnie znowu sprzątał z nudów.
Przez pierwsze kilka minut nie odzywamy się. Spod włosów spoglądam na zatroskaną twarz Maćka. Umie ukrywać swoje emocje przed innymi, ale mnie nie oszuka.
- Jak tam było w szkole? - nie wiem do końca jak powinnam zacząć ten temat.
- Dobrze- odpowiada wymijająco. Charakterystyczne dla większości nastolatków.
- A masz jakieś plany na popołudnie? Spotykasz się z kolegami czy coś w tym stylu?
- Nie- widelcem rozgrzebuje jedzenie na talerzu. - Nie mają czasu.
- A może…
- Dobra, wcale nie chodzi o to, że nie mają dla mnie czasu- przerywa mi. - Nie lubią mnie i chcieli mnie spławić, zadowolona ze szczerej odpowiedzi!? - bierze w dłoń talerz i idzie do kuchni. Jest zły, wręcz kipi ze złości.
Bez dłuższego namysłu odstawiam jedzenie i idę za bratem. Stoi przy oknie, nie odwraca wzroku choć pewnie wie, że do niego przyjdę.
- Przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować- mówię łagodnym głosem i kładę mi dłoń na ramieniu. Odruchowo wzdryga się, nie jest przyzwyczajony do takiej bliskości. Tak samo jak ja.
- To przecież nie twoja wina, że za mną nie przepadają. Może nie jestem dobry w nawiązywaniu przyjaźni.
- Na pewno niebawem się do ciebie przekonają. A jeśli nie, to są skończonymi idiotami.
Idę w grupie kibiców w stronę stadionu. Maciek kurczowo trzyma się mojego nadgarstka, pewnie nie chce się zgubić. Musiałam chwilę przekonywać go do wyjścia, chyba wstydzi się chłopaków.
Na miejscu czekają już na nas Kamil z Piotrkiem. Witamy się i przedstawiam im Maćka.
- O nie- mówi nagle Maciek i chowa się za mną.
- O co chodzi? - nie ukrywam, jestem lekko zdezorientowana.
- Moi koledzy z klasy. Nie chcę, żeby mnie zobaczyli.
Wodzę wzrokiem wokół i w końcu to widzę. Niedaleko nas stoi grupka trzech chłopców. Wizualnie niczym praktycznie nie różnią się od Maćka- są tego samego wzrostu i mają podobny styl. Jednak powszechnie wiadomo, że pozory mylą.
- To chodź ze mną, kupimy bilety- proponuje Kamil. Mój brat szybko podchwytuje pomysł i kilka sekund później już stoją na końcu kolejki zaczynającej się przy okienku z napisem „Kasa”
- Czemu unika swoich kolegów? - pyta mnie Piotrek.
- Nie przepadają za nim- mówię po prostu.
- Zaczekaj- mówi chłopak i nim zdążę cokolwiek zrobić już stoi w trzyosobowej grupce chłopców niższych od niego o jakieś 15 centymetrów.
Nie wiem co powinnam zrobić. Powiedzieć Maćkowi, że Piotrek rozmawia z jego kolegami?Zatrzymać Piotrka i skończyć tą rozmowę? Zamykam na chwilę oczy i biorę głęboki wdech. Gdy je otwieram widzę osobę stojąca przede mną.
Jednak nie jest to wysoki brunet z bandaną na głowie. To  niska szatynka z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku.
- Wszystko w porządku? - pyta. Zaprawdę ciekawe powitanie.
- Jasne, jasne- odpowiadam. Z lewej strony nadciąga Piotrek, a z prawej Kamil z Maćkiem. Patrzę na brata, chyba nie zauważył, że Piotrek udał się do jego kolegów. Nie mam pojęcia o czym z nimi rozmawiał, ale chyba nie odniesie to żadnych skutków co do osoby Maćka.
A jednak się mylę.
- Cześć Maciek- mówi najbardziej wysunięty na przód grupy chłopak .Skąd oni się tu tak nagle wzięli?
- Cześć- patrzę na okolicę jego ust. Przygryza wargę. Wiem, że jest zdenerwowany.
- Masz ochotę z nami obejrzeć mecz?
- Serio? - od razu jego twarz promienieje.
- Jasne, lepiej się poznamy i miło spędzimy czas.
Maciek spogląda na mnie wyczekująco. Nie mogę mu przecież zabronić.
- Baw się dobrze- mówię tylko i patrzę jak powoli znika w tłumie. - Co ty im powiedziałeś? - zwracam się do Piotrka.
Chłopak tylko uśmiecha się tajemniczo.
- Niech to będzie moja słodka tajemnica.
Delikatnie staję na palcach i całuję go w policzek.
- Dziękuję.
Jesteśmy już całą naszą grupą, więc przechodzimy przez bramki i idziemy zająć miejsca na trybunach. Siadamy w  pierwszym rzędzie, żeby dobrze widzieć murawę. Po chwili na boisko wychodzą zespoły. Odnajduję wśród nich chłopaka w fioletowych mercurialach. On także znajduje nas wśród miejsc na widowni i uśmiecha się znacząco. Może to znak, że będzie grał właśnie dla nas. Nie licząc Darii, chyba wcale jej nie zauważył, co zasmuciło moją towarzyszkę.
Mecz rozpoczyna się. Walka jest zacięta, pierwsza połowa kończy się remisem 1:1.
Wraz z początkiem drugiej połowy meczu atmosfera na trybunach znacząco się podnosi. Kibicie wykrzykują okrzyki zagrzewające drużyny do walki. Każdy zły ruch jest krytykowany, pomyłka wyśmiewana. Kiedy w 88 minucie spotkania dochodzi do brutalnego faulu naszego zawodnika, w sektorze, w którym siedzimy podnosi się wrzawa. Sędzia natomiast „nagradza” to żółtą kartką.
- Tylko żółta!? - krzyczę zdenerwowana. - To zasługiwało tylko i wyłącznie na czerwoną, nie sądzisz? - spoglądam na Darię, która jest chyba najbardziej opanowanym kibicem na stadionie.
- Tak, tak, masz rację.
Może nigdy nie byłam zbyt dobra w kontaktach międzyludzkich, jednak zawsze potrafiłam trafnie odczytać intencje człowieka.
- Nie znasz się na piłce nożnej i za nią nie przepadasz, prawda?
Na początku jest lekko zmieszana, ale zaraz przyznaje się bez bicia.
- Prawda. Chciałam po prostu pooglądać Bartka, a dziwnie było mi tu przyjść samej. Wiesz, on mi się bardzo podoba…
Nie odpowiadam na to, bo jej obiekt westchnień właśnie przygotowuje się do wykonania karnego. Trzymam za niego kciuki i patrzę jak z lekkiego rozbiegu uderza w piłkę,która ląduje prosto w bramce. Okrzyk radości niesie się przez trybunę. Wygraliśmy.
Po meczu chłopaki i Daria rozeszli się do domów, a ja czekam na Bartka, wracamy bowiem w tę samą stronę. Po chwili wychodzi z innymi członkami drużyny. Widać, że są od niego starsi. Przybijają sobie piątki i rozchodzą się, każdy w swoją stronę. Chłopak podchodzi do mnie i ruszamy w stronę domu.
- Gratuluję strzału, był świetny- mówię po chwili.
- Dziękuję.
Przez pewien czas idziemy w milczeniu. Jest mi trochę chłodno, więc wkładam ręce do kieszeni.
- Wiesz, to była bardzo duża presja- jego głos niesie się cichym echem po pustej ulicy. - Bałem się, że coś spieprzę. Ale kiedy przypomniałem sobie, że jesteście na trybunach od razu przybyło mi pewności siebie.
Robi mi się cieplej na sercu, jego słowa są takie miłe. Chyba wreszcie znalazłam tych właściwych przyjaciół. 
Kolejne 10 minut drogi mija w przyjemnej atmosferze. Bartek stwierdził, że mnie odprowadzi. Jesteśmy już kilka uliczek od mojego bloku, kiedy słyszę dziwny odgłos. Zatrzymuję się i uciszam chłopaka. Słyszę cichy chrobot z kartonowego pudełka leżącego nieopodal. Ponadto, pudełko rusza się. Zbliżam się do niego i widzę niedużego pieska rasy Husky. Wyciągam do niego rękę, ale on groźnie warczy, momentalnie więc ją cofam. Chyba boi się ludzi, ma chyba jakąś traumę.
- Co tutaj robi taki drogi, rasowy pies? - dziwi się Bartek i rzuca mu swoją kanapkę. Pies nawet nie raczy na nią spojrzeć. - Dziwne, że ktoś by go wyrzucił.
- Racja, dziwne… - mówię i jeszcze raz przyglądam się psu.

09 listopada 2013

Rozdział IV

Powoli muskam klawisze pianina. W czterech ścianach odbija się melodia „ Give me love” Eda Sheerana.
Jest spotkanie naszego kółka muzycznego. Kończymy właśnie próbę na apel z okazji dnia nauczyciela.
Bartek stroi gitarę, a Piotrek ostatni raz czyta cały tekst piosenki.
- Wybrałaś świetny utwór- mówi po chwili. - Tekst jest taki prawdziwy. Mówi o tym, że złe rzeczy przytrafiają się dobrym  ludziom, jak na przykład ta nieszczęśliwa miłość…
- Prawda- przerywa mu Kamil. - Często dobrzy ludzie bardzo cierpią. Moja nauczycielka w szkole muzycznej opowiadała mi kiedyś o swojej sąsiadce. Jest w naszym wieku i przychodzi do niej po sąsiedzku na lekcje gry na pianinie i śpiewu. Ma ponoć niesamowity talent, moja nauczycielka mówiła o niej jak najlepsze rzeczy. Niestety jej ojciec parę lat temu stracił pracę i sens życia. Zaczął pić i bić swoją żonę i dzieci. Jest też u nich nie najlepsza sytuacja materialna. Nazywa ją takim cierpiącym aniołem, bo mimo tych wszystkich przeciwności losu jest najwspanialszą osobą jaką zna.
Przestaję grać, bo tłumione łzy sprawiają, że nie widzę praktycznie nic. W końcu nie wytrzymuję, a strumienie bólu spływają po moich policzkach. Bartek przestaje stroić gitarę i wszyscy kierują swoje spojrzenia na mnie.
Ocieram oczy, z pewnością wyglądam teraz żałośnie. Staram się podnieść kąciki ust tak, żeby stworzyły uśmiech.
- Wiecie, to takie dziwne usłyszeć opinię swojej sąsiadki z ust innej osoby.
Przez cały weekend nie miałam kontaktu z chłopakami. Nie wiem, jak przyjęli moje piątkowe wyznanie, zaraz po tym opuściłam ich.
Tak czy siak musiałabym im kiedyś powiedzieć. Może to lepiej, że dowiedzieli się na początku naszej znajomości, mają jeszcze okazje się wycofać.
Przychodzę do szkoły znacznie wcześniej, naprawdę nie mam po co siedzieć w domu z ojcem. Siadam na ławce przed głównym gmachem budynku. Wokoło  mnie są tylko pojedyncze złotawe liście. Lubię jesień, jest wtedy tak ładnie.
Podnoszę z ziemi jeden z liści i dokładnie mu się przyglądam. Licze jego nerwy po czym podnoszę go do wschodzącego słońca.
Czuję nagłe przybycie ciężaru na ławce. Mogłam nie siadać na jej środku.
- Jak się czujesz? - pyta stojący na wprost mnie chłopak. Nie widzę jego twarzy, bo jest przysłonięta trzymanym przeze mnie liściem. Opuszczam go i orientuję się, że to Bartek.
- Dobrze.J ak zawsze.
- A tak poważnie? - mówi siedzący koło mnie Filip.
- Poważnie, kiedy wychodziłam ojciec spał, więc… - nie kończę. Może nie chcę, a może nie potrafię.
- Przykro nam z powodu two…
- Nie- przerywam Filipowi. - Nie musi wam być przykro. Przecież to nie wasza wina, że mam takiego ojca, a nie innego. Z resztą, to bez znaczenia. Przez 6 lat można się przyzwyczaić do tego wszystkiego.
Zapada cisza. Patrzę to na Filipa, to na Bartka. Nie wiem, czy to znak, że powinnam już pójść i zostawić ich w spokoju. Raz na zawsze.
Wstaję z ławki i robię krok do przodu, gdy ktoś łapie mnie za nadgarstek. Wzdrygam się i odruchowo wyszarpuję z uścisku.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć- mówi Bartek. - My nie skreślimy cię z powodu twojej rodziny.
Zakładam trampki i wychodzę na klatkę schodową. Od razu otwierają się przede mną drzwi naprzeciwko. Lubię wtorki takie jak ten,kiedy znów widzę tą uśmiechniętą twarz.
Wchodzę do znanego mi mieszkania i od razu przybiega do mnie czarno-biały zwierzak.
- Cześć Mruczku, tęskniłeś? - nie jest to może wyjątkowe imię dla kota, ale to taka kochana istotka. Przykucam i głaszczę go, a Mruczek mruczy z zadowoleniem. On jako jedyny za mną tęskni.
Opuszczam kota i idę do salonu pani Krzyżanowskiej. Sąsiadka przeszukuje stos kartek leżących na małym biurku. Siadam na białym, skórzanym taborecie. Wiem, że zejdzie jej chwila z szukaniem nut.
- No to opowiadaj, jak tam w szkole?
- Nadal słabo dogaduję się z dziewczynami, za to z chłopakami polepsza mi się kontakt. Nawet dowiedzieli się o mojej sytuacji rodzinnej.
- Naprawdę? - pani Krzyżanowska na chwilę odrywa się od poszukiwań. To takie miłe z jej strony, że troszczy się o mnie bardziej, niż moja własna matka. - I jak zareagowali?
- Powiedzieli, że nie zniechęca to ich do mojej osoby i , że zawsze mogę na nich polegać. Dziwne, prawda?
- Wcale nie, kochana. To prawidłowa reakcja. Najwidoczniej wreszcie poznałaś kogoś, kto jest dojrzały i tolerancyjny na tyle, że jest w stanie cię zaakceptować- pani Krzyżanowska wreszcie odnajduje właściwy zapis nutowy. Siada na takim samym taborecie jak ja i przysuwa się do mnie i pianina. - Kto wie, może wyniknie z tego coś więcej? Na przykład taki Kamil pasowałby do ciebie.
Śmieję się. Pierwszy szczery śmiech od dawna.
- No co? Musisz przyznać, że to przystojny chłopak. Jest zdolny, ale leniwy… Ale ja go jeszcze przywołam do pionu! - kobieta też się śmieje.
- Chciałabym znowu mieć przyjaciela. Wolałabym to, niż jakieś randki.
- Zobaczymy, zobaczymy… Pewnie niebawem, któryś z nich zawróci ci w głowie, a wtedy wspomnisz moje słowa.
Lubię ten dystans do życia i poczucie humoru pani Krzyżanowskiej. Jest to jedyna miła dla nas sąsiadka w całym bloku. Inni traktują nas jak margines społeczeństwa.
Nie rozumiem, jak jej mąż mógł ją zostawić, a dzieci urwać z nią kontakt. Mogłabym powiedzieć o niej równie dobre rzeczy, co ona o mnie. Mimo to jest samotna. Od kiedy zaproponowała mi darmowe lekcje pianina i śpiewu ma tylko mnie i Mruczka.
- Jakiej piosenki będę się uczyć teraz? - pytam.
- Ten utwór wybrał specjalnie dla ciebie Kamil.
- Kamil? - dziwię się. Po co miałby wybierać mi piosenkę do nauki?
- Tak. Stwierdził, że ta piosenka do ciebie pasuje i chciałby usłyszeć ją w twoim wykonaniu- przed oczami mam już zapis nutowy i tekst piosenki „Tam gdzie ty”
- Chyba nie chcesz go rozczarować? - pyta zadziornie kobieta.
- Skądże- mówię z uśmiechem.
- To świetnie. Zacznijmy od ćwiczenia śpiewu...

by Heather - Land of Grafic