16 grudnia 2013

Rozdział VI

Biała, niesforna sznurówka wije się po podłodze. Filip ma rację, kiedyś się przez nią zabiję.
Delikatnie stąpam po korytarzu moimi białymi air force’ami. Wbrew pozorom są naprawdę lekkie i wygodne.
Na salę teatralną wchodzę od kulis. Krząta się tam spora grupka osób. Dopracowują ostatnie szczegóły. Nic dziwnego, skoro organizuje to samorząd szkolny to wszystko musi być idealnie, według myśli naszej lekko władczej przewodniczącej.
Wyglądam zza kurtyny. Rozkładane krzesła coraz szybciej się zapełniają. Za chwilę będziemy zaczynać. To bez znaczenia, my występujemy na zakończenie.
Równo o godzinie 12 apel rozpoczyna się. Jest 14 października, zebraliśmy się tutaj więc z okazji dnia nauczyciela.
Jako pierwsza głos zabiera przewodnicząca szkoły. Potem kolejne głosy echem roznoszą się po korytarzu. Nie rozpoznaję żadnego z nich. Nikt się nie wyróżnia.
Może właśnie dlatego poproszono nas o występ.
Nigdy wcześniej nie wierzyłam w przeznaczenie. Dopiero teraz, kiedy wychodzę na scenę w naszej niezbyt dużej sali teatralnej całkowicie to rozumiem.
Natrafienie na pięciu tak wspaniałych chłopaków nie mogło być przecież przypadkiem.
Odsuwam wyściełany taboret stojący przy pianinie. Spoglądam na chłopaków. Dają mi sygnał do rozpoczęcia.
Biorę wdech i naciskam pierwsze klawisze. Przygrywka powoli rozpływa się po sali. Zbliżam się do mikrofonu, którego statyw jest skierowany tak, bym mogła śpiewać i grać jednocześnie. Przymykam oczy, a moje wargi prawie muskają sprzęt.

„ Give me love like her 
' Cause lately I've been waking up alone”


Śpiewamy przydzielone nam wersy. Idzie nam tak dobrze, jak na próbach. Dochodzę do końca piosenki, a pianino nie wydaje już dźwięku. Cisza. Głucha cisza.
Szuranie krzeseł. Chyba wszystkim śpieszy się do wyjścia, więc i ja powstaję. Jednak coś mnie zatrzymuje na scenie. Klaskanie. Wraz z owacją na stojąco.
Nauczyciele wpatrują się w nas jak w obrazek. Znajduję się w centrum uwagi. Tylko tym razem w pozytywnym tego wyrażenia znaczeniu.
Kłaniamy się i kolejno chowamy za kulisami.
Nawet tutaj wszyscy gratulują nam występu. Nawet przewodnicząca jest wniebowzięta.
Opuszczam pomieszczenie i wychodzę na korytarz. Tutaj mam okazję chwilę ochłonąć. Stąpam po korytarzu z tą samą co wcześniej delikatnością. Jakby nasz sukces w ogóle nie miał miejsca.
Za rogiem wpadam na Darię. Nie lubię takich sytuacji, kiedy ktoś ni stąd ni zowąd się pojawia, a ja zaskoczona na niego wpadam. Generalnie nie lubię wpadać na ludzi.
Dziewczyna trzyma w ręce moją torbę i podaje mi ją.
- Nigdy jeszcze nie słyszałam tak wspaniałego głosu.
Zarzucam torbę na ramię i uśmiecham się.
-Ani nie widziałam ciebie tak zadowolonej- dodaje.


Wychodzimy ze szkoły zaraz po apelu, mam więc bardzo dużo wolnego czasu. Aż nadto. Co mogłabym z nim zrobić?
Idę po parku, a słońce przyjemnie świeci. Jestem jedną z nielicznych osób, które są tu o tak wczesnej porze. W oddali jakaś młoda para uprawia jogging, a niedaleko nich starszy pan spaceruje z labradorem. Nie powinno się przychodzić do parku miejskiego z psem. Chwila moment… Pies.
Odwracam się na pięcie i wychodzę z parku. Nie zważając na samochody przebiegam na drugą stronę ulicy. Kierowcy natychmiast komentują to koncertem klaksonów. Szkoda, że są rozważni wtedy,gdy nie trzeba.
Wchodzę do najbliższego spożywczaka i kupuję małą puszkę karmy dla psa i kawałek najtańszej kiełbasy. Wydaję na nie moje ostatnie pieniądze. Wiem jednak, że postępuję właściwie.
Doskonale wiem, jakie to uczucie, gdy nikt nie chce ci pomóc, bo jesteś gdzieś na skraju warstw społecznych. Sama też wiele razy chodziłam głodna.
I wiele razy głodna jeszcze będę.
Szybko pojawiam się w wąskiej uliczce. Kartony nadal tutaj leżą. Siadam na krawężniku naprzeciwko nich. Nie mam niczego ostrego, jednak udaje mi się oderwać kawałek kiełbasy. Upada na jakieś 20 centymetrów przed pudełkiem. Mija może 10 sekund, a wychyla się z niego mały, różowy nosek.
Nie oczekuję, że wyjdzie po jedzenie. Podejrzewam, że ktoś się nad nim w jakiś sposób znęcał. Może jego poprzedni właściciel, a może jakieś dzieci podczas jego podróży na ulicę.
Nosek  z powrotem chowa się w kartonie.
Nie zraża mnie to. Postanawiam ciągle siedzieć w tym miejscu.
W przeciągu następnych dwóch godzin pies kilka razy wyjrzał z pudła. Jest taki słodki kiedy udaje takiego małego detektywa próbującego ustalić kim jestem i dlaczego tu siedzę.
Jestem dokładnie taka jak ty piesku.
Następnego dnia zaglądam do psa jeszcze przed szkołą. Sprzątam wczorajszy kawałek kiełbasy i rzucam nowy.
W szkole nie dzieje się absolutnie nic interesującego. Wszyscy żyją swoim życiem i są pochłonięci swoimi sprawami. Szara monotonia dnia codziennego.
Moja została właśnie urozmaicona przez to małe niebieskookie stworzonko.
Po szkole od razu jestem przy nim. Sama nie wiem,dlaczego tak mocno się w to angażuję.
Trzy dni później uświadamiam sobie, że chcę go uchronić od zła społeczeństwa. Tak bardzo, jak tylko jest to możliwe. Może jest to spowodowane moją samolubnością. Może chcę zatrzymać wszelkie cierpienie tylko dla siebie.
Tego samego dnia, gdy zjawiam się po południu jedzenie zostawione dla psa po raz pierwszy znika.
Następnego dnia wzięłam ze sobą książkę ” Charlie” Stephena Chbowsky’ego. Książka jest w dość dobrym stanie jak na miejską bibliotekę. Może dlatego, że niewiele osób ma pojęcie o istnieniu takiej książki. A szkoda.
Książka ma postać listów dzięki czemu podczas lektury możemy wyobrazić sobie, że jesteśmy ich adresatem. Jest tutaj też naprawdę dużo interesujących cytatów.
Moje oczy powoli śledzą tekst linijka po linijce.

„Nie wiem, czy kiedykolwiek tak się czułeś. Jakbyś chciał przespać tysiąc lat. Albo po prostu przestać istnieć. Albo nie mieć świadomości, że istniejesz. Czy coś w tym rodzaju. Wiem, że to trochę nienormalne, ale właśnie tak się czuję, kiedy to się zaczyna. Dlatego staram się nie myśleć. Chcę, żeby to wszystko przestało wirować wokół mnie”

Sama nie wiem dlaczego, ale na chwilę unoszę głowę sponad tekstu. Mój futrzasty przyjaciel na moich oczach ze smakiem zjada zostawioną mu karmę.
Kończy i spogląda na mnie oczami niebieskimi, jak niebo w najbardziej pogodny dzień w roku.
Wyciągam do niego rękę, a on powoli podchodzi do niej. Opuszczam dłoń na głowę psa, po czym powoli przejeżdżam po jego mięciutkim futerku.

17 listopada 2013

Rozdział V

Cichy dźwięk suwaka mojej torby. Wychowawczyni kończy prowadzić lekcję kilka minut przed dzwonkiem. Niestety jej nadzieja na spędzenie chwil w ciszy jest złudna.
Bartek odwraca się do mnie i Filipa.
-  Możemy dziś nie robić próby? - pyta. - Mam dziś mecz, muszę jeszcze iść na trening.
Bartek od 7 roku życia trenuje piłkę nożną. Chciał iść do liceum sportowego, jednak z powodu zbyt małej ilości chętnych klasa o profilu piłkarskim nie utworzyła się. Mimo wszystko zdolności chłopaka zostały docenione. Przyjęto go do drużyny reprezentującej nasze miasto. Oczywiście tylko do rezerw, ma przecież dopiero 16 lat.
- Żaden problem- odpowiada Filip.
- A może przyjdziecie na mecz? - proponuje Bartek. Kątem oka widzę, że Daria siedząca w przedostatniej ławce w rzędzie od okna przygląda się nam i najwyraźniej przysłuchuje.
- Dobry pomysł- mówi Kuba. Poprawia włosy i spogląda na mnie. - Ale chyba bez Ady, dziewczyny raczej nie przepadają za piłką nożną.
Z reguły tak jest. Jednak ja  mam brata, dla którego muszę być jak ojciec.
- Muszę cię zmartwić. Ja akurat bardzo lubię piłkę nożną.
- To świetnie. No to spotykamy się przed 17 pod stadionem- kwituje Filip. Dzwoni dzwonek, a wychowawczyni życzy nam miłego weekendu. Wychodzę z klasy i idę do szafki. Drzwi pozostałych sal lekcyjnych otwierają się i rozweseleni uczniowie wylewają się na korytarz. Panuje gwar, jednak Daria dogania mnie dość szybko.
- Mogę iść z wami? - dyszy lekko i patrzy na mnie oczami pełnymi nadziei.
- Ale gdzie? - pytam, mimo że doskonale znam odpowiedź.
- No na ten mecz- jest zakłopotana. Nie patrzy na mnie tylko na czubki swoich butów. - Też lubię oglądać piłkę nożną, tylko nie mam z kim chodzić na mecze…
- Okej.
- Naprawdę!? - momentalnie podnosi głowę a na jej twarzy pojawia się uśmiech.
- Jasne. Bądź przed 17 pod stadionem.
Szybko przytakuje głową i prawie biegiem kieruje się do szatni. Chyba bardzo zależało jej na moim pozwoleniu.
W domu wita mnie odór piwa. Chrapie tak głośno, że nie muszę martwić się, że mnie usłyszy. Idę do kuchni przyrządzam makaron z jajkiem. Nakładam jedzenie na dwa czarne, żaroodporne talerze i pukam do pokoju Maćka. Powoli uchyla drzwi tak, że widzę tylko jego oko.
- Zamawiał pan makaron z dostawą do domu?
Śmieje się. Tylko jego uśmiech ciągle pcha mnie do przodu.
- Oczywiście. Mam też nadzieję, że dotrzyma mi pani towarzystwa przy posiłku.
- Skoro pan nalega- mówię i wchodzę do jego pokoju. Panuje tu porządek, pewnie znowu sprzątał z nudów.
Przez pierwsze kilka minut nie odzywamy się. Spod włosów spoglądam na zatroskaną twarz Maćka. Umie ukrywać swoje emocje przed innymi, ale mnie nie oszuka.
- Jak tam było w szkole? - nie wiem do końca jak powinnam zacząć ten temat.
- Dobrze- odpowiada wymijająco. Charakterystyczne dla większości nastolatków.
- A masz jakieś plany na popołudnie? Spotykasz się z kolegami czy coś w tym stylu?
- Nie- widelcem rozgrzebuje jedzenie na talerzu. - Nie mają czasu.
- A może…
- Dobra, wcale nie chodzi o to, że nie mają dla mnie czasu- przerywa mi. - Nie lubią mnie i chcieli mnie spławić, zadowolona ze szczerej odpowiedzi!? - bierze w dłoń talerz i idzie do kuchni. Jest zły, wręcz kipi ze złości.
Bez dłuższego namysłu odstawiam jedzenie i idę za bratem. Stoi przy oknie, nie odwraca wzroku choć pewnie wie, że do niego przyjdę.
- Przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować- mówię łagodnym głosem i kładę mi dłoń na ramieniu. Odruchowo wzdryga się, nie jest przyzwyczajony do takiej bliskości. Tak samo jak ja.
- To przecież nie twoja wina, że za mną nie przepadają. Może nie jestem dobry w nawiązywaniu przyjaźni.
- Na pewno niebawem się do ciebie przekonają. A jeśli nie, to są skończonymi idiotami.
Idę w grupie kibiców w stronę stadionu. Maciek kurczowo trzyma się mojego nadgarstka, pewnie nie chce się zgubić. Musiałam chwilę przekonywać go do wyjścia, chyba wstydzi się chłopaków.
Na miejscu czekają już na nas Kamil z Piotrkiem. Witamy się i przedstawiam im Maćka.
- O nie- mówi nagle Maciek i chowa się za mną.
- O co chodzi? - nie ukrywam, jestem lekko zdezorientowana.
- Moi koledzy z klasy. Nie chcę, żeby mnie zobaczyli.
Wodzę wzrokiem wokół i w końcu to widzę. Niedaleko nas stoi grupka trzech chłopców. Wizualnie niczym praktycznie nie różnią się od Maćka- są tego samego wzrostu i mają podobny styl. Jednak powszechnie wiadomo, że pozory mylą.
- To chodź ze mną, kupimy bilety- proponuje Kamil. Mój brat szybko podchwytuje pomysł i kilka sekund później już stoją na końcu kolejki zaczynającej się przy okienku z napisem „Kasa”
- Czemu unika swoich kolegów? - pyta mnie Piotrek.
- Nie przepadają za nim- mówię po prostu.
- Zaczekaj- mówi chłopak i nim zdążę cokolwiek zrobić już stoi w trzyosobowej grupce chłopców niższych od niego o jakieś 15 centymetrów.
Nie wiem co powinnam zrobić. Powiedzieć Maćkowi, że Piotrek rozmawia z jego kolegami?Zatrzymać Piotrka i skończyć tą rozmowę? Zamykam na chwilę oczy i biorę głęboki wdech. Gdy je otwieram widzę osobę stojąca przede mną.
Jednak nie jest to wysoki brunet z bandaną na głowie. To  niska szatynka z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku.
- Wszystko w porządku? - pyta. Zaprawdę ciekawe powitanie.
- Jasne, jasne- odpowiadam. Z lewej strony nadciąga Piotrek, a z prawej Kamil z Maćkiem. Patrzę na brata, chyba nie zauważył, że Piotrek udał się do jego kolegów. Nie mam pojęcia o czym z nimi rozmawiał, ale chyba nie odniesie to żadnych skutków co do osoby Maćka.
A jednak się mylę.
- Cześć Maciek- mówi najbardziej wysunięty na przód grupy chłopak .Skąd oni się tu tak nagle wzięli?
- Cześć- patrzę na okolicę jego ust. Przygryza wargę. Wiem, że jest zdenerwowany.
- Masz ochotę z nami obejrzeć mecz?
- Serio? - od razu jego twarz promienieje.
- Jasne, lepiej się poznamy i miło spędzimy czas.
Maciek spogląda na mnie wyczekująco. Nie mogę mu przecież zabronić.
- Baw się dobrze- mówię tylko i patrzę jak powoli znika w tłumie. - Co ty im powiedziałeś? - zwracam się do Piotrka.
Chłopak tylko uśmiecha się tajemniczo.
- Niech to będzie moja słodka tajemnica.
Delikatnie staję na palcach i całuję go w policzek.
- Dziękuję.
Jesteśmy już całą naszą grupą, więc przechodzimy przez bramki i idziemy zająć miejsca na trybunach. Siadamy w  pierwszym rzędzie, żeby dobrze widzieć murawę. Po chwili na boisko wychodzą zespoły. Odnajduję wśród nich chłopaka w fioletowych mercurialach. On także znajduje nas wśród miejsc na widowni i uśmiecha się znacząco. Może to znak, że będzie grał właśnie dla nas. Nie licząc Darii, chyba wcale jej nie zauważył, co zasmuciło moją towarzyszkę.
Mecz rozpoczyna się. Walka jest zacięta, pierwsza połowa kończy się remisem 1:1.
Wraz z początkiem drugiej połowy meczu atmosfera na trybunach znacząco się podnosi. Kibicie wykrzykują okrzyki zagrzewające drużyny do walki. Każdy zły ruch jest krytykowany, pomyłka wyśmiewana. Kiedy w 88 minucie spotkania dochodzi do brutalnego faulu naszego zawodnika, w sektorze, w którym siedzimy podnosi się wrzawa. Sędzia natomiast „nagradza” to żółtą kartką.
- Tylko żółta!? - krzyczę zdenerwowana. - To zasługiwało tylko i wyłącznie na czerwoną, nie sądzisz? - spoglądam na Darię, która jest chyba najbardziej opanowanym kibicem na stadionie.
- Tak, tak, masz rację.
Może nigdy nie byłam zbyt dobra w kontaktach międzyludzkich, jednak zawsze potrafiłam trafnie odczytać intencje człowieka.
- Nie znasz się na piłce nożnej i za nią nie przepadasz, prawda?
Na początku jest lekko zmieszana, ale zaraz przyznaje się bez bicia.
- Prawda. Chciałam po prostu pooglądać Bartka, a dziwnie było mi tu przyjść samej. Wiesz, on mi się bardzo podoba…
Nie odpowiadam na to, bo jej obiekt westchnień właśnie przygotowuje się do wykonania karnego. Trzymam za niego kciuki i patrzę jak z lekkiego rozbiegu uderza w piłkę,która ląduje prosto w bramce. Okrzyk radości niesie się przez trybunę. Wygraliśmy.
Po meczu chłopaki i Daria rozeszli się do domów, a ja czekam na Bartka, wracamy bowiem w tę samą stronę. Po chwili wychodzi z innymi członkami drużyny. Widać, że są od niego starsi. Przybijają sobie piątki i rozchodzą się, każdy w swoją stronę. Chłopak podchodzi do mnie i ruszamy w stronę domu.
- Gratuluję strzału, był świetny- mówię po chwili.
- Dziękuję.
Przez pewien czas idziemy w milczeniu. Jest mi trochę chłodno, więc wkładam ręce do kieszeni.
- Wiesz, to była bardzo duża presja- jego głos niesie się cichym echem po pustej ulicy. - Bałem się, że coś spieprzę. Ale kiedy przypomniałem sobie, że jesteście na trybunach od razu przybyło mi pewności siebie.
Robi mi się cieplej na sercu, jego słowa są takie miłe. Chyba wreszcie znalazłam tych właściwych przyjaciół. 
Kolejne 10 minut drogi mija w przyjemnej atmosferze. Bartek stwierdził, że mnie odprowadzi. Jesteśmy już kilka uliczek od mojego bloku, kiedy słyszę dziwny odgłos. Zatrzymuję się i uciszam chłopaka. Słyszę cichy chrobot z kartonowego pudełka leżącego nieopodal. Ponadto, pudełko rusza się. Zbliżam się do niego i widzę niedużego pieska rasy Husky. Wyciągam do niego rękę, ale on groźnie warczy, momentalnie więc ją cofam. Chyba boi się ludzi, ma chyba jakąś traumę.
- Co tutaj robi taki drogi, rasowy pies? - dziwi się Bartek i rzuca mu swoją kanapkę. Pies nawet nie raczy na nią spojrzeć. - Dziwne, że ktoś by go wyrzucił.
- Racja, dziwne… - mówię i jeszcze raz przyglądam się psu.

09 listopada 2013

Rozdział IV

Powoli muskam klawisze pianina. W czterech ścianach odbija się melodia „ Give me love” Eda Sheerana.
Jest spotkanie naszego kółka muzycznego. Kończymy właśnie próbę na apel z okazji dnia nauczyciela.
Bartek stroi gitarę, a Piotrek ostatni raz czyta cały tekst piosenki.
- Wybrałaś świetny utwór- mówi po chwili. - Tekst jest taki prawdziwy. Mówi o tym, że złe rzeczy przytrafiają się dobrym  ludziom, jak na przykład ta nieszczęśliwa miłość…
- Prawda- przerywa mu Kamil. - Często dobrzy ludzie bardzo cierpią. Moja nauczycielka w szkole muzycznej opowiadała mi kiedyś o swojej sąsiadce. Jest w naszym wieku i przychodzi do niej po sąsiedzku na lekcje gry na pianinie i śpiewu. Ma ponoć niesamowity talent, moja nauczycielka mówiła o niej jak najlepsze rzeczy. Niestety jej ojciec parę lat temu stracił pracę i sens życia. Zaczął pić i bić swoją żonę i dzieci. Jest też u nich nie najlepsza sytuacja materialna. Nazywa ją takim cierpiącym aniołem, bo mimo tych wszystkich przeciwności losu jest najwspanialszą osobą jaką zna.
Przestaję grać, bo tłumione łzy sprawiają, że nie widzę praktycznie nic. W końcu nie wytrzymuję, a strumienie bólu spływają po moich policzkach. Bartek przestaje stroić gitarę i wszyscy kierują swoje spojrzenia na mnie.
Ocieram oczy, z pewnością wyglądam teraz żałośnie. Staram się podnieść kąciki ust tak, żeby stworzyły uśmiech.
- Wiecie, to takie dziwne usłyszeć opinię swojej sąsiadki z ust innej osoby.
Przez cały weekend nie miałam kontaktu z chłopakami. Nie wiem, jak przyjęli moje piątkowe wyznanie, zaraz po tym opuściłam ich.
Tak czy siak musiałabym im kiedyś powiedzieć. Może to lepiej, że dowiedzieli się na początku naszej znajomości, mają jeszcze okazje się wycofać.
Przychodzę do szkoły znacznie wcześniej, naprawdę nie mam po co siedzieć w domu z ojcem. Siadam na ławce przed głównym gmachem budynku. Wokoło  mnie są tylko pojedyncze złotawe liście. Lubię jesień, jest wtedy tak ładnie.
Podnoszę z ziemi jeden z liści i dokładnie mu się przyglądam. Licze jego nerwy po czym podnoszę go do wschodzącego słońca.
Czuję nagłe przybycie ciężaru na ławce. Mogłam nie siadać na jej środku.
- Jak się czujesz? - pyta stojący na wprost mnie chłopak. Nie widzę jego twarzy, bo jest przysłonięta trzymanym przeze mnie liściem. Opuszczam go i orientuję się, że to Bartek.
- Dobrze.J ak zawsze.
- A tak poważnie? - mówi siedzący koło mnie Filip.
- Poważnie, kiedy wychodziłam ojciec spał, więc… - nie kończę. Może nie chcę, a może nie potrafię.
- Przykro nam z powodu two…
- Nie- przerywam Filipowi. - Nie musi wam być przykro. Przecież to nie wasza wina, że mam takiego ojca, a nie innego. Z resztą, to bez znaczenia. Przez 6 lat można się przyzwyczaić do tego wszystkiego.
Zapada cisza. Patrzę to na Filipa, to na Bartka. Nie wiem, czy to znak, że powinnam już pójść i zostawić ich w spokoju. Raz na zawsze.
Wstaję z ławki i robię krok do przodu, gdy ktoś łapie mnie za nadgarstek. Wzdrygam się i odruchowo wyszarpuję z uścisku.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć- mówi Bartek. - My nie skreślimy cię z powodu twojej rodziny.
Zakładam trampki i wychodzę na klatkę schodową. Od razu otwierają się przede mną drzwi naprzeciwko. Lubię wtorki takie jak ten,kiedy znów widzę tą uśmiechniętą twarz.
Wchodzę do znanego mi mieszkania i od razu przybiega do mnie czarno-biały zwierzak.
- Cześć Mruczku, tęskniłeś? - nie jest to może wyjątkowe imię dla kota, ale to taka kochana istotka. Przykucam i głaszczę go, a Mruczek mruczy z zadowoleniem. On jako jedyny za mną tęskni.
Opuszczam kota i idę do salonu pani Krzyżanowskiej. Sąsiadka przeszukuje stos kartek leżących na małym biurku. Siadam na białym, skórzanym taborecie. Wiem, że zejdzie jej chwila z szukaniem nut.
- No to opowiadaj, jak tam w szkole?
- Nadal słabo dogaduję się z dziewczynami, za to z chłopakami polepsza mi się kontakt. Nawet dowiedzieli się o mojej sytuacji rodzinnej.
- Naprawdę? - pani Krzyżanowska na chwilę odrywa się od poszukiwań. To takie miłe z jej strony, że troszczy się o mnie bardziej, niż moja własna matka. - I jak zareagowali?
- Powiedzieli, że nie zniechęca to ich do mojej osoby i , że zawsze mogę na nich polegać. Dziwne, prawda?
- Wcale nie, kochana. To prawidłowa reakcja. Najwidoczniej wreszcie poznałaś kogoś, kto jest dojrzały i tolerancyjny na tyle, że jest w stanie cię zaakceptować- pani Krzyżanowska wreszcie odnajduje właściwy zapis nutowy. Siada na takim samym taborecie jak ja i przysuwa się do mnie i pianina. - Kto wie, może wyniknie z tego coś więcej? Na przykład taki Kamil pasowałby do ciebie.
Śmieję się. Pierwszy szczery śmiech od dawna.
- No co? Musisz przyznać, że to przystojny chłopak. Jest zdolny, ale leniwy… Ale ja go jeszcze przywołam do pionu! - kobieta też się śmieje.
- Chciałabym znowu mieć przyjaciela. Wolałabym to, niż jakieś randki.
- Zobaczymy, zobaczymy… Pewnie niebawem, któryś z nich zawróci ci w głowie, a wtedy wspomnisz moje słowa.
Lubię ten dystans do życia i poczucie humoru pani Krzyżanowskiej. Jest to jedyna miła dla nas sąsiadka w całym bloku. Inni traktują nas jak margines społeczeństwa.
Nie rozumiem, jak jej mąż mógł ją zostawić, a dzieci urwać z nią kontakt. Mogłabym powiedzieć o niej równie dobre rzeczy, co ona o mnie. Mimo to jest samotna. Od kiedy zaproponowała mi darmowe lekcje pianina i śpiewu ma tylko mnie i Mruczka.
- Jakiej piosenki będę się uczyć teraz? - pytam.
- Ten utwór wybrał specjalnie dla ciebie Kamil.
- Kamil? - dziwię się. Po co miałby wybierać mi piosenkę do nauki?
- Tak. Stwierdził, że ta piosenka do ciebie pasuje i chciałby usłyszeć ją w twoim wykonaniu- przed oczami mam już zapis nutowy i tekst piosenki „Tam gdzie ty”
- Chyba nie chcesz go rozczarować? - pyta zadziornie kobieta.
- Skądże- mówię z uśmiechem.
- To świetnie. Zacznijmy od ćwiczenia śpiewu...

26 października 2013

Rozdział III

Miarowe tykanie zegara miesza się z wybijanym przez ołówek rytmem. Ostatnie minuty fizyki dłużą mi się niemiłosiernie. W końcu dzwoni dzwonek, a ja momentalnie zrywam się z miejsca. Szybko pokonuję dystans do mojej szafki, biorę tylko potrzebne rzeczy i idę w kierunku wyjścia. Zależy mi, żeby zdążyć na wcześniejszy tramwaj. Idę po ścieżce prowadzącej do bramy, kiedy słyszę, że ktoś mnie woła. Odwracam się i widzę niewysoką szatynkę Darię.
Jest całkiem w porządku. Jej rodzice pracują w bardzo dobrze prosperującej firmie. Nie oszukujmy się: jest bogatą jedynaczką. Mimo wszystko nie wywyższa się z tego powodu. Zachowuje się normalnie, jak wszyscy. Jest jedyną dziewczyną z klasy, z którą jak na razie się dogaduję. To trochę dziwne, że osoby z tak diametralnie różnych światów mogą znaleźć wspólny język.
- Znalazłabyś dziś dla mnie czas? - pyta. Ma w swojej osobie coś, że nie mogę jej odmówić.
- Umówiłam się już z bratem, że pojedziemy do galerii...
- To akurat dobrze się składa, bo tez chciałam się tam z tobą udać. Nie będę wam przeszkadzać?
- Nie no, co ty- uśmiecham się i umawiam z Darią na 16:00 pod galerią.
Za piętnaście trzecia jestem już na znajomym mi osiedlu. Bloki są tu naprawdę zniszczone, jednak nie zapowiada się na ich wyremontowanie. Bezgłośnie wbiegam na drugie piętro i ze skrzypnięciem otwieram drzwi do mieszkania. Wchodzę do środka i zamykam je za sobą. Otwieram usta żeby poinformować Maćka o moim powrocie. Robię krok do przodu i potykam się o znoszone buty rozmiar 43. Zamykam usta równie szybko, jak je otworzyłam. Idę do kuchni i otwieram lodówkę. Półki są prawie puste, mam nadzieję, że mama zrobi jakieś zakupy. Jak na razie muszę zadowolić się zwykłym jogurtem. Idę z „obiadem” do pokoju Maćka.
- Jadłeś coś? - pytam i odgarniam mu włosy z czoła.
- Tak- mówi i nerwowo rzuca głową na prawo i lewo, żeby jego fryzura wróciła do poprzedniego stanu.
- To dobrze- spoglądam na jego postawę. Jest zdecydowanie za chudy. Nie dziwię się, że ludzie kierujący się tylko wyglądem wyzywają go od anorektyków.
Zegar z kukułką w salonie oznajmia godzinę piętnastą. Idziemy do przedpokoju i zakładamy nasze czarne conversy, które dostaliśmy od cioci.
Ciocia Marta mieszka w małym angielskim miasteczku. Ma dobrze płatną prace i jest singielką z wyboru. Gdyby mama też podjęła taką decyzję, może teraz nie cierpiałaby tak bardzo.
Co jakiś czas przysyła dla mnie i Maćka paczkę z ubraniami albo jakimiś rzeczami. Co miesiąc przesyła nam też pieniądze na opłacenie rachunków. Mimo, że nie zawsze pieniądze idą na to, na co powinny to i tak dzięki cioci możemy w miarę godnie żyć.
A propos godnego życia słyszę basowy głos dobiegający z salonu.
- Wychodzicie gdzieś? Kupcie mi w takim razie piwo.
Wzdrygam się na sam jego dźwięk, a Maciek kurczowo łapie mnie za rękę.
- Wychodzimy- mój głos drży. - Ale… ale nie kupimy ci piwa.
Maciek coraz mocniej ściska mnie za nadgarstek. Widzę masywną rękę, która podnosi pustą butelkę i ciska nią w ścianę tuż obok nas. Krzyżuję ręce, aby ochronić twarz przed odłamkami szkła. Odsłaniam twarz i patrzę na lekko poharatane nadgarstki. Maciek szybko biegnie do łazienki, bierze bandaż w rękę i wybiegamy z mieszkania. W drodze na przystanek owijamy nasze nadgarstki bandażem i zaciągamy na nie rękawy bluz. No bo przecież nikt nie może się o tym dowiedzieć.
Daria punktualnie pojawia się na miejscu spotkania. Od razu wchodzimy więc do galerii. Kierujemy się do croppa, zamierzamy najpierw załatwić sprawę z bluzą dla Maćka. Szatynka postanowiła pomóc nam wyborze.
 - A co sądzicie o tej? - mówi i podaje mi wieszak z zieloną bluzą.
 - Racja, jest fajna- odpowiadam i przeglądam pozostałe bluzy z tego fasonu. - Niestety wszystkie są za duże- kłamię i odwieszam bluzę.
W ten sposób odrzucam też parę innych bluz. Daria jest lekko zawiedziona, ale nie mogę jej powiedzieć, że nie stać nas na tak drogą bluzę. Idziemy do house’a i tam kupujemy czerwoną bluzę z grubymi, białymi sznurkami. Po wyjściu ze sklepu wciskam Maćkowi część pieniędzy w dłoń.
 - Masz, kup sobie coś do jedzenia- szepczę mu do ucha. Uśmiecha się tym swoim wiecznie smutnym uśmiechem i zostawia mnie z Darią.
- Tak więc jaką sprawę chcesz załatwić? - pytam moją towarzyszkę.
- Potrzebuję ubrania na jutrzejszą dyskotekę. Masz fajny styl, wiem, że pomożesz mi wybrać coś fajnego.

Po długich namowach Darii dwa dni później jestem pierwszą osobą, która przyszła na szkolną dyskotekę z okazji dnia chłopaka. Moje zadrapania na rękach są już praktycznie niewidoczne, dlatego mogłam założyć koszulkę z krótszym rękawem. Zdecydowałam się na czarną bluzę z rękawami trzy czwarte i krzyżem z stylu galaxy. Dość dobrze wygląda to z fioletowymi rurkami i czarnymi conversami, które też mam na sobie. Idę do szatni, gdzie ma się odbyć dyskoteka. Okna są zasłonięte, ale i tak jest jeszcze dość jasno. Po podłodze wiją się kable, a reflektory są zawieszone na ścianach. Podchodzę do sylwetki stojącej za stołem DJ’a i staję na palcach, żeby zasłonić mu oczy. W bezruchu trwamy w tej pozycji.
- Wiem, że to ty Ada- mówi po chwili. - Poznaję po tych twoich ładnych perfumach.
Odsłaniam więc jego oczy. Chłopak odwraca się do mnie i w słabym oświetleniu dostrzegam dobrze mi znane rysy twarzy Kuby.
- Nie chwaliłeś się, że dorabiasz sobie jako DJ- śmieję się.
- Bo w zasadzie nie dorabiam. Znam się trochę na tym, więc zaoferowałem się do pracy DJ’a- mówi podłączając jakieś kable do głośników. - A ty co tu robisz? Przecież mówiłaś, że nie przyjdziesz bo nie lubisz dyskotek.
- Nadal tak jest. Daria mnie namówiła, ale nie wiem czy dobrze zrobiłam…
- Jasne, że dobrze zrobiłaś. Przyda mi się pomocniczka do wyboru piosenek.
O 17 dyskoteka zaczyna się. Po jakimś czasie dostrzegam Darię tańcząca w gronie innych dziewczyn z klasy. Uśmiecham się sama do siebie, naprawdę do twarzy jej w sukience, którą jej wybrałam. Wygląda tak beztrosko, gdy wiruje na parkiecie. Jest piękna na swój własny sposób.
Niedługo do mnie i Kuby dołącza reszta naszej paczki, czyli pozostali chłopcy z mojej klasy. W szóstkę dbamy, aby cała szkoła dobrze się bawiła. Nieoczekiwanie Bartek podchodzi do mnie.
- Chodź, też powinnaś się trochę rozerwać-  mówi i łapie mnie za nadgarstki. Co prawda nie bolą mnie już, mimo wszystko odruchowo się wzdrygam.
Mimo mojego protestowania chwilę później już jesteśmy na „parkiecie” wśród innych osób. Zaczynamy tańczyć, a niedaleko nas są dziewczyny z naszej klasy, w tym Daria.
Tańczymy, a ja próbuję zatracić się w muzyce. Chwilowo nie myślę o tym, czy mama wróciła już do domu, czy Maciek musi ukrywać się przed naszym tyranem i czy tyran zalega na kanapie w salonie. Odcinam się od wszystkich myśli, jestem teraz kimś innym.
Chciałabym tylko nie widzieć spojrzeń rzucanych przez dziewczyny z klasy. Nawet przez Darię.

19 października 2013

Rozdział II

Otwieram szafkę i wkładam tam strój na wf i jak na razie niepotrzebne mi książki. Wyjmuję telefon z kieszeni, aby go wyciszyć i sprawdzić godzinę. Jest 7:55 co oznacza, że za chwilę rozpoczyna się moja pierwsza lekcja w tym roku szkolnym. Zamykam z  trzaskiem szafkę i idę prosto korytarzem Dziś jest tu pełno ludzi, nie to co wczoraj. Na drugie piętro dochodzę dość szybko i , o dziwo, z łatwością odnajduję salę numer 10. Idę w jej kierunku, jednak zatrzymuję się w pewnej odległości od mojej nowej klasy. Dziewczyny rozmawiają ze sobą, a chłopaków nie widać na horyzoncie. Czekam. Mija jakaś minuta a po korytarzu niesie się dźwięk dzwonka. Do drzwi sali numer 10 podchodzi wysoka blondynka po czterdziestce.
Wybrałam klasę o profilu humanistycznym. Jest w niej aż 21 dziewczyn. Nieparzysta liczba. Wiem, że to ja jestem tą, która będzie musiała siedzieć sama. Wejście do sali utrzymuje mnie w tym przekonaniu. Wszystkie dziewczyny dobrały już się parami i zajęły miejsca. Po prostu je mijam i siadam w ostatniej ławce w środkowym rzędzie. Schylam się, żeby wyjąć zeszyt i piórnik.
- Mogę się dosiąść? - słyszę nagle.
Podnoszę głowę  i widzę wysokiego ciemnowłosego chłopaka , o oczach błękitnych jak czysta rzeka. Dziwne. Przez całe gimnazjum siedziałam sama i nie miałam żadnych przyjaciół. Wszyscy skreślili mnie, ponieważ należę do innej warstwy społecznej. Tej gorszej. No tak, przecież on nic nie wie! Myśli, że jestem taką samą dziewczyną jak pozostała dwudziestka. Wszyscy teraz tu tak myślą, muszę tylko utrzymać ich w tym przekonaniu.
- Jasne- odpowiadam i uśmiecham się.
Odsuwa krzesło i siada obok mnie. W wolnej ławce przed nami siada brunet i szatyn, a po ich lewej stronie, w ławce pod ścianą dwóch ciemnowłosych chłopaków, w tym jeden z bandaną na głowie. Najwyraźniej w klasie nie  ma żadnego blondyna. Dziewczyny są chyba zawiedzione, większość z reguły lubi jasnowłosych osobników. Dla mnie nie ma to większego znaczenia.
- Jestem Filip- mówi mój kompan z ławki. - A to jest Kuba, Bartek, Kamil i Piotrek. A ty to...?
- Ada. Po prostu Ada.
 ♥ ♥ ♥ 
Mija właśnie tydzień od rozpoczęcia nauki. Moje siniaki na nogach się zagoiły, mogę więc ćwiczyć w krótkich spodenkach. Moją chudą sylwetkę tłumaczę codziennym bieganiem. Wszystkie dziewczyny mi wierzą. Jak zawsze.
Moja wychowawczyni, polonistka pani Adamska wydaje się być wyrozumiała dla swoich wychowanków .Jest dość młoda, sądzę, że z łatwością znajdziemy wspólny język. Na pierwszej lekcji wychowawczej poinformowała nas, o zajęciach dodatkowych. Każdy z nas ma obowiązek przyłączyć się do jakiegoś kółka zainteresowań.
Stoję właśnie przed korkową tablicą i czytam listę kółek.
Jak na razie nie mam najlepszego kontaktu z dziewczynami z klasy .Chyba za bardzo się od siebie różnimy. Jednak z tego co wiem, wszystkie wybrały już zajęcia dodatkowe.
Mija pięć minut i w końcu wiem, że chcę należeć do kółka muzycznego. Pierwsze spotkanie ma być po lekcjach.
Po ostatnim moim dzwonku idę do szafki, po czym udaję się na ostatnie piętro i staję pod drzwiami sali numer 20. Kładę dłoń na klamce, jednak jej nie naciskam. Nasłuchuję. Słyszę donośny śmiech. Liczę do dziesięciu i naciskam klamkę.
Otwieram drzwi z rozmachem i widzę Filipa, Kubę, Bartka, Kamila i Piotrka ode mnie z klasy. Ciągle się śmieją. Nie zauważyli mnie mimo mojego spektakularnego wejścia. Może pomyliłam sale, mam jeszcze okazję się wycofać.
- Ty też przyszłaś zapisać się do kółka muzycznego?
Za późno. Muszę teraz wejść.
- Tak- odpowiadam i wchodzę do środka delikatnie zamykając za sobą drzwi.
- Siadaj w takim razie- mówi Kamil i przesuwa się robiąc mi miejsce na blacie ławki.
Siadam, a drzwi od razu otwierają się. Wysoki chłopak w skórzanej kurtce i glanach prezentuje się naprawdę nieźle. Jego włosy są postawione na żel, coś na wzór nieudanego irokeza. Ma okulary przeciwsłoneczne o dużych szkłach. Zdejmuje je, by lepiej nam się przyjrzeć
- Wy naprawdę chcecie należeć do tego kółka? - pyta szczerze zdziwiony.
- Skoro tu przyszliśmy, to raczej tak- odpowiada Piotrek.
- Dziwne, że przyszło tutaj aż sześć osób. No nic, chcę wam powiedzieć, że nie prowadzę tego kółka w tym roku. Po prostu jest zbyt mało chętnych. Przepisuję się do kółka teatralnego, a wy... A wy róbcie co chcecie- mówi wyniosłym tonem, obraca się na pięcie i wychodzi.
Cisza. Chyba muszę poszukać sobie innego kółka.
- Więc co robimy? - pyta Kuba.
- No jak to co? - odpowiada zdeterminowanym tonem Filip. - Rozkręcamy to kółko sami.

14 października 2013

Rozdział I

Budzik dzwoni punktualnie o 7:30. Niechętnie wstaję z łóżka. Wychodzę na korytarz i od razu podążam do łazienki. Obmywam twarz, by pozbyć się resztek snu z powiek. Spoglądam w lustro, w drzwiach widzę mojego młodszego brata Maćka.
- Ja robię śniadanie, a ty prasujesz ubrania? - pyta.
- Jasne- odpowiadam i odwracam się żeby wziąć żelazko z półki.
Rozstawiam deskę do prasowania po czym idę po naszykowane już wczoraj ubrania. Prasuję koszulę i spodnie dla brata oraz czarną sukienkę dla mnie. Ledwie kończę, a Maciek już woła mnie na śniadanie. Wyłączam więc żelazko i idę do salonu.
Jesteśmy sami przez co możemy zjeść śniadanie w spokoju. Mama już poszła do pracy, a tata... właściwie nie wiem, co teraz robi. Nie jestem pewna, czy wrócił na noc do domu. Ale to nie jest teraz ważne. Szybko sprzątamy po posiłku i idziemy kontynuować nasze przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego. Ubieram sukienkę i baletki, następnie układam włosy. Co za szczęście,że są naturalnie proste. Wykonuję lekki makijaż, zarzucam sweter na ramiona i biorę torebkę. Na korytarzu czeka już Maciek.
- Łał, świetnie wyglądasz- mówi. Czuję się dziwnie słysząc od niego taki komplement.
- Ty także- odpowiadam i czochram jego włosy. Wiem,że bardzo tego nie lubi.
Rzuca mi jeszcze jedno nienawistne spojrzenie, po czym wychodzi na klatkę schodową. Id/ę tuż za nim i zamykam drzwi do mieszkania. Odwracam się, a on wciąż poprawia swoją rozczochraną przeze mnie fryzurę. Śmieję się w duchu i razem idziemy na przystanek.
Tramwaj przyjeżdża punktualnie, przez co pod Publicznym Gimnazjum nr 2 jesteśmy już o 8:30. Chwilę stoimy w ciszy i podziwiamy potężny gmach budynku.
-Powinnaś już iść, inaczej się spóźnisz- mówi Maciek i odwraca się w moją stronę. Widzę, że jest zestresowany i lekko markotny. Nie dziwię się mu, w końcu on też zaczyna dzisiaj coś nowego, mianowicie naukę w gimnazjum.
- Ej, nie przejmuj się. Dasz sobie radę i wszystko będzie dobrze. Tylko uśmiechnij się,proszę.
Wzdycha, ale podnosi kąciki ust do góry. Uwielbiam,kiedy się uśmiecha. Wygląda wtedy tak pięknie. W takim momencie nikt nie pomyślałby ile bólu mógł doświadczyć ten trzynastolatek.
- Trzymam za ciebie kciuki-całuję go w czoło i odchodzę.
- Ja za ciebie także- woła za mną. Nie dziękuję ,chociaż czuję, że Jego wsparcie mi się przyda.
Do mojego nowego liceum dochodzę na pięć minut przed dziewiątą. Wchodzę do środka  i idę za strzałkami prowadzącymi na salę gimnastyczną. Idę opustoszałym korytarzem, pozostali uczniowie pewnie już zajęli swoje miejsca. Spoglądam na rzędy szafek szkolnych. Ciekawe która z nich będzie moja.
To liceum to zwykły ogólniak, jednak jest tu niezbyt dużo uczniów. Dlatego są tutaj szafki rodem z ameryki. Szkoła nie ma co prawda najlepszej opinii, jednak nie stać mnie na naukę w prywatnej szkole. Co prawda ciocia chciała opłacić mi lepsze liceum, ale nie mogłam się na to zgodzić. I tak mam już u niej spory dług wdzięczności.
Wchodzę przez szerokie drzwi. Sama nie wiem, ilu uczniów jest na sali gimnastycznej. Trzystu? Czterystu? Trudno mi się odnaleźć w tym gwarze. Powoli, kawałek po kawałku, spojrzeniem badam pomieszczenie. Na drugim końcu widzę dużą, prostokątną tabliczkę z napisem „Ia”. Myślę ,jak niezauważenie się tam dostać. Nie jest to chyba możliwe, musze przejść przez środek sali. Biorę głęboki wdech i szybko idę do mojej nowej klasy. Siadam na pierwszym krześle z brzegu i słyszę cichy trzask mikrofonu. Dyrektor zaczyna przemówienie.

Prolog

Siedzę w swoim pokoju i wyglądam przez okno. Kolejny dzień z rzędu słońce mocno praży. Na horyzoncie pojawia się dobrze znana mi sylwetka mężczyzny. Pewny siebie stąpa po skąpanym w promieniach chodniku. Wstaję i cicho idę do przedpokoju. Przez uchylone drzwi zaglądam do salonu, szybko jednak się wycofuję. Mój tyran jeszcze śpi, nie chcę go zbudzić.
Po klatce niesie się szczekanie psa tej dewoty spod jedenastki. Wychodzę przed drzwi, wiem, że mój gość jest już blisko. Na widok jego promiennej twarzy mimowolnie się uśmiecham. Jak zwykle daje mi papiery do podpisania, po czym wręcza mi przesyłkę. Ku mojemu zdziwieniu dzisiaj ma dla mnie dwie paczki. Dziękuję mu i chowam się w otchłani mieszkania. Wracam do mojego pokoju i stawiam kartony na łóżku. Uważnie im się przyglądam. Oba są zaadresowane tym samym chwiejnym pismem należącym do mojej cioci. Jedna jest znacząco większa od drugiej.
Ciche skrzypnięcie drzwi. Odwracam się, mimo że dobrze wiem kto przyszedł. Widzę cień uśmiechu na jego twarzy. Jak zwykle cieszy się na samą myśl o otrzymaniu prezentu. Spogląda na wierzch większej paczki. Nie ma tam jednak napisanego imienia „Maciek”. Trochę mniej zadowolony bierze mniejsze pudełko i wychodzi z pokoju zostawiając mnie samą.
Biorę nożyczki z biurka i rozdzieram taśmę, którą jest zapieczętowana paczka. Otwieram. Moim oczom ukazuje się koperta. Wyjmuję ją i nosem wciągam woń mocnych damskich perfum. Delikatnie, uważając żeby  nie podrzeć, otwieram ją.
List napisany jest na ozdobnej, bladoróżowej kartce z papeterii. Złożona jest na cztery części. Po chwili wahania rozkładam ją. ”Mam nadzieję,że Maciek nie będzie mieć mi za złe, że dostałaś większą paczkę. Całkowicie uważam, że Ci się należy, w końcu niedługo idziesz do liceum. Głowa do góry, zaczynasz przecież całkiem nowy etap w życiu, Kochana”-czytam. Ma rację. Zaczynam nowy rozdział w moim życiu. Od teraz to ja ustalam zasady gry.
by Heather - Land of Grafic