Rozdział VI
Biała, niesforna sznurówka wije
się po podłodze. Filip ma rację, kiedyś się przez nią zabiję.
Delikatnie stąpam po korytarzu
moimi białymi air force’ami. Wbrew pozorom są naprawdę lekkie i wygodne.
Na salę teatralną wchodzę od
kulis. Krząta się tam spora grupka osób. Dopracowują ostatnie szczegóły. Nic
dziwnego, skoro organizuje to samorząd szkolny to wszystko musi być idealnie, według myśli naszej lekko władczej przewodniczącej.
Wyglądam zza kurtyny. Rozkładane
krzesła coraz szybciej się zapełniają. Za chwilę będziemy zaczynać. To bez
znaczenia, my występujemy na zakończenie.
Równo o godzinie 12 apel
rozpoczyna się. Jest 14 października, zebraliśmy się tutaj więc z okazji dnia
nauczyciela.
Jako pierwsza głos zabiera
przewodnicząca szkoły. Potem kolejne głosy echem roznoszą się po korytarzu. Nie
rozpoznaję żadnego z nich. Nikt się nie wyróżnia.
Może właśnie dlatego poproszono
nas o występ.
Nigdy wcześniej nie wierzyłam w
przeznaczenie. Dopiero teraz, kiedy wychodzę na scenę w naszej niezbyt dużej sali
teatralnej całkowicie to rozumiem.
Natrafienie na pięciu tak
wspaniałych chłopaków nie mogło być przecież przypadkiem.
Odsuwam wyściełany taboret
stojący przy pianinie. Spoglądam na chłopaków. Dają mi sygnał do rozpoczęcia.
Biorę wdech i naciskam pierwsze
klawisze. Przygrywka powoli rozpływa się po sali. Zbliżam się do
mikrofonu, którego statyw jest skierowany tak, bym mogła śpiewać i grać
jednocześnie. Przymykam oczy, a moje wargi prawie muskają sprzęt.
„ Give me love like her
' Cause lately I've been waking up alone”
Śpiewamy przydzielone nam wersy. Idzie
nam tak dobrze, jak na próbach. Dochodzę do końca piosenki, a pianino nie wydaje
już dźwięku. Cisza. Głucha cisza.
Szuranie krzeseł. Chyba wszystkim
śpieszy się do wyjścia, więc i ja powstaję. Jednak coś mnie zatrzymuje na
scenie. Klaskanie. Wraz z owacją na stojąco.
Nauczyciele wpatrują się w nas
jak w obrazek. Znajduję się w centrum uwagi. Tylko tym razem w pozytywnym tego
wyrażenia znaczeniu.
Kłaniamy się i kolejno chowamy za
kulisami.
Nawet tutaj wszyscy gratulują nam
występu. Nawet przewodnicząca jest wniebowzięta.
Opuszczam pomieszczenie i
wychodzę na korytarz. Tutaj mam okazję chwilę ochłonąć. Stąpam po korytarzu z tą
samą co wcześniej delikatnością. Jakby nasz sukces w ogóle nie miał miejsca.
Za rogiem wpadam na Darię. Nie
lubię takich sytuacji, kiedy ktoś ni stąd ni zowąd się pojawia, a ja zaskoczona
na niego wpadam. Generalnie nie lubię wpadać na ludzi.
Dziewczyna trzyma w ręce moją
torbę i podaje mi ją.
- Nigdy jeszcze nie słyszałam tak
wspaniałego głosu.
Zarzucam torbę na ramię i
uśmiecham się.
-Ani nie widziałam ciebie tak zadowolonej- dodaje.
-Ani nie widziałam ciebie tak zadowolonej- dodaje.
♥
♥ ♥
Wychodzimy ze szkoły zaraz po
apelu, mam więc bardzo dużo wolnego czasu. Aż nadto. Co mogłabym z nim zrobić?
Idę po parku, a słońce przyjemnie
świeci. Jestem jedną z nielicznych osób, które są tu o tak wczesnej porze. W
oddali jakaś młoda para uprawia jogging, a niedaleko nich starszy pan spaceruje
z labradorem. Nie powinno się przychodzić do parku miejskiego z psem. Chwila moment… Pies.
Odwracam się na pięcie i wychodzę
z parku. Nie zważając na samochody przebiegam na drugą stronę ulicy. Kierowcy
natychmiast komentują to koncertem klaksonów. Szkoda, że są rozważni wtedy,gdy
nie trzeba.
Wchodzę do najbliższego
spożywczaka i kupuję małą puszkę karmy dla psa i kawałek najtańszej
kiełbasy. Wydaję na nie moje ostatnie pieniądze. Wiem jednak, że postępuję
właściwie.
Doskonale wiem, jakie to
uczucie, gdy nikt nie chce ci pomóc, bo jesteś gdzieś na skraju warstw
społecznych. Sama też wiele razy chodziłam głodna.
I wiele razy głodna jeszcze będę.
Szybko pojawiam się w wąskiej
uliczce. Kartony nadal tutaj leżą. Siadam na krawężniku naprzeciwko nich. Nie mam
niczego ostrego, jednak udaje mi się oderwać kawałek kiełbasy. Upada na jakieś 20
centymetrów przed pudełkiem. Mija może 10 sekund, a wychyla się z niego mały, różowy
nosek.
Nie oczekuję, że wyjdzie po
jedzenie. Podejrzewam, że ktoś się nad nim w jakiś sposób znęcał. Może jego
poprzedni właściciel, a może jakieś dzieci podczas jego podróży na ulicę.
Nosek z powrotem chowa się w kartonie.
Nie zraża mnie to. Postanawiam
ciągle siedzieć w tym miejscu.
W przeciągu następnych dwóch
godzin pies kilka razy wyjrzał z pudła. Jest taki słodki kiedy udaje takiego
małego detektywa próbującego ustalić kim jestem i dlaczego tu siedzę.
Jestem dokładnie taka jak ty piesku.
♥
♥ ♥
Następnego
dnia zaglądam do psa jeszcze przed szkołą. Sprzątam wczorajszy kawałek kiełbasy
i rzucam nowy.
W szkole
nie dzieje się absolutnie nic interesującego. Wszyscy żyją swoim życiem i są
pochłonięci swoimi sprawami. Szara monotonia dnia codziennego.
Moja została
właśnie urozmaicona przez to małe niebieskookie stworzonko.
Po
szkole od razu jestem przy nim. Sama nie wiem,dlaczego tak mocno się w to
angażuję.
Trzy dni
później uświadamiam sobie, że chcę go uchronić od zła społeczeństwa. Tak
bardzo, jak tylko jest to możliwe. Może jest to spowodowane moją
samolubnością. Może chcę zatrzymać wszelkie cierpienie tylko dla siebie.
Tego
samego dnia, gdy zjawiam się po południu jedzenie zostawione dla psa po raz
pierwszy znika.
Następnego
dnia wzięłam ze sobą książkę ” Charlie” Stephena Chbowsky’ego. Książka jest w
dość dobrym stanie jak na miejską bibliotekę. Może dlatego, że niewiele osób ma
pojęcie o istnieniu takiej książki. A szkoda.
Książka
ma postać listów dzięki czemu podczas lektury możemy wyobrazić sobie, że
jesteśmy ich adresatem. Jest tutaj też naprawdę dużo interesujących cytatów.
Moje
oczy powoli śledzą tekst linijka po linijce.
„Nie wiem, czy kiedykolwiek tak się czułeś. Jakbyś chciał przespać tysiąc lat. Albo po prostu przestać istnieć. Albo nie mieć świadomości, że istniejesz. Czy coś w tym rodzaju. Wiem, że to trochę nienormalne, ale właśnie tak się czuję, kiedy to się zaczyna. Dlatego staram się nie myśleć. Chcę, żeby to wszystko przestało wirować wokół mnie”
Sama nie wiem dlaczego, ale na
chwilę unoszę głowę sponad tekstu. Mój futrzasty przyjaciel na moich oczach ze
smakiem zjada zostawioną mu karmę.
Kończy i spogląda na mnie oczami niebieskimi, jak
niebo w najbardziej pogodny dzień w roku.
Wyciągam do niego rękę, a on
powoli podchodzi do niej. Opuszczam dłoń na głowę psa, po czym powoli przejeżdżam
po jego mięciutkim futerku.