22 listopada 2014

Rozdział XXIV

Gdy dzień w dzień, od kilku miesięcy, widujesz te same twarze, od razu jesteś w stanie wychwycić tą jedną, obcą. Dlatego od razu go dostrzegam. A może dzieję się tak dlatego, że w rękach trzyma ogromny bukiet róż.
- Czekasz tu na kogoś? – pytam, gdy dzielą nas od siebie jakieś cztery kroki.
- Tak – odpowiada z uśmiechem. -  Na ciebie.
- A te kwiaty to też dla mnie? – mówię ze śmiechem.
- Tak. Po prostu muszę się dziś wkupić w twoje łaski – to powiedziawszy, Tomek wręcza mi kwiaty.
- Co przeskrobałeś? – rzucam, zaciągając się intensywną wonią róż.
- Ja? – prycha, udając oburzenie. – Nic. Po prostu mam do ciebie prośbę.
Unoszę do góry jedną brew i czekam, aż będzie kontynuował.
- Umówiłem się dzisiaj ze znajomymi ze studiów.  Nie widziałem ich od pewnego czasu, ale za czasów studenckich uważali mnie za lekkiego frajera. Dziś chciałbym się na nich odegrać.
- A jak ja mam ci w tym pomóc?
- Mogłabyś udawać moją dziewczynę? - spoglądam w jego pełne nadziei oczy i po prostu wybucham śmiechem.
- No, nigdy nie umiałem gadać z dziewczynami. Na każdej imprezie kumple nabijali się z moich nieudanych podrywów. Chciałbym im pokazać, że udało mi się znaleźć ładną dziewczyną. A ty… no nie oszukujmy się: jesteś najładniejszą dziewczyną, którą znam i która z pewnością zgodziłaby się mi pomóc.
- No nie wiem, nie wiem… - rzucam, przewracając oczami.
- No daj spokój, nie dasz się wyciągnąć na imprezkę z grupą przystojnych chłopaków po psychologii?
- I cóż z tego, jak nie będę mogła ich podrywać, bo będę musiała udawać wierną ci dziewczynę?
- No nie daj się prosić…
- Pewnie, że się zgadzam - mówię w końcu, szturchając go w ramię. – Chciałam tylko przez chwile potrzymać cię w niepewności.
♥♥♥
Kilka minut po siódmej wysiadamy pod klubem „Iguana”
- Wpuszczą mnie bez problemu? – pytam, gdy ustawiamy się w kolejce do wejścia.
- No jasne. Pewnie nawet nie zapytają cię o dokumenty. Wyglądasz na co najmniej dziewiętnaście lat.
I tym razem ma racje. Postawny ochroniarz bez jakiegokolwiek słowa przybija nam na dłoni pieczątkę z wizerunkiem iguany i wpuszcza nas do środka.
Klub jest dość duży i chyba dość popularny : jest tu już naprawdę dużo ludzi. Tomek łapie mnie za rękę i prowadzi w głąb migających na różne kolory świateł. Przez chwile błądzimy po obiekcie, aż w końcu znajdujemy jego kolegów w jednej z bocznych salek, gdzie muzyka gra zdecydowanie ciszej.
- Tomek, kopę lat! – mówi jeden z nich na nasz widok.
- Świetnie wyglądasz – mówi drugi, ściskając go i klepiąc po ramieniu.
- Może przedstawisz nam swoją koleżankę? – rzuca inny, kładąc zdecydowany nacisk na ostatnie słowo.
- A, racja – odpowiada obojętnie Tomek. – Chłopaki, to Ada moja dziewczyna.
- U la la… Jestem Hubert – mówi jeden z nich i całuje moją dłoń. – A to Marcin i Patryk – spoglądam we wskazywanym mi kierunku. Dwóch chłopaków uśmiecha się do mnie przyjaźnie.
- Miło mi was poznać – rzucam po prostu.
Zajmujemy miejsce na dwóch kanapach wokół okrągłego stolika : jedną z kanap zajmuję ja i Tomek, na drugiej siedzą jego koledzy.
- Zaczekajcie, pójdę po coś do picia – mówi chłopak przedstawiony mi jako Marcin.
Szybko znika za rogiem, a Tomek już wdaje się w jakąś niezobowiązująca rozmowę. Czuję się nieco niepewnie, gdy obejmuje mnie jednym ramieniem. On za to jest w pełni wyluzowany. Dociera do mnie, że teraz widzę, jaki jest naprawdę. Już nie jest poważnym psychologiem, który ratuje ludzi. To zwykły chłopak, niewiele starszy ode mnie.
Po chwili wraca do nas Marcin. W rękach trzyma tacę zastawioną szkłem z alkoholem: pięć kieliszków z wódką i pięć drinków z kolorowymi parasolkami.
- No to, za spotkanie! – mówi, Hubert podając nam kieliszki. Wznosi swój do góry i czeka aż reszta pójdzie w jego ślady.
Reakcja następuje natychmiastowo. Ja jako jedyna trochę się waham. W końcu wznoszę swój kieliszek do góry, i wmawiając sobie, że to tylko na potrzeby dzisiejszego „przedstawienia”, wypijam całą jego zawartość. Zaciskam usta, żeby się nie skrzywić. I pomyśleć, że ojciec pił to niemalże codziennie.
Musieli nie widzieć się naprawdę długo, przez cały czas buzie im się nie zamykają. Nie mówię zbyt wiele, głównie słucham historii opowiadanych przez kolegów Tomka i sączę mojego drinka. Jest dobry, nie czuć w nim zbytnio alkoholu, przeważa w nim nuta mięty i limonki.
- Może pójdziemy trochę na parkiet? – proponuje Hubert. – No wiesz, ty już masz dziewczynę, ale my moglibyśmy sobie jakieś wyrwać
- Jasne, idźcie. Zaraz dołączymy – odpowiada Tomek. Chłopaki jak na zawołanie podnoszą się z kanapy i znikają za rogiem. – Dobrze się bawisz? – pyta, gdy zostajemy sami.
-  Pewnie, masz przezabawnych kolegów – mówię szczerze. – To na pewno lepsze niż siedzenie w domu.
- A dasz się wyciągnąć do tańca? – rzuca nonszalancko.
- W sumie, czemu nie? W końcu tylko dzisiaj jestem twoją dziewczyną.
Wybuchamy śmiechem i idziemy w stronę głównej sali.
- Poczekaj chwilę. Skoczę do łazienki i zaraz wracam
- Okej – odpowiadam i siadam na jednym ze stołków barowych.
- Coś podać, ślicznotko? – zaczepia mnie od razu barman.
- Dzięki, ale na razie nie – mówię z uśmiechem.
- Na pewno? Ja stawiam – słyszę z prawej strony. Obracam głowę w tamtym kierunku i widzę chłopaka, na oko dwudziestoletniego. Jest dość przystojny, z lekkim zarostem na twarzy.
- Na pewno.
- No to może przynajmniej ze mną zatańczysz? – już otwieram usta, żeby zaprotestować, gdy chłopak łapie mnie za nadgarstki i ciągnie na parkiet. Ostatni raz spoglądam w stronę toalet, ale pomoc nie nadchodzi.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zatańczyć z nieznajomym. Panuje tutaj duży ścisk, może dlatego jesteśmy zdecydowanie zbyt blisko siebie.
Na szczęście to wszystko trwa tylko chwilę.
- Odbijany – słyszę nagle i czuję, jak ktoś chwyta mnie w talii i tanecznym krokiem odciąga jak najdalej nieznajomego.
- Zostawić cię tylko na chwilę -  w głosie Tomka słychać dezaprobatę. – a już zbiegają się wygłodniałe wilki.
♥♥♥
Następnego dnia budzę się dość późno: zegarek wskazuje dziesiątą. Z kubkiem kawy i jogurtem truskawkowym w ręce zasiadam przed komputerem. Włączam jedną z moich playlist i zaczynam przeglądać stronę z wiadomościami z myślą o napisaniu prasówek na wos.
Otwieram zeszyt, gotowa do pisania, gdy w lewym dolnym rogu wyskakuje podłużne okienko. Powiadomienie o nowej wiadomości.

Bartek
Cześć, możemy porozmawiać?

Przez ostatni tydzień Bartek ciągle próbował się ze mną skontaktować. Mimo jego starań, cały czas unikałam jego telefonów.
Zamykam okienko i zajmuję się pisaniem. Zdążam napisać jedynie jedną wiadomość, gdy otrzymuję już drugie powiadomienie.

Bartek
Ada, doskonale wiem, że tam jesteś. O tej porze zawsze piszesz prasówki na poniedziałek.
Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać?

Ja
A o czym miałabym z Tobą rozmawiać? Dla mnie wszystko jest jasne.

Bartek
Właśnie tego się obawiałem.
Ada, to nie tak jak myślisz.

Ja
Coś niby źle zrozumiałam? Przecież takiej sytuacji nie da się inaczej odebrać.

Bartek
Ja wiem, ale…. Ja nie mogłem inaczej. Nie byłem w stanie wam o tym powiedzieć, bo tak bardzo nie chciałem się z wami żegnać. Ja nie chciałem was okłamywać, nie chciałem was zawieść…

Ja
Ale zawiodłeś nas.
Dlatego proszę nie dzwoń, nie pisz do mnie i do nikogo z chłopaków. Zdecydowałeś się odejść, więc idź. Mam tylko nadzieję, że wszystko Ci się ułoży.

Bartek
Ada, zaczekaj.

Ja
Żegnaj.


To napisawszy, wyłączam komunikator.

25 października 2014

Rozdział XXIII

- Widzę, że wreszcie wzięliście się do nauki - mówi matematyk, pan Budzyński. Przechadza się po klasie i rozdaje nasze poprawy sprawdzianów. - To dobrze, nie uśmiecha mi się wystawianie zagrożeń dla połowy klasy.
Spoglądam na moją pracę. Zaliczyłam na trójkę. Muszę poprawić jeszcze dwie kartkówki i odpowiedź ustną, a pozbędę się zagrożenia.
Dzwoni dzwonek, a wszyscy prawie w tym samym momencie podnosimy się z krzeseł. Wychodzimy na korytarz i idziemy do swoich szafek.
- Co się dzieje z Bartkiem? - pytam, kiedy mijamy jego szafkę.
- Najwidoczniej jeszcze nie wyzdrowiał - rzuca Kuba.
- To chyba coś poważnego - dodaje Filip.
- Może go dziś odwiedzimy? - proponuję. - No wiecie, damy notatki, sprawdzimy jak się trzyma. Mało się do mnie odzywa.
- Tak samo jak do nas. - Piotrek rzuca w głąb szafki niepotrzebne podręczniki.
- W sumie masz dobry pomysł - podsumowuje Kamil. - Możemy pojechać do niego od razu po lekcjach.
♥♥♥
Po ostatniej naszej lekcji od razu udajemy się na przystanek. Zajmujemy tył autobusu, a ja obserwuję ludzi, którzy jadą wraz z nami. Jakaś starsza pani zajmuje dwa siedzenia wraz ze swoimi siatkami z zakupami, jakiś biznesmen rozmawia przez telefon, a jeszcze dalej przysypia jakiś bezdomny. Po jakiś dziesięciu minutach wysiadamy.
Idziemy całą szerokością chodnika, dopisuje nam dobry humor. Żartujemy i śmiejemy się, a nasze śmiechy niosą się echem po osiedlu. Jednak, gdy skręcamy w uliczkę, gdzie znajduje się dom Bartka, całe szczęście z nas ulatuje.
Jako pierwsze zauważam, że coś jest nie tak. Przed jego domem stoi duża furgonetka, a wokół niej kręcą się rodzice Bartka. Nieco zdezorientowana spoglądam na pozostałych chłopaków.
Szybko stajemy w odpowiedniej odległości do samochodu. Odchrząkuję, żeby zwrócić na nas uwagę.
- Dzień dobry - mówię z uśmiechem.
Państwo Kawalec momentalnie odwracają się w naszą stronę. Na nasz widok od razu się uśmiechają.
- Cześć wam. Wy pewnie do Bartka, zaraz powinien się tu pojawić. Zostało nam jeszcze kilka pudełek z rzeczami.
-Robicie państwo wiosenne porządki? - pyta Filip.
Oboje wybuchają śmiechem.
- Zabawny jesteś - odpowiada mama Bartka. - Oho, oto i nasz gwiazdor.
Wszyscy spoglądamy w prawo, a tam, jak gdyby nigdy nic, stoi Bartek. Nie wygląda na obłożnie chorego, nie widać po nim też żadnego śladu choroby. Wręcz przeciwnie: wygląda nadzwyczaj dobrze.
Ewidentnie jest zdziwiony. Wygląda, jakby nagle stracił grunt pod nogami. Przygryza dolną wargę- to jego nerwowy odruch.
- Możecie zostawić nas samych? - mówi wreszcie.
- Pewnie, tylko nie ciągnijcie tego w nieskończoność - odpowiada tata Bartka. Obejmuje żonę ramieniem i znikają we wnętrzu domu, zamykając za sobą drzwi.
- Nie byłeś chory - stwierdzam oczywistość.
- No nie - mówi niepewnie Bartek. Wkłada do bagażnika kolejne pudełko i odwraca się w naszą stronę.
- Co to za rzeczy? - pyta Kuba.
- Są moje - odpowiada chłopak, nerwowo poprawiając włosy.
- Nic nie rozumiem - rzuca Kamil.
- Wcale nie byłem chory. Rodzice zaciągnęli mnie na jakąś konferencję dla młodych piłkarzy - zaczyna wyjaśniać. - Trenerzy z jedno z klubu zainteresowali się mną. Zaproponowali mi kilka treningów z ich drużyną. Nie chciałem wam o tym mówić, bo to po prostu nie było nic wielkiego. Oprócz mnie zaproszono tam dziewięciu innych chłopaków. Po prostu nie chciałem zapeszać.
Spogląda po kolei na każde z nas i obserwuje naszą reakcję. Jesteśmy wciąż zdezorientowani, nic się nie zmieniło.
- Treningi były naprawdę wyczerpujące, ale udało się. Wraz z czwórką innych chłopaków zaproponowali nam testy sprawnościowe. Zaliczyliśmy je i zaproponowali nam kontrakt z ich klubem.
- Wow, gratuluję - mówię neutralnym głosem. - To naprawdę wielka sprawa.
- Wiem. Poziom jest tam naprawdę wysoki, a na mecze przychodzi około 11tysięcy ludzi. To spełnienie moich marzeń, to dla mnie życiowa szansa. Jest tylko jeden problem... - zawiesza głos i patrzy na czubki swoich butów. - To 150 kilometrów stąd.
Co proszę? Nie wierzę własnym uszom, nie jestem w stanie nawet wypowiedzieć jednej sylaby.
- A co ze szkołą? Gdzie będziesz mieszkał? - pyta Filip, który chyba jako jedyny utrzymuje trzeźwość rozumu.
- Zapewniają mi mieszkanie wraz z opłaceniem wszystkich kosztów. Szkołę zmienię dopiero w nowym roku szkolnym. Ten dobiega już końca, nauczyciele wystawią mi oceny końcowe z tych stopni, które teraz mam.
- Rozumiem. A kiedy wyjeżdżasz?
- Za jakąś godzinę? Półtorej? Sam nie wiem.
Dopiero ta informacja pobudza mój mózg do myślenia. On nas okłamywał. I prawdopodobnie nie miał zamiaru o niczym nam powiedzieć.
- Zamierzałeś nas o tym poinformować? - pytam, żeby potwierdzić swoje podejrzenia.
Obrzucam go oskarżycielskim spojrzeniem, a on najnormalniej w świecie jest zakłopotany. Jakby związano mu język albo odebrano mowę.
- Chciałeś tak po prostu wyjechać? Bez pożegnania, bez nawet zwykłego "cześć" ? Chciałeś postawić nas przed faktem dokonanym.
- Ada, ja...
- Nic nie mów - przerywam mu. - Jesteś zwykłym egoistą, myślisz tylko o swoich potrzebach. Okłamałeś nas, tak nie postępują przyjaciele. Pewnie, wyjedź sobie i zacznij nowe, lepsze życie. Bez nas. Nie przejmuj się, nie będziemy stać na drodze do spełnienia twoich marzeń.
Odwracam się na pięcie i idę przed siebie. " Ostatnio spektakularne wyjścia wychodzą mi dość dobrze", myślę i znikam za zakrętem.
Jednak tuż za mną słyszę tupot czterech par butów.

Rozdział XXII

Tłum roześmianych uczniów wychodzi przed budynek szkoły. Jakby tylko mi jedynej nie było do śmiechu, jakbym tylko ja nie cieszyła się z końca lekcji.
Żegnam się z chłopakami i idę na przystanek. Siadam na ławce i wkładam ręce do kieszeni. Butem wystukuję rytm piosenki, która właśnie leci w moich słuchawkach.
Nagle przy przystanku zatrzymuje się czarny, sportowy samochód. Przyciemniana szyba opuszcza się i widzę Alka, który pochyla się w moją stronę.
- Wsiadaj - mówi i zachęca mnie ruchem dłoni.
Rozglądam się dookoła, po czym po chwili ląduję na miejscu obok kierowcy.
- Dobrze, że akurat tędy przejeżdżałem. Tak to dalej siedziałabyś tam taka samotna.
- Zwykle do domu wracam z Bartkiem, ale nie ma go już od jakiś dwóch tygodni. Chyba złapał jakąś poważniejszą chorobę – tłumaczę.
Chłopak pogłaśnia radio i palcami stuka o kierownicę.
- Bardzo się śpieszysz? – pyta po chwili.
- Nie, a czemu pytasz?
- Bo chciałbym zabrać cię w jedno miejsce.
I już mam otworzyć usta, żeby zaprotestować, ale czuję, że przecież i tak mnie nie posłucha. Chłopcy często lubią stawiać na swoim.
Dalszą drogę pokonujemy w milczeniu. Wyglądam przez okno i obserwuje szybko zmieniające się widoki. Po chwili orientuję się, że jesteśmy gdzieś na obrzeżach miasta.
- A gdzie tak właściwie jedziemy?
- Zaraz się dowiesz - rzuca tylko. – Już niedaleko.
Ponownie wyglądam przez okno i widzę, że niedaleko przed nami widnieje tabliczka z nazwą miasta. Jednak kilkadziesiąt metrów przed nią skręcamy. Jedziemy jeszcze przez chwilę, aż w końcu wjeżdżamy na podjazd dużego, szarego, nowoczesnego domu.
- No to witam w moich skromnych progach – mówi Alek nieco ironicznie. Jako pierwszy wysiada z samochodu i otwiera mi drzwi.
- Wow – wyrywa mi się, gdy stoję na podjeździe. – Nie wiedziałam, że mieszkasz w takim domu.
- Tak, jestem kolejnym bachorem, któremu poprzewracało się w głowie od pieniędzy rodziców – kwituje ze smutnym uśmiechem. – Wszyscy tak o mnie myślą.
- Ale ja nie.
- Wiem. Dlatego właśnie jesteś tu teraz ty, a nie ktoś inny – łapie mnie za nadgarstek i ciągnie za sobą – Chodź!
Biegniemy przez jego ogródek, deptając idealnie skoszony trawnik. Po chwili dobiegamy do ogrodzenia. Jednak tylko pozornie stanowi ono przeszkodę.
- Dasz radę przejść? – pyta, chyba bardziej retorycznie, bo już przeskakuje na drugą część murku.
- Chyba tak – mówię bez przekonania i wspinam się na kamienny słup.  Niepewnie spoglądam w dół i zastanawiam się, jak najlepiej stąd zejść.
- Skacz, złapię cię – zapewnia i wyciąga ręce w moją stronę. Już po chwili ląduję w jego mocnym uścisku. – Dobra, no to idziemy – mówi i wskakuje prosto w krzaki.
Zdezorientowana idę za nami. Przedzieramy się przez jakieś chaszcze, które co jakiś czas wplątują mi się we włosy. Już mam tego serdecznie dość, kiedy nagle opuszczamy gąszcz. Moim oczom ukazuje się nasze podmiejskie jezioro. Nie wiedziałam, że Alek mieszka tak blisko niego.
Schodzimy na mały drewniany pomost i siadamy na jego końcu. Nasze stopy zwisają nad taflą wody. Akurat założyłam dziś glany, dlatego z chęcią dotykam nimi powierzchni jeziora.
- Chciałabym mieszkać w takiej ładnej okolicy - mówię po chwili.
- Tak, lubię to miejsce. Zawsze przychodziłem tu po każdej kłótni z rodzicami czy z kimś o wiele od nich ważniejszym.
Spoglądam przed siebie i obserwuje słońce, które słabo odbija się tutaj jak w lustrze.
- Też nie przepadasz za swoimi rodzicami, prawda?
- Oni nie kochają mnie, kochają tylko swoje pieniądze. Jestem im potrzebny jedynie do robienia dobrego wrażenia przed ich znajomymi. Nie oszukujmy się, syn-ćpun nie spełnia chyba tych oczekiwań. – zaczyna się śmiać, a ja spoglądam na niego kątem oka. Widać, że nabrał do swoich problemów dość dużego dystansu, więc wreszcie mogę dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat.
- Nie było innego sposobu? Musiałeś od razu uciekać się do narkotyków?
Wzdycha i rozprostowuje nogi.
- Prawdziwa miłość to dziwka. Nie oszczędza nas, tylko ciśnie po całości. Ja nie byłem w stanie tego znieść.
Spoglądam na niego i widzę, jak jego twarz się zmienia.
- Po prostu powiedziała, że już mnie nie kocha. A skoro kochać przestała, to chyba nigdy nie zaczęła. A ja byłem gotów zrobić dla niej wszystko.
Zastanawiam się, co powinnam mu odpowiedzieć, ale on kontynuuje swoją wypowiedź.
- Zachowałem się wtedy jak szczyl. Jej brat zaćpał się, a ja doskonale wiedziałem, że przez to nienawidzi narkotyków. Chciałem zrobić jej na złość, ale jej już nie zależało. Skończyło się tak, że ona nie chciała już mnie znać, a ja wpadłem w to po uszy. Rok zajęło mi, żebym odzyskał rozum i udał się na leczenie.
- Rok to nie długo. Mój ojciec w ogóle nie ocknął się z nałogu.
- Doszłaś już do ładu po jego śmierci? – pyta, poprawiając włosy.
- Chyba tak. Ale… jak dłużej się nad tym zastanowię to dla mnie, jako ojciec, umarł już dawno temu.
- A jak z mamą? – patrzy się prosto na mnie, a w jego oczach widać szczerą troskę i współczucie.
- Chyba lepiej. Już nie spędza całego wolnego czasu na cmentarzu, chodzi tam teraz co dwa, trzy dni. Ale chyba dalej się nienawidzimy – teraz to ja się śmieję.
Wstaje i pomaga mi się podnieść. Odwracamy się, a on obejmuje mnie ramieniem i idziemy wzdłuż pomostu.
- Nie zakochuj się młoda, to niszczy - mówi, przyciskając mnie mocniej do siebie.

13 października 2014

Rozdział XXI

Przewracam kolejną stronę książki i spoglądam na zegarek. Czytam już od przeszło dwóch godzin.
Ponownie zatapiam się w tekście, ale nie mija nawet chwila, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Nie ruszam się z krzesła, pewnie Maciek pójdzie je otworzyć. Gdy po chwili słyszę szczęk przekręcanego zamka wiem, że miałam rację.
- Hej młody – słyszę doskonale znany mi głos. – Jest Ada?
- No jasne, że jest. Przecież ostatnio ciągle siedzi w swoim pokoju i czyta te bzdurne książki – czasami naprawdę mam ochotę go ukatrupić.
Zamykam książkę i idę do przedpokoju, nim Maciek zdąża mnie zawołać.
- Hej - rzucam na widok Filipa. Maciek instynktownie wycofuje się z powrotem do swojego pokoju.
- Ubieraj się, wychodzimy – odpowiada po prostu.
- Ale….
- Bez dyskusji! – mówi z uśmiechem i podaje mi skórzaną kurtkę. W jego niebieskich tęczówkach znów widać ten jego charakterystyczny błysk.
Jednak ja nawet nie drgnę i nie biorę od niego wierzchniego okrycia.
- Naprawdę nie mam ochoty iść gdziekolwiek – oponuję.
- Przecież wiem – rzuca ze śmiechem. – Ostatnio ciągle siedzisz w tej swojej jaskini. Z resztą Kamil też. Dlatego dzisiaj was oboje wyciągamy z domu.
Otwieram usta, w głowie jeszcze szukając dobrego argumentu, ale Filip mnie ubiega.
- No nie daj się prosić. Kamila namawiałem piętnaście minut, miałem nadzieję, że chociaż ty zaoszczędzisz mi trochę czasu.
Wzdycham i bez słowa biorę od niego kurtkę. Zakładam ją, a na nogi wsuwam białe air force’y. Jest dopiero początek marca, a pogoda jest jak późną wiosną.
- Maciek, wychodzę! – krzyczę jeszcze przez próg.
- Baw się dobrze! – odpowiada, przekrzykując odgłosy gry komputerowej, w którą właśnie gra.
Schodzimy na dół po schodach, a przed klatką czekają już na nas pozostali chłopcy, z wyjątkiem Bartka. Od kilku dni nie ma go też w szkole, pewnie się rozchorował.
- Cześć – rzucają, prawie że równocześnie i siadają na rowerach, które dopiero teraz zauważam.
- Jest pewien problem: mój rower jest w piwnicy, a powietrze z opon jest całkowicie spuszczone.
- To nie jest problem – mówi tajemniczo Filip, sadowiąc się na swoim rowerze. – Zaufaj nam.
I nim zdążę spytać o szczegóły, Piotrek podnosi mnie i chwilę później siedzę na kierownicy roweru Filipa.
- To na pewno bezpieczne? – pytam nieco niepewnie.
- Jasne - mówi Kuba. Spoglądam w jego stronę i orientuję się, że Kamil siedzi na jego kierownicy. – I tak jedziemy za miasto.
- Dobra, no to ruszamy! – komenderuje Filip i gwałtownie zrywamy się do przodu.
Jedziemy dość szybko, dzwoniąc na przechodniów, których mijamy od czasu do czasu. Wszyscy obserwują nas z tak samo zdziwioną miną.
Rzeczywiście, po jakiś dziesięciu minutach jazdy wyjeżdżamy na drogę prowadząca na obrzeża miasta. Panuje tutaj zdecydowanie mniejszy ruch.
- Daleko jeszcze? – pytam, wciąż kurczowo trzymając się kierownicy.
- Nie mam pojęcia – odpowiada Filip. – To Kuba prowadzi.
Jednak nasza podróż nie trwa długo. Wjeżdżamy w obszar, gdzie znajdują się działki. Wyglądają w większości tak samo: mały domek i ogródki z warzywami, drzewami owocowymi i rabatkami z kwiatami. Wszystko jednak jest jeszcze uśpione zimowym snem.
Zatrzymujemy się przed jedną z działek i zeskakujemy z rowerów. Kuba podchodzi do bramy, wyciąga z kieszeni klucz i wkłada go do lekko zardzewiałej kłódki.
- A więc to jest ta twoja działka – mówi z udawanym podziwem Piotrek.
- Śmiej się, śmiej – odgryza się chłopak. – Zaraz wam wszystkim opadną szczęki ze zdziwienia.
Wchodzimy na posiadłość, a chłopaki stawiają rowery na stopkach. Kiedy Kuba zamyka za nami bramę rozglądam się po działce.
Jest naprawdę spora, o wiele większa od pozostałych działek. Z miejsca, gdzie stoimy nie widać jej końca. Pewnie zasłania go duża szklarnia.
Kuba zdecydowanym krokiem rusza przed siebie. Nie pozostaje nam nic innego, jak pójść za nim.
Po chwili spoglądam na niego i widzę, że uśmiecha się pod nosem. Mijamy róg szklarni i już wiem, o co mu chodzi. Dwa wielkie drzewa ukazują nam całą swoją okazałość.
Wybudowane są na nich dwa domki na drzewie, połączone mostkiem. Konstrukcja jest naprawdę solidnie wykonana i prezentuje się zadziwiająco. Wyglądają na dopracowane pod każdym kątem.
- Wow – wyrywa mi się po prostu.
- A nie mówiłem? – mówi z satysfakcją Kuba i podchodzi do pierwszego z drzew. Wspina się po szczeblach przymocowanych do pnia. – No, chodźcie.
Do domku wchodzę jako druga. Na ścianach są porozwieszane dziecięce rysunki: mapy, portrety i różne rodzaje ręcznie robionej broni. W kącie leżą wepchnięte zabawki, zupełnie jakby ktoś zostawił je tam dwie minuty temu. Na jednym z blatów leżą cztery korony wycięte z żółtego papieru.
- Tata i dziadek wybudowali te domki dla mnie i mojego brata – zaczyna Kuba, obracając jedną z koron w rękach. – Uwielbialiśmy się tutaj bawić. Ja byłem królem tamtego domku, ten należał do mojego brata. – Przenosi wzrok na mnie. – Ale zawsze brakowało nam królowej. Jesteś pierwszą dziewczyną, która tutaj weszła, więc… - wskazuje na koronę trzymaną w rękach. – Mógłbym?
- To byłby zaszczyt, wasza wysokość – odpowiadam, starając się zachować powagę. Schylam głowę, a na jej czubku ląduje korona.
- Od teraz oficjalnie jesteś królową tych zamków. Masz ochotę zobaczyć pozostałą część swojego królestwa?
Kiwam głową i wszyscy kierujemy się do wyjścia. Idziemy po lekko chwiejącym się mostku i przechodzimy do drugiej części „zamku”.
Ten domek jest podobny do pierwszego, może panuje w nim mniejszy nieporządek. Kuba odsuwa zasłonki z otworu służącego za okno, a do środka wdziera się słońce.
Siadamy po turecku na podłodze, a Piotrek ze swojego plecaka wyjmuje po puszce pepsi dla każdego i dużą paczkę lay’s-ów. Otwiera je i rzuca każdemu po puszce.
- Jest tu dość przyjemnie – mówię, otwierając swój napój. – Można tutaj tak po prostu się odciąć od świata i trochę odpocząć.
- Lubię tu czasem przyjechać, żeby przemyśleć jakieś ważne kwestie. To dobre miejsce do refleksji - dodaje Kuba.
Przez kolejną chwilę siedzimy w ciszy. Słychać jedynie chrupanie chipsów. Ale nie musimy nic mówić, samo nasze towarzystwo nam wystarcza.
Opieram się o ścianę za mną i wyciągam nogi przed siebie. Wzrokiem błądzę gdzieś za okno. Niebo ma dziś idealnie błękitny kolor.
- Cholernie za nią tęsknie - rzuca po chwili Kamil. Przenoszę na niego wzrok. On jednak bezwiednie wpatruje się w swoją puszkę. – To jest nie do wytrzymania, już sam nie wiem co powinienem z tym wszystkim zrobić. Nie potrafię na nią nie patrzeć w szkole, nie potrafię normalnie z nią porozmawiać. Nie potrafię o niej nie myśleć. Nie mam ani siły ani ochoty wychodzić z domu, bo czuję, że bez niej to wszystko nie ma sensu.
- Nie powinieneś oczekiwać, że po miesiącu przestaniesz ją kochać, czy za nią tęsknić – odpowiada Piotrek, upijając łyk coli. – Ale w końcu będziesz musiał o niej zapomnieć.
- Wiem…. I to mnie chyba najbardziej przeraża. Ja… Ja nie wyobrażam sobie życia bez niej.
- Posłuchaj, teraz może ci się wydawać to niewykonalne, ale da się z tym pogodzić. Za jakiś czas ból złagodnieje. Może nie minie całkowicie, ale będziesz musiał nauczyć się z nim żyć – mówi Filip, wpatrując się w obrazki na ścianach. – Bo nie możesz jej odzyskać, nieważne jak bardzo będziesz się o to starał. Ona cię nie kochała i po prostu wykorzystała.
- I z tego co widzę ma się z tym całkowicie dobrze – przerywam mu.
- To jest dla niej najlepsze, wiesz? – kontynuuje Filip. - Ona chce, żeby było właśnie tak jak jest. Tak jest szczęśliwsza. Więc musisz odpuścić, zapomnieć. To jedyny sposób, żebyś dał jej teraz szczęście.
- Chyba masz racje – kwituje po prostu Kamil.
- A jak z twoją mamą? – pyta mnie Kuba. – Nadal się do niej nie odzywasz?
- Nie – odpowiadam bez ogródek.
- Długo zamierzasz się tak na nią boczyć?
- Ja wcale tego nie robię – prycham z lekkim oburzeniem. – Nie wiem po prostu, po co miałabym z nią rozmawiać, skoro to ja zesłałam na nią te wszystkie plagi egipskie. Daje jej spokój, żeby nie musiała przeze mnie cierpieć.
- Przecież dobrze wiesz, że to nie twoja wina – mówi Filip. – Nawet jeżeli twoja mama twierdzi inaczej, powinnaś jej pomóc i wykonać pierwszy w tę stronę krok. Zastanów się nad tym, bo… -na chwile przerywa, jakby szukał odpowiednich, mało bolesnych słów. – Bo przez nieuwagę stracisz ją tak, jak ojca.

04 października 2014

Rozdział XX

Szybko przejeżdżam główką zapałki po drasce. Jedną dłonią osłaniam płomień i powoli przesuwam go w stronę knota. Zapalam go i zdmuchuję ogień.
Maciek przykrywa znicz i cofa się kilka kroków od niedawno wybudowanego pomnika, który przykryty jest jeszcze wiązankami z białymi kwiatami.
Zmawiamy modlitwę, tylko tak teraz możemy mu pomóc. Oddalamy się od grobu i kierujemy w stronę wyjścia z cmentarza.
Gdy przechodzimy prze potężną bramę, czuję, że mój telefon wibruje. Wyciągam go i spoglądam na ekran. Jakiś nieznany numer. Naciskam zieloną słuchawkę na dotykowym ekranie i przykładam telefon do ucha.
- Słucham?
- Ada? – pyta jakiś dziwnie znajomy, męski głos. Przez chwilę milczę, ale wreszcie dociera do mnie, kto jest jego właścicielem.
- Cześć Tomek - odpowiadam po prostu.
- Czyli jednak nie pomyliłem numerów - jestem pewna, że w tym momencie się uśmiechnął. – Mogłabyś wpaść do mnie niedługo z Maćkiem?
- Ale dzisiaj mama ma wizytę… - mówię lekko zdezorientowana.
- Wiem, ale chciałbym, żebyście też przyszli na to spotkanie. Chciałbym porozmawiać z waszą trójką.
- No dobrze. Kiedy dokładnie mama ma wizytę?
- Za pół godziny.
- Sądzę, że powinniśmy zdążyć.
- Świetnie. Do zobaczenia.
Rozłącza się, a ja chowam telefon z powrotem do kieszeni.
- O co chodzi? – pyta  jak zwykle ciekawski Maciek.
- Dzwonił Tomek. Chce, żebyśmy przyszli dziś na wizytę wraz z mamą.
- Wspólna wizyta? Trochę to dziwne – rzuca. Siadamy na przystanku, do którego właśnie doszliśmy. Do autobusu mamy jeszcze kilka minut. – Nie wiesz, o co może chodzić?
Przecząco kiwam głową.
- Ale znając Tomka, na pewno nie robi tego spotkania bez powodu.
Do wejścia do gabinetu jak zwykle zachęca nas „Proszę!” wypowiedziane łagodnym, męskim głosem.
Otwieram drzwi i wchodzimy do pokoju. Mama obrzuca nas, a potem Tomka pytającym spojrzeniem.
- Zadzwoniłem po nich. Chciałbym dzisiaj porozmawiać z wami wszystkimi.
Zdejmujemy kurtki i siadamy na dwóch wolnych krzesłach ustawionych na planie kwadratu.
Nikt nie odzywa się słowem, siedzimy w ciszy przez następną chwilę.
- W ostatnim czasie spotykałem się z wami i rozmawiałem o waszych problemach i burzliwych emocjach. Chcieliście mojej pomocy, ale nie wpadliście na najbardziej oczywisty pomysł.
Spogląda na nas po kolei, ale zaraz znów kontynuuje swoją wypowiedź.
- Potrzebowaliście czyjegoś zrozumienia, a przecież jesteście rodziną. Powinniście być dla siebie oparciem właśnie w tych trudnych chwilach, a zauważyłem, że nie mieliście okazji ze sobą o tym porozmawiać.
Faktycznie. Nawet nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak szczerze rozmawiałam z mamą. Była zawsze taka zapracowana i przejęta tylko problemem taty.
- Powiedzcie to sobie teraz - dodaje i rozkłada się wygodnie w fotelu.
Mimo to wciąż milczymy.
Spoglądam na mamę, potem na Maćka, Tomka i gdzieś za okno. Powtarzam sekwencję jeszcze dwa razy. Chyba nikt nie zamierza się odezwać. W końcu odchrząkuję i to ja zabieram głos.
- Maćkowi nie mam nic do powiedzenia. On wie wszystko. Był ze mną w każdej złej chwili i przeżywał dokładnie to samo, co ja. Pomógł mi. – przenoszę wzrok na mamę. - Nie to co ty.
Zaczynam ciągnąc swój wywód, a słowa wyrzucam z siebie tak szybko, jak z karabinu maszynowego.
- Przecież wiedziałaś, jaki był i co nam robił. Nawet nie próbowałaś stanąć w naszej obronie. Ciągle brałaś coraz to więcej dyżurów w pracy, a całe twoje pieniądze i tak ojciec przepijał. O to właśnie ci chodziło?
- Ada, może trochę się uspokoisz…
- Nie, Maciek. Przecież kiedyś i tak musielibyśmy jej to powiedzieć- przerywam bratu, po czym znowu zwracam się do mamy. – Ja wiem, że go kochałaś. Ja wiem, że chciałaś mu pomóc ze wszystkich sił. Ale dlaczego robiłaś to naszym kosztem? Dlaczego nie chciałaś nam pomóc? Dlaczego nas nie kochasz, mamo?
Na reakcję z jej strony nie muszę długo czekać.
- A dlaczego wy nie mogliście mi pomóc!? Zostawiliście mnie z nim sami, on was w ogóle nie interesował. Byliście zbyt zajęci czubkami swoich nosów.
- Jak mogliśmy pomóc komuś, kto nas bił? – do dyskusji włącza się również Maciek. - My się go po prostu baliśmy. Bałem się wrócić do domu po szkole, bo bałem się, że będzie na mnie czekał. Bałem się, że znów będzie we mnie wmuszał alkohol, że znów mnie uderzy. A ty przecież doskonale wiedziałaś, widziałaś siniaki na naszym ciele. Ciebie również bił, myślisz, że o tym nie wiem!?
- Ale on nie chciał nas bić! To był dobry człowiek. To tylko twoja wina!– mama zrywa się z krzesła i podchodzi w moją stronę. Tomek instynktownie przytrzymuje ją, gdy nagle zaczyna chaotycznie rzucać się na wszystkie strony. – To ty nagadałaś jakiś głupot Maćkowi, to ty nie potrafiłaś docenić tego, co ojciec dla ciebie robił. To przez ciebie stracił pracę, to przez ciebie zaczął pić. To ty go zabiłaś.
Również wstaję z krzesła.
- Mówisz dokładnie tak jak ojciec! I co, teraz też mnie uderzysz jak on?! No dalej, proszę! Nie krępuj się!
I nagle wszystko dzieje się zbyt szybko. Mama wyszarpuje się z uścisku Tomka i wymierza mi siarczysty policzek. Do oczu napływają mi łzy złości.
- Nienawidzę cię! – wykrzykuję i wybiegam z gabinetu, trzaskając za sobą drzwiami.
Idę przed siebie i dopiero po chwili trochę się uspokajam. Zaczynam drżeć z zimna, zapomniałam wziąć kurtki z gabinetu. Trudno, najwyżej będzie musiała tam zostać.
Przed siebie niosą mnie tylko nogi, a ja sama nie wiem gdzie jestem. Wokół mnie panuje spory ruch, wszyscy żyją swoim życiem. Nikt nie zwraca uwagi na mój płacz.
- Ada, zaczekaj! – słyszę po chwili, ale nie mam zamiaru się zatrzymywać. Jednak Maciek szybko mnie dogania.
- Załóż na siebie, bo się zaziębisz – mówi, lekko dysząc.
Odbieram od niego płaszcz, ale wciąż idę przed siebie.
- Ada… - chwyta mnie za nadgarstek, ale od razu się wyszarpuję.
- Daj mi spokój, chcę być sama- prawie krzyczę i przyśpieszam kroku.
Nie jest to konieczne, bo zrezygnowany Maciek właśnie się zatrzymuje.

27 września 2014

Rozdział XIX

Przeraźliwy krzyk wyrywa mnie ze snu. Od razu wygrzebuje się z łóżka, jestem całkowicie rozbudzona. Po ciemku przebiegam do pokoju Maćka i niemalże rzucam się na jego łóżko. Jest zlany potem, a po policzkach spływają mu łzy. Chwytam go w objęcia. Znów miał ten sam koszmar związany ze śmiercią ojca.
- Już dobrze, już dobrze - uspokajam go, gładząc po głowie. – To tylko zły sen, to nie jest prawdziwe.
Cały czas się trzęsie. W moich ramionach wydaje się być taki kruchy i bezbronny.
- Zostań ze mną- szepcze.
- Zostanę.
Składa głowę na moich kolanach i jeszcze przez chwilę płacze. Nawet Hachi przychodzi do nas i kładzie się u mojego boku. Obejmuję go jedną ręką, a drugą przejeżdżam po brązowych włosach Maćka. Po chwilę we trojkę zapadamy w sen.
Budzimy się dopiero na dźwięk budzika Maćka. Podnosi się i jako pierwszy idzie do łazienki. Gładzę Hachiego po łebku i też powstaję z łóżka.
Przeciągam się i rozglądam po pokoju. Po remoncie wygląda zdecydowanie lepiej. Ściany są w beżowym odcieniu, a meble w czarnym kolorze. Biurko i półki nie mają nóg, są zrobione poprzez przywieszenie samych czarnych blatów do ściany. Pod „biurko” wsunięto beżową kostkę do siedzenia, a łóżko jest ze zwykłego drewna, jednak i ono zostało pomalowane na czarno. Szafa została za to zgrabnie wbudowana w małą wnękę.
Wychodzę do kuchni i przygotowuję nasze ulubione śniadanie – tosty. Wkładam je do tostera, gdy Maciek wychodzi z łazienki ubrany i prawie gotowy do szkoły.
Teraz on pilnuje, żeby jedzenie się nie spaliło, a ja idę do mojego pokoju. Tutaj też wiele się zmieniło.
Ściany mają delikatny, błękitny odcień, a wszystkie meble są białe. Przy oknie stoi biurko, a zaraz koło niego postawiono dwa wysokie regały. Między nimi znajduje się moje łóżko, a nad jego zagłówkiem wiszą zdjęcia. Zdjęcia moje z Maćkiem, z chłopakami, a nawet zdjęcie Hachiego. Szafa jest na przeciwległej ścianie.
Remont kosztował ciocię sporo pieniędzy, a nas sporo pracy, jednak końcowy efekt jest idealny. W mieszkaniu nie ma nawet jednej rzeczy, która w jakiś sposób przypominałaby nam o ojcu i naszym wcześniejszym życiu.
Wciskam na siebie pierwsze lepsze ubranie i idę do łazienki. Szybka toaleta i makijaż i też jestem gotowa do wyjścia. W kuchni czekają na mnie tosty. Chrupiące, dokładnie takie, jak lubię.
- Czekaj na mnie w domu. Wrócę, zrobię coś na obiad i pojedziemy do psychologa – mówię, przeżuwając tosta.
- Jasne – odpowiada nieco zmartwiony Maciek. Nie dziwię mu się, sama nie miałam jeszcze nigdy do czynienia z psychologiem, a to właśnie on został rzucony na głęboką wodę. On, jako pierwszy z nas miał indywidualne spotkanie, ja miałam swoje jutro, kolejnego dnia mama.
- Hej, na pewno nie będzie tak źle- rzucam i wstawiam brudne talerze do zlewu. Pozmywam je później.
Ubieramy się i wychodzimy na przystanek.
Przychodnia psychologiczna wbrew pozorom wygląda na dość przytulne miejsce.
Białe ściany i podłoga w tym samym kolorze. Na korytarzu stoją rzędy plastikowych krzesełek, a po jego obu stronach jest sporo mahoniowych drzwi opatrzonych w numerki.
Podchodzimy do recepcji. Elegancko ubrana kobieta odsyła nas pod gabinet z numerem szóstym.
Odnajdujemy je bez problemu, znajduje się dość blisko recepcji. Zdejmujemy płaszcze i wieszamy je na stojącym w kącie wieszaku. Maciek spogląda na mnie, a ja uśmiecham się pocieszająco.
- Dasz sobie radę- zapewniam go.
Nie odpowiada nic, tylko powoli kiwa głową. Puka do drzwi, a po chwili odpowiada mu głośne „ proszę”. Głos zdecydowanie należy do mężczyzny.
Drzwi zamykają się za nim, a ja opadam na jedno z krzesełek. Po mojej lewej stronie kładę torbę, z której wyciągam książkę. Po raz kolejny spoglądam na jej okładkę i opuszkami palców przejeżdżam po wypukłym napisie „ Gwiazd naszych wina”.
Zatracam się w lekturze i sama nie wiem, jak długo czytam. Z lektury wyrywa mnie dopiero pierwszy głos, który usłyszałam dziś na tym korytarzu.
- Dzień dobry, Alicjo.
Zerkam w stronę recepcji. O ladę opiera się wysoki blondyn, o lekko kręconych włosach. Rozmawia z recepcjonistką, jak z dobrą koleżanką. Wygląda na to, że jest tu częstym bywalcem.
Nagle chłopak odwraca się w moim kierunku, a ja z powrotem wbijam wzrok w tekst. Jednak gdy słyszę trzask krzesła niedaleko mnie, kompletnie nie mogę się skupić na tym, co czytam.
- A ciebie widzę tu po raz pierwszy.
Zamykam książkę i chowam ją z powrotem do torby. Odwracam głowę w prawą stronę i z bliska mogę się przyjrzeć mojemu rozmówcy.
Jest dość przystojny. Jego niebieskie oczy są osadzone dość blisko nosa. Ma małe, lekko zaróżowione usta.
- Faktycznie jestem tu dziś pierwszy raz- odpowiadam. – Dzisiaj tylko czekam na brata, ale jutro ja też będę po drugiej stronie drzwi.
- No proszę- rzuca ze śmiechem. – Taka ładna dziewczyna, a też ma nierówno pod sufitem.
- No cóż, nikt nie jest idealny – mówię, również śmiejąc się.
Zdecydowanym ruchem dłoni odgarnia włosy.
- Wybrałaś naprawdę dobrego psychologa. Co prawda dopiero skończył studia, ale facet naprawdę mądrze gada. Byłem tu u kilku innych psychologów, ale on jako jedyny zdołał mi pomóc.
Przez chwilę zastanawiam się, czy wypadałoby zapytać, dlaczego tutaj przychodzi. Dochodzę jednak do wniosku, że to byłoby niegrzeczne.
- Trochę pogubiłem się w życiu- mówi, jakby czytał mi w myślach. Podwija rękaw na lewej ręce i pokazuje mi ślady po kłuciu na przedramieniu.
Pewnie miał problem z narkotykami.
- Mój ojciec też miał problem z nałogiem.
- Dlatego tutaj siedzisz?
- Poniekąd. Zapił się jakiś czas temu i moja ciocia stwierdziła, że lepiej będzie jeśli będziemy pod okiem psychologa.
- Przepraszam, ja nie wiedziałem…
- Nie przepraszaj, przecież nie mogłeś tego wiedzieć – spoglądam mu w oczy i zastanawiam się, czy wykonać kolejny krok. W końcu się na niego decyduję. – Jestem Ada- mówię, wyciągając do niego dłoń.
- Alek. – Ma naprawdę mocny uścisk.
Okazuję się być naprawdę fajnym chłopakiem. Jest ode mnie o dwa lata starszy, jest teraz w maturalnej klasie. Po skończeniu liceum chciałby iść do szkoły teatralnej. Rozmawia mi się z nim tak dobrze, że nim się oglądam z gabinetu wychodzi Maciek, a pan psycholog mówi „ Następny proszę!”
- No cóż, miło się rozmawiało, jednak muszę z kimś jeszcze dziś porozmawiać - mówi, uśmiechając się.
- Dziękuję za rozmowę. Naprawdę miło było Cię poznać.
Jeszcze raz obrzuca mnie uśmiechem i znika po drugiej stronie drzwi.
- No i jak było? – pytam, chwytając moją torbę. Zarzucamy płaszcze i wychodzimy przed przychodnię.
- Dobrze. Z początku jakoś nie umiałem się przed nim otworzyć, ale kiedy już się do niego przekonałem, nie mogłem przestać gadać. Sprawiał wrażenie, że doskonale rozumie co czuje, że nie oceni mnie z tego powodu, biło od niego zaufanie i zrozumienie.
Odgarniam mu włosy z czoła.
- To dobrze.
Następnego dnia wpadam na Alka w drzwiach przychodni.
- O, kogo ja tu znowu widzę. Tylko szkoda, że dopiero teraz gdy wychodzę.
- No widzisz, dzisiaj chyba wizytę ma po tobie- odpowiadam z lekko udawanym smutkiem.
- Musimy sobie odbić te dzisiejsze pogaduszki. I może w jakimś lepszym miejscu, te krzesełka są nieco niewygodne.
- Dobry pomysł- mówię, szukając w torbie długopisu. Gdy go wreszcie znajduję podwijam mu rękaw kurtki i szybko piszę dziewięć cyfr na jego umięśnionym przedramieniu.
Znikam w środku przychodni, ale jestem prawie pewna, że Alek uśmiechnął się do mnie.
Zostawiam płaszcz na wieszaku i biorę głęboki wdech. Pukam do drzwi. I mnie wita słowo „ Proszę”. Naciskam na klamkę i wchodzę do środka.
Tutaj też dominują białe barwy. Naprzeciwko siebie stoją dwa, miękkie fotele, a za nimi, za biurkiem siedzi „pan psycholog”.
Alek miał rację, wygląda naprawdę młodo. Ma ciemne włosy, które opadają mu na oczy, gdy jest pochylony. Jednak gdy podnosi głowę, jego fryzura jest znów idealnie ułożona.
- Usiądź, proszę.
Gdy wstaje zza biurka okazuje się, że nie jest zbytnio wysoki. Gdybym nie wiedziała, ile ma lat podejrzewałabym, że jest moim rówieśnikiem.
Siada na jednym z foteli, a ja opadam na miejsce naprzeciwko niego. Przez chwile przygląda mi się badawczym wzrokiem.
- A więc to ty pewnie jesteś Ada, siostra Maćka Wspominał mi wczoraj o tobie. Jesteście do siebie strasznie podobni. Mówmy sobie na ty, okej? Jestem Tomek - mówi w końcu i wyciąga dłoń w moją stronę.
Nieśmiało ściskam jego dłoń.
- Maciek to naprawdę inteligentny chłopak. Niezwykle dojrzały jak na swój wiek.
- Wymuszono od nas wcześniejszego wydoroślenia.
- Wiem, o tym też mi mówił. Jednak ciekaw jestem, jak ty to wszystko postrzegasz. Ale to będzie moje drugie pytanie. Pierwsze brzmi : opowiesz mi coś o sobie?
Nigdy nie lubiłam tego etapu w nawiązywaniach znajomości. Nigdy nie wiedziałam, co powinnam komuś odpowiedzieć. Ale teraz siedzę u psychologa, więc nie ma to już aż tak dużego znaczenia.
- Mam na imię Ada, rocznikowo mam siedemnaście lat. Dopiero teraz w liceum zyskałam jakiś przyjaciół. Wcześniej wszyscy skreślali mnie przez to, że mój ojciec pił i nie miałam wystarczająco dużo pieniędzy. O tym, że ojciec mnie bił wie tylko Maciek i teraz też moi przyjaciele. Mama przez cały czas jakoś to ignoruje, jakby nie chciała do siebie dopuścić tego do swojej świadomości.
Tomek kiwa po prostu głową.
- Maciek wspominał mi coś o koszmarach związanych ze śmiercią waszego ojca. Opisywał je całkiem dokładnie.
- Tak, śnią mu się od chwili pogrzebu. To ciągle ten sam schemat : tata leży w kałuży własnej krwi, przed śmiercią rozbił sobie głowę. Potem nagle wstaje i go atakuje.
- Też miewasz takie koszmary?
- Nie. Ja w odróżnieniu od Maćka nie widziałam go, jak tak leżał na chodniku.
- On to bardzo mocno przeżył. Ale mówił mi, że trochę się cieszy. Ja sam nie wiem, czy mógłbym współczuć wam, że umarł. Jakby nie patrzeć wasz koszmar powoli dobiega końca, już was nie uderzy, nie będzie tracić waszych pieniędzy, ani krzywdzić waszej mamy,  więc macie szanse wyjść na prostą, jeśli się od tego zdołacie odciąć. Ale z drugiej strony wiem, że  to będzie ciężkie : w końcu to wasz ojciec nie żyje.
- Można się w tym pogubić prawda? – mówię ze smutnym uśmiechem.
- Całkowicie- potakuje.
Zapada cisza, jakby czekał, żebym ja podjęła jakiś temat. Przez chwilę waham się, dokładnie dobierając słowa, po czym zabieram głos.
- Kochanie go było zbyt trudne. Nie potrafiłam go kochać, oboje z Maćkiem zaczęliśmy go nienawidzić. Najbardziej chyba za to, jak zachowywał się wobec nas i mamy. Nie potrafię całkowicie żałować jego śmierci. Ale mama to jedyna osoba, która naprawdę kochała go mimo wszystko. A ja naprawdę się o nią boję.
by Heather - Land of Grafic